Zaproszenie.

Jesteście zaproszeni.

Nie będzie to tradycyjny wykład. Będzie to natomiast multi-medialna prezentacja, w której wykorzystam kilka najlepszych fragmentów z filmów dokumentalnych o Apaczach i podczas której zagram dwa słynne utwory instrumentalne poświęcone Apaczom: „Apache” i „Geronimo”.

Instytut Filologii Angielskiej w Sosnowcu: 7/12/2017.

Pozdrawiam,

Kaz

Reklamy
Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , | 4 Komentarze

Hajże na Soplicę!!!!

za: https://pracownia4.wordpress.com/2017/11/19/hajze-na-soplice/

Herstoryk
18 listopada 2017

W narodowej epopei „Pan Tadeusz” klucznik Gerwazy, mający osobiste porachunki z rodem Sopliców, skutecznie podjudza sprytnymi półprawdami i kłamstwami niezadowoloną szlachtę, płonącą chęcią lania skóry Moskalom, do ataku na cel zastępczy, Sopliców właśnie.

Podatność na kierowanie gniewu i frustracji społecznych na dogodne kozły ofiarne nie jest oczywiście wyjątkową cechą Polaków, wydają się oni jednak – jak dowodzi historia – bardzo podatni na taką manipulację. I tak na przykład po Potopie Szwedzkim kozłami ofiarnymi stali się Arianie i protestanci/innowiercy, w II Rzeczpospolitej za bolączki winiono żydów, w PRLu amerykańskich agentów i „wrogów ludu”, teraz zaś przyszła kolej na islam, muzułmanów i imigrantów.

Epidemia!

Bezsensowna islamofobia i ksenofobia szerzą się dziś w całej Europie. Spróbuję zatem dokonać zwięzłej analizy źródeł tych nastrojów przy użyciu racjonalizmu, znajomości historii, perspektywy, doświadczenia i zdrowego rozsądku.

Wyjątkowo zadziwia nasilenie i gwałtowność tych nastrojów w Polsce, biorąc pod uwagę śladową obecność muzułmanów i uchodźców w kraju nad Wisłą. Pozostawię socjologom i psychologom orzeczenie, czy bierze się to z powszechnej ignorancji i braku kontaktów z ludźmi innych kultur i/lub kolorów skóry, czy z prymitywnego ludowego nacjonalizmu narodu poturbowanego przez historię, czy wreszcie ze strachu i niezadowolenia, szukających jakiegoś ujścia, czy, co jest najbardziej prawdopodobne, z toksycznej mieszanki wszystkich tych składników.

Czarne chmury

Cywilizacja zachodnia ma obecnie bardzo poważne fundamentalne problemy, grożące jej załamaniem i upadkiem.  Stoi w obliczu:

  • zachwiania zachodniej dominacji nad globem, z czego wynikają desperackie, absurdalne i skazane na porażkę wojny na Bliskim Wschodzie oraz agresywne, demonstracyjne potrząsanie szabelką na Dalekim Wschodzie;
  • postępującej i zaawansowanej degeneracji demokracji przedstawicielskiej, która wysługuje się dziś najbogatszym oraz wpływowym grupom nacisku reprezentującym wąskie interesy partykularne. Wiąże się z tym upadek zaufania społeczeństw do polityków, instytucji państwowych i naukowych oraz mediów;
  • ostrego i długotrwałego kryzysu ekonomii, gdzie „wzrost” opiera się na dodruku pustych walut, spekulacjach finansowych i rozbuchanym konsumeryzmie „na kredyt”. Skutki to ukryte i jawne bezrobocie, prekariat (zatrudnienie doraźne i na śmieciówkach), uwiąd i ubożenie klasy średniej, gigantyczne zyski dla mikroskopijnej grupy hiperbogaczy, drastyczne pogłębienie zróżnicowania społecznego oraz „tragedia dóbr wspólnych” czyli prywatyzacja wszystkich usług społecznych i majątku narodowego;
  • postępującego i narastającego zatrucia bezpośredniego otoczenia mieszkańców Zachodu i ich samych, przez wszechobecną w żywności i środowisku chemię – koktajl dziesiątków tysięcy słabo przetestowanych i kontrolowanych substancji. Ocenia się, że rocznie każdy mieszkaniec Europy, USA i Australii zjada z żywnością do 5 kg dodatków i „ulepszaczy”, że nie wspomnieć o środkach owadobójczych i ochrony roślin. Do tego dochodzą lotne związki organiczne z materiałów budowlanych, opakowań, artykułów pierwszej potrzeby, mebli i tkanin oraz gazy emitowane przez pojazdy mechaniczne. Można to wszystko bezpośrednio powiązać z epidemiami otyłości, alergii, cukrzycy, raków, autyzmu i zaburzeń psychicznych oraz drastycznym pogorszeniem płodności mężczyzn (ekstrapolując je w przyszłość, staną się bezpłodni w 2060 r.);
  • załamania klimatu, prawie na pewno spowodowanego przez emisję gazów cieplarnianych, objawiającego się destabilizacją pogody, gwałtownymi i niszczycielskimi zjawiskami atmosferycznymi i nagłymi przeskokami z jednej skrajności temperatury i/lub opadów w drugą;

Większość tych zagrożeń jest albo ignorowana przez polityków i media, albo traktowana wybiórczo i powierzchownie, bez naświetlania ich zakresu i powagi, albo wreszcie rozmyślnie zakłamywana. Wszystkie mają „pełzającą” naturę słabo widoczną dla koncentrujących się na życiu codziennym ludzi. Mimo to, podświadome poczucie zagrożenia wydaje się szerzyć w zachodnich społeczeństwach.

Strach i nienawiść – Fear and Loathing

Poczucie zagrożenia i bezsilności, niepewność i frustracja powodują narastanie niezadowolenia społecznego i nieufności wobec polityków, autorytetów i instytucji oraz szerzenie się teorii spiskowych. Brak nagłaśniania powyższych zagrożeń i otwartej uczciwej dyskusji na ich temat stwarza tymczasem politykom i oligarchii podatny grunt do manipulowania nastrojami społecznymi oraz pozwala na żerowanie na strachu i niezadowoleniu wyborców, poprzez przekierowywanie ich gniewu i agresji na dogodne kozły ofiarne. Przynosi to liczne korzyści polityczne. Po pierwsze, zrzuca winę na „Innych” i chroni oligarchiczne elity i idących na ich pasku polityków przed konsekwencjami ich decyzji i błędów. Po drugie pozwala działaczom politycznym na pozowanie na „Obrońców Ojczyzny” i „Patriotów”. Strach jest najsilniejszą ludzką emocją, a skutecznie nastraszone wyimaginowanym zagrożeniem społeczeństwo  entuzjastycznie łyka obietnice obrony i popiera pozerów, którzy je głoszą. Maksyma XVIII-wiecznego angielskiego literata i politologa, Samuela Johnsona, że „patriotyzm jest ostatnim schronieniem łajdaków”, jest uogólnieniem, zawiera jednak sporo prawdy. Karierę w polityce robią bowiem najczęściej oportunistyczni sojcopaci, którzy bez skrupułów grają na strachu, frustracji i psychologii tłumu, dla korzyści własnych i dla grup nacisku i poparcia.

Najlepszymi kandydatami na kozły ofiarne są zawsze ludzie z grup społecznych odróżniających się od większości społeczeństwa. Kolorem skóry, rysami, religią, ubiorem, obyczajami. Gatunek ludzki ma genetycznie zakodowaną nieufność do „obcych”, nie należących do rodziny/klanu/plemienia. Miało to być może ewolucyjne uzasadnienie we wczesnej fazie rozwoju ludzkości. W zglobalizowanym społeczeństwie przemysłowym jest jednak anachronizmem, podatnym na eksploatację i często prowadzącym do dramatów i tragedii.

Wzbudzenie i rozpowszechnienie strachu i nienawiści do wybranych kozłów ofiarnych jest szczególnie łatwe w czasach kryzysu i gwałtownych zmian społecznych. Tak było w Niemczech w latach 30-ch, gdy obolałe po klęsce w Wojnie  Światowej i dotknięte Wielką Depresją społeczeństwo skutecznie przekonano, że 0,75-procentowa żydowska mniejszość, prawie całkowicie zasymilowana, jest śmiertelnym zagrożeniem dla „Narodu” i „Niemieckości”. Dziś w podobny sposób straszy się imigrantami, a szczególnie muzułmanami. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że obawa przed islamem, imigrantami i nienawiść do nich są „tematem zastępczym”, świadomie propagowanym, manipulowanym i podsycanym przez rządzące elity i politycznych karierowiczów, żerujących na psychologii tłumów, na nieznajomości historii, na nieznajomości islamu i muzułmanów, na frustracjach wyborców i na „Syndromie/Efekcie Potwierdzenia”[1].

Odrobina historii

W tej fali strachu i nienawiści nie wie się, lub łatwo zapomina, że w latach 60-ch, podczas zachodnioeuropejskiej hossy gospodarczej i braku rąk do pracy, gastarbeiterzy z Turcji, Algierii czy Pakistanu byli często witani kwiatami i przemowami pochwalnymi. Nie wie się, lub łatwo zapomina, że bliskowschodni terroryzm zaczął się dopiero w 1973 roku, nie miał początkowo nic wspólnego z religią, a wszystko z konfliktem w Palestynie. Nie wie się, lub łatwo zapomina, że przez następne 20 lat był skierowany wyłącznie przeciw sponsorowanym przez Zachód domowym tyranom i skorumpowanym elitom w krajach muzułmańskich, uważanym za apostatów, a religii zaczął używać jako najlepszego lewara do zdobycia poparcia  tamtejszych społeczeństw.  Nie wie się, lub zapomina, że bezpośrednią przyczyną znalezienia się USA na celowniku bliskowschodnich terrorystów była Pierwsza Wojna w Zatoce w 1991 r., powstanie amerykańskich baz wojskowych w Arabii Saudyjskiej i okrutna, bezsensowna blokada ekonomiczna Iraku, która kosztowała milion ofiar głodu i chorób. Nie wie się, lub zapomina, że Europa znalazła się na celowniku bliskowschodnich terrorystów dopiero po napaści USA i ich europejskich satelitów na Irak w 2003 roku. Nie wie się, lub zapomina, że powódź uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki zaczęła się po rozbiciu Libii przez USA i ich wasali w 2011 r., co otwarło szlak przerzutu uchodźców i imigantów. Nie wie się, lub zapomina, że Zachód pod wodzą USA pośrednio wywołał wojnę domową w Syrii, próbując wykorzystać Arabską Wiosnę do usunięcia sprzymierzonego z Iranem Assada.

Przyczyny i metody manipulacji

Przełomowym momentem w manipulowaniu zachodnią opinią publiczną była wojna Jom Kippur w 1973 roku, która o mało nie skończyła się klęską Izraela. Jej bezpośrednimi skutkami było z jednej strony rozpoczęcie przez OWP (Organizacja Wyzwolenia Palestyny) kampanii terroru, w postaci porwań samolotów i ataku na żydowską reprezentację na Olimpiadzie w Monachium, a z drugiej – rozpoczęcie kampanii szkalowania OWP, Arabów i islamu przez zachodnie media, pod naciskiem i przy udziale syjonistycznych grup nacisku. Niezbędnym elementem każdego konfliktu jest wojenna propaganda, demonizująca przeciwnika. Nieuniknioną konsekwencją coraz głębszego grzęźnięcia Zachodu w bliskowschodnie wojny, ataki, rewolucje i zbrojne interwencje była intensyfikacja polityczno-medialnej kampanii propagandowej, mającej na celu przekonanie wyborców o zasadności i słuszności tego mieszania, poprzez szkalowanie islamu i muzułmanów. Była ona, i wciąż jest, entuzjastycznie popierana i wspomagana przez syjonistyczną diasporę żydowską, głównie w USA, demonizującą z początku Arabów, potem, po ataku 9/11 i napaściach na Afganistan i Irak – wszystkich muzułmanów, a wreszcie religię i kulturę islamu [2].

Dwa dziesięciolecia takiej wojny propagandowej ugruntowały i utrwaliły w społeczeństwach zachodnich  przekonanie o skłonności muzułmanów do przemocy i o ich okrucieństwie i krwiożerczości, rzekomo motywanych islamem i kulturą, choć zachodnie ofiary islamskich terrorystów to zaledwie tysiące, a islamskie ofiary zachodnich wojen i interwencji to miliony.

Podstawowe metody islamofobicznej propagandy to:

  • ukrywanie POLITYCZNYCH źródeł i motywów islamistycznego terroryzmu, poprzez koncentrowanie uwagi na wyznaniu oraz religijnych hasłach i sloganach terrorystów;
  • sensacjonalistyczne i wyjęte z kontekstu traktowanie wszystkich problemów społecznych powiązanych z islamem/imigracją;
  • sensacjonalistyczne nagłaśnianie każdej skrajnej wypowiedzi jakiegoś islamskiego oszołoma-kaznodziei, bez zwracania uwagi na jego rangę, wiedzę, czy popularność, z pominięciem podobnych bzdur głoszonych przez duchownych innych wyznań;
  • pełne, 24/7, nasycenie medialne informacjami o każdym, nawet trywialnym, wydarzeniu kryminalnym z udziałem muzułmanów/imigrantów oraz eksponowanie ataków terrorystycznych na Zachodzie, przy całkowitym niemal przemilczaniu innych incydentów kryminalnych i krwawych skutków zachodnich interwencji;
  • szerzenie półprawd i post-prawd/fałszywek przez media społeczne.

Zasiane w ten sposób uprzedzenia wyprodukowały w klimacie globalnego kryzysu finansowego i w połączeniu z nagłą nawałą uchodźców i imigrantów błędne koło samonakręcającej się epidemii irracjonalnego strachu, pogardy i nienawiści.

Błędne koło

Przytłaczająca większość ludzi jest silnie podatna na Syndrom/Efekt Potwierdzenia. Po uformowaniu jakiejś opinii, zwłaszcza związanej z silnymi emocjami jak np. strach czy wiara (religijna czy ideologiczna), prowadzi on do odruchowego odrzucania wszystkiego, co jej przeczy, oraz do równoczesnego bezkrytycznego wyławiania z potoku informacji wszystkiego, co ją potwierdza, bez względu na wartość i prawdziwość jednych i drugich doniesień.

Dwadzieścia pięć lat (od 1991 r.) wojennej, wysoce stronniczej i często islamofobicznej propagandy przez polityków i usługujących im korporacyjnych mediów głównego nurtu oraz propagatorów syjonizmu i „starcia cywilizacji” zbudowało potężny fundament uprzedzeń. Na nim powstała gigantyczna wirtualna internetowa Komora Echa, pełna coraz głośniejszych i bardziej skrajnych opinii i komentarzy „znawców” Koranu, „ekspertów” od historii chrześcijaństwa i islamu, „speców” od imigracji, integracji i kryminologii, których pewność siebie jest najczęściej odwrotnie proporcjonalna do prawdziwej wiedzy i ekspertyzy. Absurdalne brednie o „straconej Francji/Niemczech/Szwecji”, o „kalifacie niemieckim/francuskim/szwedzkim” o „zalaniu Europy”, o „poprawności politycznej nie pozwalającej na publikowanie prawdy o muzułmanach/imigrantach”, o „byczkach-gwałcicielach” o „muzułmanach wyłącznie terrorystach”, o „pasożytach na socjalu”, o „przestępczości imigrantów/muzułmanów”, o „religii pokoju”, o „strefach no-go” szerzą się wirusowo i są głośno, ochoczo i bezkrytycznie łykane i powtarzane. Wielu wyznawców (bo tylko tak można ich nazwać) tych nonsensów, jest gotowych wyjść na ulice, żeby manifestować swe fobie, a czasem nawet bronić „wartości” przez bicie „beżowych”.

Niezbędnik racjonalisty

Nie ulega wątpliwości, że imigranci, zwłaszcza z obcych kręgów kulturowych, zwłaszcza po traumie imigracji, często z dodatkiem wojny, od której uciekli, mogą mieć problemy z dopasowaniem się do nowych warunków, z integracją, zwłaszcza w klimacie nieufności, wrogości, strachu, dyskryminacji, zwłaszcza gdy czasy są ciężkie. Przestępczość i bezrobocie wśród nich są rzeczywiście wyższe niż wśród rodzimej populacji. Problemy te nie mają jednak żadnego związku z wyznaniem czy kolorem skóry i są powszechne i normalne dla imigrantów wszystkich ras i kultur. Dla Polaków w Austrii i Włoszech w 1981 r. Dla Wietnamczyków w Australii. Itp, itd. Biorąc to pod uwagę, racjonalnie myślący ludzie powinni w zetknięciu z powyższymi komentarzami i opiniami zadać sobie następujące zdrowo-rozsądkowe pytania:

  • Czy 8% muzułmanów we Francji, 5% w Anglii i Niemczech, 6% w Szwecji, z których, wg. wiarygodnych statystyk, tylko ok. 30% aktywnie praktykuje a 80% nieźle się zintegrowało, rzeczywiście grozi „straceniem” tych krajów, zaprowadzeniem tam „szariatu” czy ustanowieniem tam „kalifatu”, mimo niechęci reszty narodu i w konfrontacji ze zorganizowanym, sprawnym aparatem państwowo-policyjnym?
  • Czy ok. 5% muzułmanów w Unii Europejskiej rzeczywiście ją „zalewa”?
  • Czy nie podawanie przez policję imion i nazwisk aresztowanych sprawców wynika z „politycznej poprawności”, czy z wymagań prawa, nakazującego ich anonimowości do czasu potwierdzenia ich winy przez wyrok sądowy, bez względu na to, czy mają na imię Hans, Zbigniew, czy Ahmed?
  • Czy dysproporcja pomiędzy liczbą mężczyzn i kobiet wśród imigrantów jest „planowanym zalewem byczków”, czy wynika może z niechęci kobiet do wybierania się wraz z dziećmi w bardzo ryzykowną i niebezpieczną podróż, o ile nie są w naprawdę desperackiej sytuacji, i z preferencji do wysłania najpierw młodego zdrowego faceta dla utorowania drogi?
  • Z czego, jak nie z socjale, i gdzie, jak nie w najtańszych dzielnicach, wśród ludzi o niskim statusie społeczno-ekonomicznym, mają żyć przybysze, którzy nie znają języka, nie mogą legalnie pracować albo nie mogą zdobyć pracy przy wysokim bezrobociu?
  • Czy doniesienia medialne z sensacyjnymi nagłówkami o wykroczeniach i przestępstwach muzułmanów/imigrantów świadczą o ich wyjątkowej kryminalności, czy też są graniem pod publikę, bo takie sensacje są popularne wśród uprzedzonych odbiorców i zwiększają czytelnictwo/oglądalność, co przekłada się wprost na zyski z reklam?
  • Czy liczba gwałtów i rozbojów dokonywanych przez muzułmanów/imigrantów jest znacząco większa niż przestępczość rodzima i czy odróżnia się od przestępczości innych fal migracyjnych, jak np. Polaków w 1981 r.? Czy jest tylko o niej więcej hałasu, podsycającego ksenofobiczne uprzedzenia?
  • Czy nagłaśniane przez media głównego nurtu i społeczne ekstremalne i radykalne opinie, manifestacje i zachowania niektórych muzułmanów/imigrantów są reprezentacyjne dla całej ich społeczności, czy są tylko wyskokami marginesu oszołomów, publikowanymi z przyczyn propagandowych (patrz wyżej)?
  • Jak się mają ataki terrorystyczne i liczba ich ofiar, które są nagłaśniane do nasycenia, do prawie całkowicie przemilczanego zachodniego terroryzmu państwowego na Bliskim Wschodzie i jego ofiar cywilnych? I jak taka stronniczość oddziaływuje na nastawienie i opinie niektórych muzułmanów, łącznie z drugim i trzecim pokoleniem w Europie?
  • Jak wypada porównanie Biblii i pism ojców chrześcijańskich kościołów z Koranem i Hadisami i czy przypadkiem nie każda religia zawiera treści, które można interpretować jako zachętę do przemocy i używać w roli sztandarowych haseł działań i aktów politycznych?
  • Dlaczego islam szyderczo nazywany „religią pokoju” nagle i niespodziewanie pojawił się na ustach i sztandarach terrorystów dopiero 30 lat temu? Czy się wtedy zmienił, czy może jednak zrobił się tylko potrzebny do aktywności politycznej? No i wyznawcy której to religii wywołali 2 wojny światowe, w których z błogosławieństwem kleru po każdej stronie, zapewniającego, że „bóg jest z nami”, życie straciło 60 mln ludzi? I terroryzm IRA pod sztandarem katolickim oraz UDF pod protestanckim?

Racjonalnie myślący i trzymający się rzeczywistości ludzie dopiero po uczciwej i bezstronnej odpowiedzi na te pytania powinni formułować i głosić poinformowaną i racjonalną opinię na wrażliwy i potencjalnie wybuchowy temat.

Podsumowanie

Biorąc pod uwagę naprawdę niebezpieczne zagrożenia dla zachodniej cywilizacji, wyliczone powyżej, demonizowanie pięciu procent muzułmanów w Europie i straszenie „islamizacją”, „kalifatem” i „przestępczością” jest rozmyślnym populistycznym biciem nacjonalistycznej piany, mającym na celu odwrócenie uwagi społeczeństw od prawdziwych problemów. Rządzące elity i sprzymierzone z nimi media dążą do uniknięcia za wszelką cenę zachwiania dotychczasowego porządku, który gwarantuje im władzę, gigantyczne zyski i bezkarność polityczną, a często i kryminalną. Obowiązkiem każdego zdrowo myślącego człowieka jest nie dać się zwariować, bo w przeszłości bardzo często prowadziło to do ludobójczych tragedii. Muzułmanie i imigranci to tacy sami ludzie jak wyznawcy każdej innej religii, reagujący podobnie na określone sytuacje polityczne i społeczne.

Demonizowanie, dyskryminacja i wrogość, przy równoczesnym oskarżaniu o niechęć do asymilacji są wzajemnie wykluczającym się logicznym nonsensem i samospełniającą się przepowiednią!

Szwedzkie post scriptum

Szwecja i wiązanie tamtejszej rzekomej epidemii gwałtów z imigrantami, a szczególnie muzułmanami, oraz rzekome strefy „no-go” w szwedzkich miastach są ulubionymi konikami islamofobów i ksenofobów, do znudzenia, bezkrytycznie powtarzanymi przy każdej okazji. Stały się wirusową legendą miejską, szerzoną i nagłaśnianą przez propagandystów mających silne związki z neokonserwatywną syjonistyczną alternatywną prawicą i/lub populistycznymi krzykaczami kręcącymi polityczne lody na straszeniu islamem i imigrantami.
Wiarygodne i obiektywne źródła nie potwierdzają żadnego z ww. mitów miejskich. „The Local”[3], opierając się na danych policyjnych potwierdza, że w szwedzkich miastach są strefy/dzielnice „specjalnej troski”, zamieszkane przez ludzi o niskim statusie ekonomiczno-społecznym, często właśnie imigrantów, gdzie przestępczość jest wyższa niż gdzie indziej i gdzie działają gangi oraz mniej formalne siatki przestępcze. Większość mieszkańców tych dzielnic prowadzi jednak normalne życie i czuje się względnie bezpiecznie. Wbrew bredniom o „no-go” obecność policji jest tam bardziej intensywna niż gdzie indziej, przy użyciu wzmocnionych patroli. Co więcej, ostra przemoc kryminalna w Szwecji maleje od lat 1990. choć wzrosło użycie broni palnej w porachunkach pomiędzy gangami.
Ogólnie rzecz biorąc, rzekome strefy „no-go” nie różnią się od wielu polskich „blokowisk”.

Epidemia gwałtów jest drugim mitem używanym do szerzenia populistycznej propagandy strachu. Opiera się on na rozmyślnym, dla celów propagandowych, zacieraniu różnicy pomiędzy „wykroczeniem/przestępstwem seksualnym”, a „gwałtem”. Szwecja ma najwyższą w Europie liczbę „PRZESTĘPSTW SEKSUALNYCH”, a nie gwałtów. Tylko i wyłącznie dlatego, że i „przestępstwo seksualne” i „gwałt” mają w szwedzkim prawie wyjątkowo szeroką definicję oraz nietypową metodę statystycznego liczenia tego typu wykroczeń . I tak, jeśli np. ktoś zgwałci kobietę 3 razy podczas jednego incydentu, jest to liczone jako 3 gwałty, a nie jeden. Jeśli ktoś w pracy rozmyślnie przez rok ocierał się 3 razy w ciągu tygodnia o koleżankę, będzie to wg. prawa liczone jako 156 PRZESTĘPSTW SEKSUALNYCH i taka właśnie liczba trafi do statystyk policyjnych i sądowych. Itp, itd.

Szwedzkie statyski PRZESTĘPSTW SEKSUALNYCH (nazywanych w propagandzie gwałtami) są silnie skorelowane NIE Z FALAMI IMIGRACJI, ale z KILKAKROTNYM W OSTATNICH DZIESIĘCIOLECIACH drastycznym zaostrzaniem prawa [4].

Źródła:

[1] Efekt potwierdzenia
[2] Ośmiornica podżegaczy nienawiści – część 1, część 2, część 3
[3] So… are they no-go zones? What you need to know about Sweden’s vulnerable areas
[4] Sweden’s rape crisis isn’t what it seems 

 

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , , | 3 Komentarze

Oświadczenie Kongresu Polski Suwerennej

WIERNI POLSCE SUWERENNEJ

Tak jak zapowiedzieliśmy w ” Liście otwartym KPS do KOREUS ” w przeddzień 99 rocznicy święta Niepodległości Polski, reaktywujemy inicjatywę polityczną z lat 2003/2004 i zapraszamy wszystkie polskie środowiska polityczne i osoby prywatne, gotowe współuczestniczyć w pracach Kongresu Polski Suwerennej, do podjęcia wspólnego dzieła.  

View original post 717 słów więcej

Opublikowano Uncategorized | 105 Komentarzy

Kaz Dziamka – Demokracja Irokezów a tak zwana „demokracja” amerykańska.

Mizernie wypada demokracja amerykańska w porównaniu z nowoczesnymi demokracjami. Według Indeksu Demokracji, opracowanego przez międzynarodową organizację The Economist Intelligence Unit, Stany Zjednoczone, zwane dogmatycznie w Ameryce „the greatest country in the world” (najwspanialszy kraj na świecie), plasują się dopiero na 21. miejscu. Indeks posługuje się pięcioma wskaźnikami demokratyczności: jakością procesu wyborczego, funkcjonalnością rządu, udziałem w procesie politycznym, kulturą polityczną i przywilejami obywatelskimi. Pod każdym względem demokracja amerykańska ustępuje – i to znacząco – demokracjom skandynawskim, które są obecnie najlepsze na świecie. Nie jest chyba zaskoczeniem fakt, że spośród pierwszych pięciu najlepszych demokracji, aż cztery to kraje skandynawskie. I to one, a nie USA, powinny być wzorem dla rozpowszechnienia idei demokratycznych na całym świecie, a szczególne w Polsce.1

Przy okazji, obecna III Rzeczpospolita Polska – skrajnie prokatolicka i proamerykańska i jednocześnie patologicznie rusofobiczna, ze swym ciągle skłóconym wewnętrznie rządem i parlamentem – w ogóle nie kwalifikuje się do tzw. pełnych demokracji, tzn. do listy czołowych 19 demokracji świata, którą to listę zamykają Urugwaj i Mauritius. Według Indeksu, polska „demokracja” zaliczana jest to tzw. „flawed democracies” (czyli do demokracji z wadami).

Równie niekorzystne, a nawet kompromitujące dla USA, jest skonfrontowanie amerykańskiego systemu politycznego z niektórymi tradycyjnymi demokracjami Indian amerykańskich, szczególnie z Konfederacją Irokezów, nazywaną też Ligą Sześciu Narodów, w ich ojczystym języku określaną jako Haudenosaunee, czyli „Ludzie Długiego Domu”.

Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że Konfederacja Irokezów to najstarsza na świecie demokracja typu „uczestniczącego”. Na podstawie nowoczesnych badań historycznych (źródeł dokumentalnych, danych astronomicznych i ustnej tradycji Irokezów), można ustalić z dużym prawdopodobieństwem, że ratyfikacja całego zbioru praw Irokezów – którzy nie mieli co prawda języka pisanego, ale polegali skutecznie na wampumach i rzetelnie kontynuowanej tradycji słowa mówionego – miała miejsce w połowie 12. wieku. Równie imponujący jest fakt, że ta bezprecedensowa demokracja przetrwała do dzisiaj, mimo iż groziła jej całkowita zagłada z powodu rabunkowej i morderczej polityki amerykańskich chrześcijan, jak również wskutek rozdzielenia ziem i narodów irokeskich granicą amerykańsko-kanadyjską.

W jaskrawym przeciwieństwie do Konstytucji Irokezów – u których nie było niewolnictwa, a kobiety miały prawa na równi z mężczyznami (niesłychane w tamtych czasach) – konstytucja USA, ratyfikowana w 1787 r., akceptuje niewolnictwo i nie daje prawa głosu kobietom. Te dwie fatalne wady amerykańskiej demokracji zostały naprawione dopiero przez Trzynastą Poprawkę w 1865 r. (zniesienie niewolnictwa po krwawej wojnie domowej) i przez Dziewiętnastą Poprawkę w 1919 r. (przyznanie kobietom prawa do głosowania po długich, żmudnych, ponad sto lat trwających walkach amerykańskich sufrażystek, które, nota bene, zainspirowane były egalitarną pozycją kobiet irokeskich). Ale to bynajmniej nie jedyne krytyczne błędy demokracji amerykańskiej w porównaniu z Konfederacją Irokezów.

W swoim bogato udokumentowanym studium ewolucji demokracji w USA, Exemplar of Democracy (Ideał Demokracji), Donald A. Grinde Jr. i Bruce E. Johansen udowadniają ponad wszelką wątpliwość, że Benjamin Franklin, Thomas Jefferson, Thomas Paine i inni ojcowie państwa amerykańskiego mieli okazję skorzystać, i częściowo skorzystali, z imponującego dorobku demokratycznego Irokezów. Niestety, będąc w znacznej mierze rasistami, seksistami, pogardliwie nastawieni (z wyjątkiem Jeffersona) do demokracji bezpośredniej, ci biali założyciele USA zmarnowali unikalną okazję, by w pełni przeszczepić polityczny geniusz Sześciu Narodów Konfederacji Irokezów: Mohawków, Oneidów, Onandagów, Kajugów, Seneków i Tuscarorów.

W szczególności jedno prawo Konstytucji Irokezów zostało całkowicie i – jak się teraz okazuje –tragicznie zignorowane w Konstytucji USA i obecnie zapomniane. Chodzi tu o bardzo ważny przywilej matek klanowych Konfederacji, które miały prawo postawić w stan oskarżenia i usuwać z urzędu przestępczych przywódców politycznych, czyli sachemów. Cytując Grinde’a i Johansena: „Prawa, obowiązki i kwalifikacje sachemów były dokładnie określone, a matki klanowe mogły postawić w stan oskarżenia i usunąć sachema, który został uznany winnym za jakiekolwiek pogwałcenie reguł sprawowania urzędu, od nieuczęszczania na zebrania po morderstwo”.

Gdyby tylko „ojcowie konstytucji amerykańskiej” byli mniej uprzedzeni do tych, których zwykle określali „dzikusami”, i gdyby potraktowali na serio filozofię polityczną Indian amerykańskich, Stany Zjednoczone – a być może i inne państwa – byłyby dziś beneficjentami bardzo cennej lekcji politycznej, jaką uczy Konstytucja Irokezów. Obecnie, matki żołnierzy amerykańskich, poległych w licznych wojnach i niezliczonych akcjach militarnych, wywołanych przez obecnych i byłych „jastrzębi fotelowych” w Białym Domu, miałyby moralne i legalne prawo do postawienia w stan oskarżenia tych przestępczych „sachemów” z Białego Domu.

W przypadku największej zbrodni 21. wieku – ataku militarnego USA na Irak – prawo przejęte od Irokezów upoważniłoby np. Cindy Sheehan i tysiące innych amerykańskich matek, których dzieci zostały zabite lub ciężko ranne w Iraku, do natychmiastowego postawienia w stan oskarżenia George’a W. Busha i jego doradców. Z powodu poważnej wady obecnego systemu amerykańskiego, który daje prawo usunięcia przestępczego lub niekompetentnego prezydenta tylko Kongresowi, prawo Irokezów, zmodyfikowane dla takiego systemu, dałoby matkom amerykańskim prawo bezpośredniej apelacji do Sądu Najwyższego z pominięciem Kongresu.

W momencie usunięcia z urzędu, Bush i inni przestępcy wojenni, jak Dick Cheney i Donald Rumsfeld, oddani byliby natychmiast w ręce prokuratury i oskarżeni o zbrodnie nie tylko przeciwko narodowi amerykańskiemu, ale również przeciwko narodowi irackiemu i ludzkości w ogóle. W takim przypadku, nie mogliby skorzystać z prawa przywileju czy łaski. Proszę rozważyć skuteczność i przydatność takiej klauzuli prawnej w odniesieniu do innego przestępczego prezydenta USA, Richarda Nixona, który zamiast iść do więzienia, został ułaskawiony przez prezydenta Geralda Forda, co okazało się decyzją tragiczną w jej konsekwencjach. Po prostu, kryminaliści w Białym Domu wiedzą teraz, że mogą popełniać nawet ciężkie zbrodnie i zawsze liczyć na ułaskawienie przez przyszłych prezydentów, moralnie (tak jak oni) nieodpowiedzialnych w ramach niemoralnego systemu politycznego USA, obecnie niereformowalnego i stwarzającego coraz większe zagrożenie nie tyko dla Stanów Zjednoczonych, ale dla całego świata.

Geniusz polityczny Irokezów polega na tym, że dając tak specjalny przywilej polityczny matkom – które w kulturze Irokezów uhonorowane są mianem „Dawczyniami Życia na naszej Matce Ziemi” (Lifegivers of Our Mother Earth) – Irokezi rozwiązali krytyczny problem w polityce: ich metoda pozwala kontrolować, przez apolityczny osąd moralny, wieczną tendencję w polityce do nadużywania władzy, szczególnie wykonawczej. Kobiety irokeskie nie były oficjalnie częścią elit polityczno-militarnych i w związku z tym nie były pod presją ignorowania zasad moralnych dla doraźnych potrzeb politycznych. Nie członkowie Kongresu, nawet nie kobiety zajmujące się zawodowo polityką (jak Hillary Clinton czy Nancy Pelosi), ale właśnie zwykłe obywatelki, matki zabitych i rannych żołnierzy, powinny mieć ostatecznie prawo do postawienia w stan oskarżenia prezydenta i innych przywódców politycznych USA.

Wiadomo, że taki przywilej, jak każdy inny, może być nadużywany. Ale matka, której syn czy córka zginęła w bezsensownej i niemoralnej wojnie, powinna mieć konstytucyjne prawo do wszczęcia procesu karnego wobec tych, którzy odpowiedzialni są za tę wojnę.

Być może to niezwykle prawo demokracji Irokezów jest jedyną skuteczną metodą na kontrolę wykonawczej władzy politycznej w nowoczesnych demokracjach. To właśnie kobiety-matki, „Dawczynie Życia” – a nie zawodowi politycy – powinny być ostoją podstawowych zasad moralnych we wszystkich decyzjach politycznych dotyczących życia ludzkiego. I to właśnie matkom powinien być udzielony bardzo istotny przywilej polityczny kontrolowania i oskarżania przestępców politycznych.

Oczywiście, że jest rzeczą naiwną oczekiwać, iż amerykańska Godzilla militarno-korporacyjna, pożerająca obecnie ok. biliona (1000 miliardów) dolarów rocznie na zbrojenia, zgodzi się na to, aby być pod jakąkolwiek kontrolą matek żołnierzy amerykańskich.

Podstawowym celem Konfederacji Irokezów jest dążenie do pokoju. Podstawowym natomiast celem rządu USA jest wojna i ciągły szantaż militarny wobec tych krajów, które nie chcą poddać się amerykańskiej kontroli korporacyjnej i politycznej. Stąd nieustanne, trudne do zliczenia interwencje militarne USA na całym świecie. Stąd te gigantyczne, absurdalne wydatki na ciągle wzrastające zbrojenia i ciągłe zakładanie nowych baz wojskowych, gdzie tylko uda się wtargnąć amerykańskiej Godzilli. (Polska jest tego kolejnym przykładem, jednym z wielu.)

Tych baz jest obecnie ok. 1000 porozrzucanych na całym globie. Natomiast tych interwencji, często apokaliptycznie morderczych jak np. w Wietnamie czy Iraku, naliczono już co najmniej 70 od czasu tylko II Wojny Światowej.2  Według Jamesa Lucasa (Countercurrents.com), rządy USA od roku 1945 są odpowiedzialne za śmierć ponad 30 milionów ludzi. Około 10 razy więcej, czyli 300 milionów, zostało rannych, często w okrutny, brutalny sposób.

Obecnie tzw. kultura amerykańska jest przesycona militaryzmem, czego dowodem jest choćby aktualna militaryzacja amerykańskiej policji. W USA termin „pacyfista” stał się terminem pogardliwym. Nawet tak humanistyczno-pacyfistyczne organizacje amerykańskie jak Council for Secular Humanism nie mogą pozbyć się mniej lub bardziej ukrytej fascynacji dla amerykańskiego militaryzmu, który w USA przybrał miano nowej religii amerykańskiej.  Na ołtarzu amerykańskiego Boga Wojny, Amerykanie są gotowi poświęcić wszystko: swoje bogactwo materialne, swoją wolność intelektualną i cywilną, nawet swoje dzieci, które tak ochoczo wysyłają na front, gdziekolwiek on jest.

Sytuacja wydaje się być beznadziejna.

Amerykańscy psychopaci w zmilitaryzowanym rządzie USA, w absolutnej większości ludzie kompletnie pozbawieni sumienia i odpowiedzialności moralnej, ciągle planują kolejne wojny, głównie na Bliskim Wschodzie jak i również w Afryce i oczywiście w Europie Wschodniej. Największym jednak horrorem made in USA byłby atak nuklearny na Koreę Północną, który jest przygotowywany przez obecną ekipę rządzącą USA na czele z narcystycznym megalomanem Donaldem Trumpem. Najbliższym „kumplem” Trumpa jest nie kto inny tylko emerytowany generał elitarnego Korpusu Piechoty Morskiej US, James Mattis, nie bez powodu nazywany „Wściekłym Psem” (Mad Dog). To właśnie ten „Wściekły Pies” marzy o ataku na Iran, który to atak miałby równie katastrofalne konsekwencje dla pokoju na całym świecie jak atak na Koreę. I ten „Wściekły Pies”, wybrany przez Trumpa na Sekretarza Obrony, ma teraz olbrzymi wpływ na amerykańską politykę zagraniczną. Tak nisko upadła obecnie amerykańska „demokracja”.

W USA, o czym się z reguły nie mówi w mediach korporacyjnych, prawo do wypowiadania wojny ma tylko Kongres, co jest jasno sformułowane w Amerykańskiej Konstytucji. Artykuł Pierwszy mówi: „Congress shall have power to declare war”, czyli Kongres, nie Prezydent, ma prawo wypowiadać wojnę. Ale problem ten nigdy nie został dostatecznie rozwiązany w USA i dlatego często decyzję o podjęciu działań wojennych podejmuje w USA prezydent, a nie Kongres, jak to miało miejsce np. w bombardowaniu Jugosławii w 1999 (Clinton) czy w ataku rakietowym na Syrię (Trump) w tym roku. Łącznie doliczono się ponad 100 przypadków, kiedy amerykański prezydent prowadził działania wojenne bez oficjalnego zezwolenia Kongresu.

Jest to kolejny powód, dla którego amerykańską „demokrację” powinno się oceniać na podstawie faktów, a nie na podstawie wzniosłych frazesów w Amerykańskiej Konstytucji, Deklaracji Niepodległości i nieustannej propagandzie w amerykańskich mediach, obecnie kontrolowanych i cenzurowanych przez amerykański „establishment” korporacyjno-militarny, który nie ma nic wspólnego z demokracją.

To, że amerykański prezydent może teraz planować i rozkazywać atak militarny na inne kraje i, w istocie rzeczy, po prostu mordować tych, których uważa za „terrorystów” bez żadnego procesu sądowego, jest chyba najbardziej niebezpieczną wadą obecnej amerykańskiej demokracji. Stanowi ona teraz nie przykład nowoczesnej demokracji, a jej totalne zaprzeczenie. Amerykańska „demokracja” stała się teraz zagrożeniem dla wszystkich państw i mieszkańców naszej planety, skoro, dla przykładu, taki ewidentny prostak jak George W. Bush mógł samowładczo rozpocząć krwawą, barbarzyńską wojnę przeciwko Irakowi nawet w sytuacji, kiedy Irak nie stanowił żadnego zagrożenia dla USA. Ani wśród Irokezów, ani w wśród innych indiańskich konfederacji i demokracji (Kri, Czerokezi, Apacze) nie mogło być mowy, aby jedna osoba mogła popełniać tak potworne zbrodnie bez żadnej instytucjonalnej i moralnej odpowiedzialności.

Dlaczego więc ciągle się bezmyślnie powtarza te same puste frazesy o rzekomej wyższości tzw. amerykańskiej „demokracji” i traktuje Konfederację Irokezów jak mało znaczący anachronizm, albo się ją ignoruje i zapomina?

Retorycznym pytaniem jest również to, czy demokracja polska nie skorzystałaby z mądrości filozofii politycznej Irokezów. Nie skorzysta – i dlatego obecnie również żołnierze polscy na usługach Waszyngtonu i NATO giną i będą ginąć w nieustannych wojnach, nieustannie przygotowywanych przez opętanych rządzą władzy i zysków, zwyrodniałych sachemów w Białym Domu.

———————–

1 Obecnie 5 czołowych demokracji to: Norwegia, Islandia, Szwecja, Nowa Zelandia i Dania. W ciągu ostatnich 10 lat, USA spadły z 17. na 21. miejsce i nie należą już do grupy krajów z „pełną demokracją”, których jest obecnie tylko 19. Polska również spadła o kilka pozycji, z 46 (w 2007) na obecne, dalekie 52. miejsce. (Na „szczęście”, wyprzedzamy jeszcze Chorwację i Węgry, ale bardzo nieznacznie.)

2 Chodzi tu o większe operacje militarne kwalifikujące się na działania wojenne. Ale ilość rożnego typu mniejszych operacji wojskowych jest oczywiście o wiele wyższa. Według źródeł podanych przez Johna Stepplinga (który, nota bene, uczył przez kilka lat w Polskiej Szkole Filmowej w Łodzi), tylko w roku 2014, AFRICOM (amerykańska organizacja wojskowa, której celem jest kontrola Afryki) „spenetrowała” prawie każdy kraj afrykański, z wyjątkiem Zimbabwe i Erytrei. Trudno w to uwierzyć, ale w tym samym roku, USA przeprowadziły w Afryce ponad 600 operacji wojskowych. Niezależny amerykański magazyn The Intercept, ujawnił niedawno, że amerykańskie „specjalne oddziały” (Special Forces) są już obecne w ponad 30 krajach afrykańskich.

 

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 35 Komentarzy

Słowianie – dzieci Matki Ziemi…

blog polski

.

.

Współczesny człowiek, przyzwyczajony do wynalazków cywilizacji, nie potrafi nawet wyobrazić sobie życia bez elektryczności, bieżącej wody w kranie, sklepów, ulic, telefonów czy pieniędzy. Nie powiem, ułatwiają one życie, choć jednocześnie, często niewolniczo, uzależniają człowieka od nich – jego własnych wytworów. O ile prościej jest rano, gdy jeszcze jest ciemno, po prostu jednym palcem nacisnąć kontakt i włączyć światło, bez konieczności mozolnego po ciemku krzesania ognia. A w zimie dzięki centralnemu ogrzewaniu nie troszczyć się o to, że w nocy ogień na palenisku czy w piecu wygaśnie i rano będzie zimno. O ileż też łatwiej i wygodniej jest wyjść do pobliskiego sklepu i kupić coś do jedzenia, niż np. musieć iść na polowanie, czy na pole. Ale cały ten postęp techniczny ma niedostrzegane przez większość negatywne strony. Człowiek stał się po prostu niewolnikiem techniki i jej gadżetów. Wyłączenie np. prądu w jakimkolwiek mieście na całą dobę sparaliżowałoby całkowiecie jego…

View original post 4 152 słowa więcej

Opublikowano Uncategorized | 27 Komentarzy

Kaz Dziamka – Hołd Słowiańskiej, Pogańskiej Puszczy Białowieskiej

 

Ten słynny utwór instrumentalny z lat 60-tych – „Wonderful Land”, skomponowany przez Jerry Lordana i rozsławiony na całym świecie wersją nagraną przez zespól The Shadows – był inspiracją dla wielu znakomitych muzyków, między innymi dla solowego gitarzysty zespołu Black Sabbath, Tony Iommi’ego, jak i również dla innego legendarnego gitarzysty brytyjskiego Mike’a Oldfielda.

Był też olbrzymią inspiracją dla mnie, podobnie jak utwór „Stalowa Woda”, naszego wspaniałego polskiego zespołu Tajfuny, nieustępującego artystycznie takim znakomitościom tamtych czasów jak właśnie brytyjski The Shadows, czy amerykański The Ventures, albo szwedzki the Spotnicks. Dlatego nagrałem „Stalową Wodę” dla blogu Przemexa jako mój hołd polskim Słowianom. A teraz mam okazję zaprezentować moją wersję „Cudownego Kraju” jako hołd polskiej, słowiańskiej, pogańskiej Puszczy Białowieskiej, unikalnie cennego, ostatniego dziewiczego lasu borealnego, który kiedyś pokrywał większość obszaru Europy. Dziś zachował się tylko w formie szczątkowej i tylko w Białorusi i Polsce.

Jestem przekonany, że Jerry Lordan nie miałby absolutnie nic przeciw temu, że dla mnie jego arcydzieło rockowej muzyki instrumentalnej kojarzy się właśnie z tym magicznym słowiańskim lasem. Utwór ten nagrany został przez Shadowsów w lutym 1962 roku i szybko dotarł na pierwsze miejsce brytyjskich przebojów, gdzie pozostał aż 8 tygodni.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , | 3 Komentarze

W odpowiedzi turbokatolikowi Arturowi W i kilku jego przydupasom…

blog polski

.

Artur W – pierwszy z prawej

.

Ciąg dalszy sporu o historyczność Bolesława II, syna Mieszka II Lamberta, wymazanego wolą biskupów z pocztu władców i z historii państwa Piastów.
.
Niedawno poinformowano mnie o krótkim tekściku pod moim adresem na stronie Artura W.
http://sigillumauthenticum.blogspot.de/2017/02/w-sprawie-pomowien-andrzeja-szuberta.html
.
Była to jego odpowiedź na mój tekst, w którym zdemaskowałem jego turbokatolickie kłamstwa i wymysły odnośnie wymazanego z naszej historii przez biskupów kk Bolesława II:
https://opolczykpl.wordpress.com/2017/02/08/boleslaw-ii-poganski-czyli-o-tym-jak-turbo-katolik-artur-w-z-kola-naukowego-historykow-uniwersytetu-judeojagielonskiego-robi-za-koscielnego-falszerza-historii-panstwa
.
Zastanawiałem się, czy na tę zaczepkę i groźby zadenuncjowania mnie odpowiedzieć. Zapytałem nawet o to trójkę przyjaciół. Ostatecznie zdecydowałem się odpowiedzieć publicznie wpisem na blogu. Odpowiadam przede wszystkim dlatego, aby Artur W i jego przydupasy – komentatorzy pod rzeczonym tekstem – nie odnieśli wrażenia, że boję się podnieść rzuconą mi rękawicę. Nie pękam przed takimi osobnikami.
.
A więc…
.
Artur W jest przede wszystkim tchórzem. I to z dwóch powodów:
.
1) Łże on…

View original post 2 124 słowa więcej

Opublikowano Uncategorized | 51 Komentarzy

„Krytyczna sytuacja” Rohingjów. Amerykańskie dziedzictwo i aktualna polityka w Azji Południowo-Wschodniej

Bengalscy imigranci w Mjanmie

za: https://pracownia4.wordpress.com/2017/10/08/krytyczna-sytuacja-rohingjow-amerykanskie-dziedzictwo-i-aktualna-polityka-w-azji-poludniowo-wschodniej/

Joe Quinn
Sott.net

Zachodnie rządy, ich media i „organizacje pozarządowe” z łatwością szarpią emocjonalne łańcuchy zachodnich społeczeństw. Kryzys humanitarny może trwać przez wiele lat, ale jeśli zachodnie rządy nie mają nic do zyskania (lub są częściowo zań odpowiedzialne), zachodnie media niewiele o nim mówią, a populacja zachodnich krajów pozostaje nieświadoma jego istnienia. Z drugiej strony, jeśli zachodnie rządy zdecydują, że jakaś ciemiężona czy poniewierana grupa ludzi powinna stać się kolejną cause célèbre pomocy humanitarnej w służbie jakiejś geopolitycznej intrygi, zachodnia prasa uaktywnia się i nagle wszyscy są gotowi do walki, i nawołują do „zrobienia czegoś”, żeby „pomóc tym biednym [tu wstaw nazwę grupy etnicznej lub religijnej w danym geopolitycznym punkcie zapalnym]”. Można to nazwać „imperializmem humanitarnym”.

Cały świat uczestniczył w kilku pokazach tego typu manipulacji: od dzieci w inkubatorach w Kuwejcie w 1991 roku, przez pomoc dla biednych bośniackich i kosowskich muzułmanów w Jugosławii w 1999 r. i „45 minut do zagłady świata przez iracką BMR” w 2003 r., po nowszy i niezbyt wymyślny chwyt z upieraniem się, że pewien przywódca pewnego kraju jest „dyktatorem zabijającym swój naród”. A jednak, pomimo istnienia wielu możliwości zdobycia wiedzy o tym, jak naprawdę działa ten świat, wciąż można liczyć na to, że globalna populacja, jak psy Pawłowa, w niewłaściwy sposób zareaguje na dźwięk „humanitarnego” dzwonu.

Tak też jest w wypadku aktualnego kryzysu „humanitarnego” w Mjanmie, gdzie – jak się nam mówi – „lud Rohingja” jest prześladowany przez wojsko Mjanmy i w odpowiedzi na to w październiku 2016 r. „nieznana wcześniej grupa” pod nazwą Rohingya Salvation Army – „Armia Zbawienia Rohingja”– zaczęła atakować posterunki wojskowe Republiki Związku Mjanmy na granicy z Bangladeszem, zabijając policjantów i prowokując represje ze strony sił bezpieczeństwa Mjanmy, które przeciągnęły się do tego roku, wywołując kryzys „humanitarny”, który powinien wzbudzić gniew u wszystkich mieszkańców Zachodu. Źródło współczesnego epizodu tego kryzysu można znaleźć w 2012 r.: w stanie Rakhine [wcześniej używana nazwa Arakan była nadana przez europejskich kolonizatorów] wybuchły wówczas zamieszki, kiedy rzekomo ktoś z Rohingjów zgwałcił i zamordował buddystkę z Rakhine. W odwecie buddyści z Rakhine zabili dziesięć osób Rohingja. Do sierpnia zabito 57 muzułmanów i 31 buddystów, a około 90 tysięcy osób przesiedliło się z powodu przemocy. Spłonęło około 2528 domów, z czego1336 należało do muzułmanów Rohingja, a 192 do buddystów z Rakhine.

Chociaż zachodnie media zdają się być zdeterminowane, żeby przedstawiać sytuację w stanie Rakhine w sposób uproszczony, jako prześladowanie bezpaństwowców przez władze Mjanmy, problem ten można zrozumieć tylko w kontekście przeszłych i aktualnych gier geopolitycznych, rozgrywanych przez główne światowe mocarstwa, a zwłaszcza przez USA.

Mjanma (Birma), Pakistan Wschodni i „wielka gra”

Około 90% ludności Mjanmy to „wschodni Azjaci” (tzn. wyglądają „orientalnie”) i ten sam odsetek stanowią buddyści. W zachodnim stanie Mjanmy, Rakhine, graniczącym z Zatoką Bengalską, jest około 5 milionów etnicznych Rakhine, inaczej: Arkanów, którzy również w większości są buddystami i pochodzą z obszaru obecnego Bangladeszu i Indii. Ponadto w stanie Rakhine jest około 1 miliona tak zwanych Rohingjów, którzy są muzułmanami i pochodzą z Bangladeszu, Pakistanu i Indii. Wielu „Rohingjów”, żyjących obecnie w zachodniej Mjanmie, wyemigrowało tam w ubiegłym wieku, uciekając od ubóstwa i konfliktu w Bangladeszu. Za czasów brytyjskich rządów w Indiach władze brytyjskie przesiedliły dużą liczbę osób z Bengalu (współczesny Bangladesz) do brytyjskiej Birmy do pracy na plantacjach herbaty i kauczuku. Tysiące Bengalczyków zostało również zwerbowanych przez główną pakistańską agencję wywiadowczą ISI (w porozumieniu z CIA) do walki z Rosjanami w Afganistanie za czasów ZSRR.

 

Mapa przedstawiająca podział Indii na Indie oraz Pakistan Wschodni i Zachodni

 

Bezpośrednio po II wojnie światowej bengalscy mudżahedini, którzy wywodzili się z terenów ówczesnego Pakistanu Wschodniego i nazywali siebie „Rohingja”, zaangażowali się w konflikt o niskim natężeniu z władzami Birmy, mający na celu „wyzwolenie” północnej części stanu Rakhine i przyłączenia go do ówczesnego Pakistanu Wschodniego (teraz Bangladesz). Kiedy w 1948 r. Birma uzyskała niepodległość (spod brytyjskiego panowania), rząd birmański oskarżył mudżahedinów (i przez implikację rząd Pakistanu) o zachęcanie tysięcy Bengalczyków do nielegalnej migracji z Pakistanu Wschodniego do stanu Rakhine, w celu doprowadzenia do jego aneksji. W ciągu następnych 10 lat birmańskie wojsko z powodzeniem pokonało „Rohingjów”, tzn. bengalskich mudżahedinów, zmuszając wielu do ucieczki z powrotem do Pakistanu Wschodniego, chociaż zginęło wielu birmańskich buddystów. W 1962 r., w wyniku nacisków ze strony mniejszości, w tym bengalskich muzułmanów, na federalizację Mjanmy, wojsko Mjanmy przejęło władzę w drodze zamachu stanu i wprowadziło dyktaturę, która trwała do 2011 roku.

Kiedy w następstwie II wojny światowej skończyły się brytyjskie rządy w Indiach, subkontynent został podzielony na Indie i Pakistan, a Pakistanowi, jako krajowi w większości muzułmańskiemu, przydzielono dwa terytoria po obu stronach Indii. Podczas gdy populacja obu obszarów była porównywalna, Pakistan Zachodni miał znacznie większą masę lądową i tam skoncentrowała się władza polityczna. W 1948 r. rząd Pakistanu ustanowił urdu jedynym językiem nowego kraju, wywołując tym masowe protesty na wschodnim terytorium Pakistanu (wówczas nazywanym Bengalem Wschodnim), gdzie zdecydowaną większość stanowili Bengalczycy mówiący po bengalsku.

W 1949 r. bengalscy nacjonaliści utworzyli partię „All Pakistan Awami Muslim League”, która miała reprezentować interesy Pakistanu Wschodniego. Wobec narastających napięć sekciarskich i masowego niezadowolenia z nowego prawa, rząd zakazał organizowania publicznych spotkań i wieców. Studenci uniwersytetu w Dhakce i inni polityczni aktywiści nie podporządkowali się zarządzeniu – 21 lutego 1952 r. zorganizowali protest i w rezultacie policja zabiła kilku demonstrujących studentów. To z kolei sprowokowało powszechne niepokoje społeczne, aż ostatecznie po czterech latach zamieszek rząd centralny ustąpił i w 1956 r. j. bengalski odzyskał status języka oficjalnego. Mimo to ludność Bengalu Wschodniego (który w 1955 r. zmienił nazwę na Pakistan Wschodni) czuła się wykorzystywana przez władze Pakistanu Zachodniego i dyskryminowana w rządzie, przemyśle, biurokracji i siłach zbrojnych. W 1953 r. słowo „muzułmańska” (Muslim) zostało usunięte z nazwy Ligi Awami (Ligi Ludowej), żeby odzwierciedlić zasadniczo świeckie nastawienie tego ugrupowania politycznego.

W 1966 roku w Lahore, w Pakistanie Zachodnim, Mujib ogłosił sześciopunktowy plan działania

W 1970 roku, kiedy Liga Awami pod przewodnictwem Sheikha Mujibura Rahmana (znanego jako ojciec-założyciel Bangladeszu) odniosła przygniatające zwycięstwo w pierwszych w ciągu dekady otwartych wyborach, wynik został unieważniony przez juntę wojskową w Pakistanie Zachodnim i Liga Awami zainicjowała Ruch na rzecz Sześciu Punktów (który domagał się większej autonomii dla Pakistanu Wschodniego) i Ruch Odmowy Współpracy (Non-cooperation Movement), co zakończyło się wojną o niepodległość Bangladeszu, w trakcie której doszło do trzeciej konfrontacji wojskowej między Pakistanem a Indiami (dlatego jest też nazywana „trzecią wojną indyjsko-pakistańską; pierwsze dwie dotyczyły Kaszmiru). Zasadniczo była ona próbą skruszenia ruchu niepodległościowego w Pakistanie Wschodnim przez rząd wojskowy Pakistanu Zachodniego, ale zważywszy na to, że wydarzenia miały miejsce w szczytowym okresie zimnej wojny, rząd pakistański z pewnością nie działał sam. Pakistan znajdował się w strefie silnych „zachodnich” (amerykańskich) wpływów (od 1950 r.), podczas gdy Indie były „niesprzymierzone”, co dla Henry’ego Kissingera, doradcy Nixona ds. bezpieczeństwa narodowego, oznaczało „zbyt przyjacielskie z Rosjanami”.

Zachodni Pakistańczycy, używając broni przekazanej im przez rząd Nixona za pośrednictwem Jordanii i Iranu (z pogwałceniem ograniczeń nałożonych przez Kongres USA), zabili co najmniej 500 tysięcy Bengalczyków. W tym przedsięwzięciu wspierała ich Dżamiat-i-Islami Bangladeszu, islamistyczna partia polityczna, która popierała ekstremalną formę islamu i zdecydowanie sprzeciwiła się niezależności Bangladeszu. Aktywiści partii byli znani ze współpracy z pakistańskim wywiadem (ISI), a więc także z amerykańskimi agentami. W wyniku ludobójstwa, podczas wojny niemal 2 miliony Bengalczyków uciekło do stanu Rakhine w Mjanmie. Wielu dzisiejszych Rohingjów to właśnie ci uchodźcy i ich dzieci.

W przeciwieństwie do dzisiejszych czasów, kiedy to amerykańskie rządy robią wielkie halo z dyktatury rzekomo „zabijającej swoich ludzi”, Nixon i Kissinger nie byli w najmniejszym stopniu poruszeni bardzo realnymi ludobójczymi skłonnościami rządu Pakistanu Zachodniego w stosunku do swoich obywateli w Pakistanie Wschodnim.

Jak ujawniły taśmy i dokumenty Białego Domu, Nixon i Kissinger w pełni popierali swoich pakistańskich sojuszników i złościło ich, że rząd Indii próbuje powstrzymać to szaleństwo. Omawiając tę sprawę w Gabinecie Owalnym, Nixon powiedział Kissingerowi, że „Hindusi potrzebują masowego głodu”, a Kissinger szydził z tych, którzy „wykrwawiają się za umierających Bengalczyków”, i nazwał Indie „radzieckim sługusem”. Fakt, że Pakistan był dyktaturą wojskową, podczas gdy Indie były pełnoprawną demokracją, nie miał znaczenia dla tych dwóch wzorów cnót.

Kiedy w najlepsze trwało masowe wybijanie Hindusów i Bengalczyków w Pakistanie Wschodnim, z tamtejszego konsulatu Stanów Zjednoczonych wysłano do Waszyngtonu notę protestacyjną, potępiającą współudział administracji USA w tej rzezi. Nota została podpisana przez Konsula Generalnego Archera Blooda i 20 pracowników placówki. Czytamy w niej m. in.:

Nasz rząd nie potępił tłumienia demokracji. Nasz rząd nie potępił zbrodni i okrucieństw. Nasz rząd nie podjął zdecydowanych działań, żeby ochronić swoich obywateli, stając jednocześnie na głowie, żeby jakoś uspokoić tutejszy rząd, zdominowany przez Pakistan Zachodni, i złagodzić wszelkie zasłużenie negatywne dlań skutki na polu stosunków międzynarodowych.

Nasz rząd dał dowód tego, co wielu uznałoby za upadek moralny, jak na ironię w czasie, kiedy ZSRR wysłał wiadomość do prezydenta Yahyi Khana (ówczesnego prezydenta Pakistanu), występując w obronie demokracji, potępiając aresztowanie przywódcy demokratycznie wybranej większościowej partii – zbiegiem przypadków o prozachodnim nastawieniu – i nawołując do zaprzestania represji i rozlewu krwi.

Ale my zdecydowaliśmy się nie interweniować, nawet moralnie, na tej podstawie, że konflikt z Awami, w którym niestety znajduje zastosowanie wyświechtany termin ludobójstwo, jest czysto wewnętrzną sprawą suwerennego państwa. Prywatni Amerykanie wyrazili oburzenie. My, jako zawodowi urzędnicy służb cywilnych, wyrażamy swój sprzeciw wobec obecnej polityki i żywimy gorącą nadzieję, że zostaną zdefiniowane nasze realne i trwałe interesy tutaj, a nasza polityka odpowiednio ukierunkowana.

Konsul Generalny Archer Blood osobiście przekazał relację z jednego epizodu ludobójstwa bezpośrednio do Departamentu Stanu i Rady Bezpieczeństwa Narodowego Henry’ego Kissingera. Opisał, jak po przygotowaniu zasadzki pakistańscy regularni żołnierze podpalili żeński akademik na Uniwersytecie w Dhakce. Kiedy mieszkańcy uciekli z budynku, zostali wykoszeni ogniem z dostarczonych przez USA karabinów maszynowych. W ciągu pierwszych trzech dni zginęło 10 tysięcy osób. Na cel wzięto także bengalskich intelektualistów (jak często bywa w takich sytuacjach) i w ostatnich dniach konfliktu otoczono i zamordowano ok. 300 lekarzy, profesorów, pisarzy i nauczycieli.

Nie można jednak oskarżyć Nixona i Kissingera o to, że w ogóle nic nie zrobili w odpowiedzi na tę sytuację. Wkrótce po wysłaniu swojej noty Archer Blood został zdjęty ze stanowiska, a Kissinger, zaraz po zostaniu sekretarzem stanu w 1973 r., obniżył rangę tych, którzy w 1971 roku podpisali protest w sprawie ludobójstwa.

W grudniu 1971 r. pakistańska armia poddała się połączonym siłom bengalskich Mukti Bahini i armii indyjskiej i wojna o niepodległość Bangladeszu się zakończyła. Sheikh Mujibur Rahman (przywódca prozachodniej Ligi Awami, wspomnianej w nocie Blooda) został zwolniony z więzienia w Pakistanie Zachodnim i został pierwszym premierem nowo powstałego kraju, Bangladeszu. Kissinger nie tylko żywił niechęć do idei niepodległości Pakistanu Wschodniego z powodów geopolitycznych i ideologicznych, ale został spalony przez złą prasę, jaką otrzymał za tę wojnę, za co obwinił Ligę Awami i jej lidera „Mujiba” (jak znany był Rahman). Wkrótce miał przyjść czas na napawanie się zemstą.

Transpokoleniowe zamachy stanu CIA i dżihad Ameryki

Khondokar Mostak Ahmed

Mujib pełnił funkcję prezydenta Bangladeszu od 11 kwietnia 1971 r. do 12 stycznia 1972 r., następnie premiera od 12 stycznia 1972 r. do 24 stycznia 1975 r., i ponownie prezydenta od 25 stycznia 1975 r. do 15 sierpnia 1975 r. W nocy z 15 na 16 sierpnia 1975 r. grupa młodych oficerów armii zaatakowała czołgami rezydencję prezydenta i zabiła Mujiba, jego rodzinę i osobisty personel. Śmierci uniknęły tylko córki – Sheikh Hasina Wajed i Sheikh Rehana, które były w tym czasie z wizytą w Niemczech Zachodnich. Jak ujawnił weteran amerykańskiego dziennikarstwa Lawrence Lifschultz w artykule z 2005 r., zamieszczonym w wydawanej w Bangladeszu gazecie The Daily Star, CIA miała bezpośredni udział w zamachu na Mujiba, który pogrążył Bangladesz w ciągnących się przez kilka lat krwawych zamieszkach i kolejnych zamachach stanu. Głównymi postaciami wśród spiskowców byli Khondokar Mostak Ahmed i generał Ziaur Rahman. Mostak był członkiem Ligi Awami i bliskim powiernikiem Mujiba. Jednak po cichu prowadził rozmowy z urzędnikami USA i pakistańskimi władzami, zmierzając do wynegocjowania porozumienia nie obejmującego niepodległości Bangladeszu.

Kilka miesięcy przed zamordowaniem Mujiba i jego rodziny Mostak, za pośrednictwem Ambasady Stanów Zjednoczonych, próbował zdobyć poparcie USA dla zamachu przeciwko Mujibowi. Ambasadorem USA w Dhakce był wówczas Eugene Boster. Boster powiedział Lawrence’owi Lifschultzowi, że w styczniu 1975 r. osobiście wydał ścisłe instrukcje zakazujące personelowi ambasady utrzymywanie kontaktów z jakąkolwiek grupą, która rozważa zamach stanu. Dotyczyło to także szefa placówki CIA Philipa Cherry’ego i jego personelu. Boster był jednak przekonany, że mimo to miały miejsce jakieś „próby obejścia” z ominięciem jego autorytetu jako ambasadora. Kiedy Boster zastanawiał się, kto w Departamencie Stanu USA mógłby mieć władzę lub skłonność do przeciwstawienia się decyzjom ambasadora w Dhakce, oczywistą odpowiedzią był „szef polityki zagranicznej” Henry Kissinger, który był sekretarzem stanu w administracji Forda. Gdy Lifschultz spotkał się z Mostakiem w jego domu w Dhakce w 1976 roku, kilka miesięcy po zabójstwie Mujiba i wkrótce po tym, jak sam Mostak został zdymisjonowany przez generała Ziaura Rahmana, Mostak odmówił odpowiedzi na pytania dotyczące zamachu stanu, stwierdzając tylko, że Lifschultz powinien zapytać Nixona i Kissingera, ponieważ „oni wszystko wiedzą”.

Kissinger i Nixon, zaśmiewający się z tego w 1971 roku

Innym spiskowcem w popieranym przez USA zamachu stanu i zamordowaniu Mujiba, jak ujawnił Lifschultz, był Ijlal Haider Zaidi, wysoki urzędnik służby cywilnej w pakistańskim rządzie. W 1975 r. Zaidi był również członkiem „komórki afgańskiej” – swego rodzaju banku informacji dla pakistańskiego wywiadu i kształtowania polityki wobec Afganistanu. Ta „afgańska komórka”, w znacznym stopniu zinfiltrowana przez amerykański i brytyjski wywiad, była odpowiedzialna za zebranie siedmiu religijnych partii islamskich Afganistanu, uznanych przez Pakistan za „legalnie rządzące”. W ciągu kilku lat ci „prawowici rządzący” stali się „afgańskimi mudżahedinami”, szkolonymi i uzbrajanymi przez CIA w ramach Operacji Cyclone [polska Wiki] (oraz publicznie zatwierdzonymi przez doradcę ds. bezpieczeństwa narodowego USA Zbigniewa Brzezińskiego), aby walczyć z Rosjanami w czasie radzieckiej interwencji w Afganistanie. Nie jest tajemnicą, że afgańscy mudżahedini agencji CIA i Brzezińskiego przekształcili się później w „Al-Kaidę”.

W 2004 r. podjęto próbę zamachu na córkę Sheikha Mujibura Rahmana („Mujiba”), Sheikh Hasinę, która była wówczas przewodniczącą opozycyjnej Ligi Awami. Atak został przeprowadzony przez islamską fundamentalistyczną organizację Harakat-ul-Jihad al-Islami. Członkowie ugrupowania rzucili 13 granatów w tłum, przed którym przemawiała Hasina. W atak zamieszany był również  wspomniany już bangladeski Dżamiat-i-Islami, który uczestniczył w masakrze Bengalczyków w wojnie o niepodległość Bangladeszu w 1971 r. i który był finansowany przez wywiad pakistański i CIA.

Hasina została ranna, ale przeżyła atak i dziś jest premierem Bangladeszu. W 2012 r. za udział w ataku sądzony był Tarique Rahman. Obecnie jest on wiceprzewodniczącym Nacjonalistycznej Partii Bangladeszu. Tarique jest synem generała Ziaura Rahmana, który w 1975 roku brał udział w zamachu stanu i zamordowaniu ojca Hasiny, Mujiba, po czym został mianowany szefem sił zbrojnych Bangladeszu, a w latach 1977-81, jak już wspomniałem, był prezydentem kraju.

Obecna premier Bangladeszu Sheikh Hasina

W ostatnich latach grupa islamistów zamieszana w atak na Hasinę (między innymi) – Harakat ul-Jihad al-Islami (HUJI, Ruch Islamskiej Świętej Wojny) – jest ściśle powiązana z „Al-Kaidą”, a dowodzili nią Iljas Kaszmiri i Mufti Abdul Hannan. Obaj mężczyźni byli, co nie jest zaskoczeniem, przeszkoleni przez CIA i siły Pakistanu w Afganistanie podczas wojny radziecko-afgańskiej. Kaszmiri osiągnął wysoką rangę w Al-Kaidzie i był zaangażowany w zamachy w Mumbaju (Bombaju) w 2008 roku [polska Wiki] i zabójstwo Benazir Bhutto (2007), żeby wymienić tylko kilka (logistykę ataków dostarczył podobno agent CIA).

Jednym z przywódców grupy Harakat-ul-Jihad al-Islami jest Abdul Quddus, birmański muzułmanin, który na początku lat 80. uciekł do Pakistanu. Tam został zwerbowany przez CIA i pakistańskie ISI do wojny w Afganistanie. W 1988 roku założył birmańskie skrzydło organizacji – Harakat-ul-Jihad-al-Islami Arakan – stawiające sobie za cel „wyzwolenie” birmańskiego stanu Rakhine, w części północnej zamieszkiwanego przez muzułmańską większość. Ostatnio grupa ta pojawiła się w Mjanmie, gdzie przewodzi ofensywie propagandowej i militarnej, zmierzającej do „wyzwolenia ludu Rohingja”. Lider organizacji, Abdul Quddus, ma dobrze udokumentowane powiązania z Laszkar-e-Taiba, inaczej: Armią Sprawiedliwych – jedną z największych islamskich organizacji terrorystycznych Azji Południowej, która działa głównie z Pakistanu i jest finansowana i zbrojona przez pakistańskie służby wywiadowcze, które z kolei są marionetką amerykańskiego „głębokiego państwa” [prawdopodobnie został aresztowany w marcu b.r. w Indiach, przy granicy z Bangladeszem]. O Laszkar-e-Taiba wiadomo, że szkoli rekrutów z Aceh, miasta w północnej częsci Sumatry, przygotowując ich do dżihadu przeciwko władzom Mjanmy w stanie Rakhine. Na scenie pojawiło się również drugie ugrupowanie znane z zaangażowania w zamach na Hasinę – Dżamiat-i-Islami Bangladeszu – ze wsparciem dla „ludu Rohingja” i jego (rzekomego) domagania się niezależnej ojczyzny w Mjanmie.

Jeśli chodzi o przeprowadzone 25 sierpnia ataki nieznanych „powstańców” na ponad 20 placówek wojskowych w stanie Rakhine, to teraz jest już jasne, że te skoordynowane ataki wymagały drobiazgowego planowania. W miesiącach je poprzedzających około 50 osobom – muzułmanom i buddystom – podejrzewanym o przekazywanie informacji rządowi, poderżnięto gardła lub zasiekano ich na śmierć, żeby wojsko Mjanmy w regionie pozbawić  danych wywiadowczych. Najnowsze doniesienia dziennikarzy pracujących na północy stanu Rakhine sugerują, że lokalni mieszkańcy, w równej mierze bengalscy muzułmanie jak i buddyści, są wściekli, że „dżihadyści” sprowokowali władze Mjanmy do ataków na okoliczne wioski.

Sianie niezgody w Azji Południowo-Wschodniej. Cel: Chiny

U wybrzeży stanu Rakhine znajduje się olbrzymie pole gazowe „Than Shwe”, nazwane tak na cześć generała, który ostatnio rządził w Mjanmie. Te ogromne rezerwy energii odkryto w 2004 r. Kiedy w 2012 r. w Rakhine wybuchły pierwsze zamieszki i rozpoczął się kryzys uchodźców, Chiny prawie już zakończyły zagospodarowywanie jednej części tego złoża. Do dzisiaj Chiny połączyły mjanmański port Kyauk Phyu (w stanie Rakhine) z chińskim miastem Kunming w prowincji Yunnan za pośrednictwem jednego rurociągu ropy naftowej i jednego gazociągu. Rurociąg naftowy dostarcza do Chin ropę z Bliskiego Wschodu i Afryki, a gazociąg transportuje węglowodory z pola Than Shwe. Rurociągi te mają dla Chin znaczenie strategiczne, nie tylko ze względu na dywersyfikację dostaw energii, ale również jako alternatywa dla szlaku żeglugowego przez Cieśninę Malakka, wykorzystywanego dla 80 procent wszystkich chińskich przewozów morskich – eksportu i importu. W 2015 roku, w nie tak subtelnym przesłaniu skierowanym do Chin, marynarki wojenne Stanów Zjednoczonych, Japonii, Australii i Singapuru uczestniczyły w ćwiczeniach „Talisman Sabre”, symulujących blokadę cieśniny.

 

Chińskie rurociągi naftowe i gazowe ze stanu Rakhine do Chin

Konflikt w północnej części Rakhine, pod przykrywką prawdziwego kryzysu humanitarnego, może potencjalnie rozprzestrzeniać się na południe, do innych części Mjanmy, zagrażając istniejącym tam rurociągom chińskim. Chiny planowały również kilka innych projektów w tym kraju, w tym specjalną strefę ekonomiczną Kyauk Pyu o wartości 10 miliardów dolarów, prowadzoną przez chińską państwową CITIC Group, która według Chin stworzy 100 tysięcy miejsc pracy w jednym z najuboższych regionów Mjanmy. Poprzez stworzenie w Mjanmie kieszeni niestabilności na progu Chin, zagrożona jest również chińska inicjatywa „Belt and Road” (Pasa i Szlaku), której celem jest gospodarcze zjednoczenie Eurazji. Jeśli ugrupowania dżihadystów zdołają zagnieździć się w Mjanmie, zakażonych może zostać kilka innych krajów Azji Południowej. Ponadto demonizowanie władz Mjanmy za prześladowanie muzułmanów „Rohingja” może wbić klin pomiędzy rząd Mjanmy i inne kraje azjatyckie, takie jak Indonezja czy Malezja.

Wszystkie te działania wydają się być elementem amerykańskiej polityki „pivotu” (przeorientowania) na Azję, oficjalnie zapowiedzianej przez administrację Obamy w 2011 roku. Z jawnego militarnego punktu widzenia ten „pivot” ma skoncentrować 60 procent amerykańskiej marynarki wojennej i sił powietrznych USA w regionie Azji Południowo-Wschodniej. Z ukrytej perspektywy militarnej i politycznej – wiąże się z rozwijaniem sieci sojuszy wojskowych i partnerstw – w tym tajnego amerykańskiego wsparcia dla dżihadyjskich najemników (jak to zrobiono w Syrii) – które są niezbędne do prowadzenia wojny z Chinami.

Jaki jest więc główny wniosek z tego wszystkiego? „Lud Rohingja” to etnicznie Bengalczycy z Bangladeszu. Nie „należą” do Mjanmy. Są tam z powodu kilku czynników, przy czym wszystkie są wynikiem ingerencji Zachodu w Azji Południowo-Wschodniej i mieszania tam na przestrzeni ostatnich 100 lat. Dzisiaj sytuacja tych ludzi jest eksploatowana przez ugrupowania dżihadystów, które od dawna są wykorzystywane jako narzędzie przez zachodnie agencje wywiadowcze, kiedy te kontynuują swoją wielowiekową „wielką grę” panowania nad światem.

Podobnie jak w przypadku wielu innych kryzysów humanitarnych, wśród zachodnich polityków i ich mediów nie ma prawdziwego zatroskania sytuacją bengalskich imigrantów w Mjanmie. Kwestią zasadniczą wydaje się być to, że „Rohingja” to stosunkowo niedawni przybysze z Bangladeszu. Są nielegalnymi imigrantami, z którymi rząd Mjanmy stara się sobie radzić od kilku dziesięcioleci, ponieważ są oni źródłem okresowych poważnych konfliktów z lokalną ludnością buddyjską w zachodniej Mjanmie, która obawia się, że wraz z napływem coraz większej liczby imigrantów z Bangladeszu wymazana zostanie miejscowa kultura i religia buddyjska. Oprócz tego dość normalnego (w każdym razie w dzisiejszych czasach) kryzysu, mamy wykorzystujących go dżihadystów, siejących zamęt w imieniu pakistańskiego ISI i zachodnich kumpli – co służy większym geopolitycznym celom: „dopaść Chiny”. A przynajmniej na to wygląda.

Jak powiedział sam Kissinger (powtarzając słowa Brytyjczyka, Lorda Palmerstona, kolejnego zwolennika ludobójstwa): „Ameryka nie ma stałych przyjaciół ani wrogów, ma tylko interesy”. Ameryka wcale nie jest przyjacielem bengalskich imigrantów w Mjanmie ani żadnej innej uciskanej i pozbawionej praw grupy ludzi. Wszystkie one są postrzegane jako okazja do wykorzystania ich w nieustającym dążeniu zachodnich psychopatycznych elit do władzy i kontroli nad jak największą ilością zasobów naturalnych i ludzkich na całym świecie.

 

Joe Quinn jest współautorem książek 9/11: The Ultimate Truth (z Laurą Knight-Jadczyk, 2006 r.) i Manufactured Terror: The Boston Marathon Bombings, Sandy Hook, Aurora Shooting and Other False Flag Terror Attacks (z Niallem Bradleyem, 2014 r.), autorem i prezenterem The Sott Report Videos i współgospodarzem cotygodniowej audycji radiowej „Behind the Headlines” w ramach Sott Talk Radio network.

Uznany internetowy eseista od 10 lat pisze wnikliwe analizy dla Sott.net. Jego artykuły ukazały się na wielu alternatywnych stronach poświęconych wydarzeniom na świecie, internetowe stacje radiowe przeprowadzały z nim wywiady, gościł też w irańskiej telewizji Press TV. Jego artykuły można również znaleźć na jego prywatnym blogu JoeQuinn.net.

Tłumaczenie: PRACowniA

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | 2 Komentarze

Matka Ziemia i jej wyrodne dziecko – człowiek cywilizowany…

blog polski

.

.

Inspiracją do poniższego tekstu był rozesłany przez Kaza Dziamkę na kilkanaście adresów e-list z dołączonym krótkim filmem pokazującym piękno dzikiej Przyrody:
.
8 minut piękna
.
Wszystkim Słowiankom i Słowianom proponuję 8 minut piękna naszej planety i ukojenia dla umęczonych naszych dusz słowiańskich. Nie ma znaczenia, że autorem tej cudownej muzyki jest niemiecki artysta, Deuter. Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za dobro naszej „zmniejszającej” się planety i wszyscy powinniśmy jej bronić przed eksplozją przeludnienia i coraz bardziej destruktywną, bezduszną technologią.
Pozdrawiam, Kaz.
.

.

Ludzie to dziwne istoty (pomijam tym razem duchowy wymiar ludzi i całej Rzeczywistości). Biologicznie/fizycznie są wytworem ewolucji, a każdy atom ich ciał otrzymują od Ziemi. Wielu, zwłaszcza wyznawcy religii abrahamowych wypierają się zwierzęcego pochodzenia człowieka, choć z małpami człekokształtnymi dzielimy ok. 98% identycznych genów. To są naprawdę nasi bliscy ewolucyjni kuzyni.

.


.
Nie ma więc sensu wypierać się pokrewieństwa z nimi ani naszej (biologicznie) zwierzęcej…

View original post 2 286 słów więcej

Opublikowano Uncategorized | 17 Komentarzy

Syjonistyczni zbrodniarze nie odpuszczają.

Kurdowie, czyli izraelski sposób na Iran

 

 

 

za: http://ram.neon24.pl/post/140359,kurdowie-czyli-izraelski-sposob-na-iran

„Być może nie jest przypadkiem, że 22 września w chińskiej bazie w Dżibuti – funkcjonującej od mniej niż 2 miesięcy – przeprowadzono ćwiczenia z użyciem prawdziwych pocisków…”

 

Po skończonej sprawie z ISIS’em – kolej na Kurdów. Wszystko po to by rozpocząć nową wojnę w interesie Syjonu

FINITO DAESH, SI PASSA AI CURDI PER INNESCARE LA NUOVA GUERRA PER SION
Maurizio Blondet     27 wrzesień 2017     tłum. RAM
 
 
Koniec Daesh’u zbliża się, ale przy pomocy referendum kurdyjskiego – dysponenci globalnego puczu przygotowują się do wywołania następnego konfliktu. Oczywiście na rzecz Izraela i jak wcześniej według planu Kivunim, czyli destabilizując kraje islamskie wzdłuż linii podziałów etniczno-religijnych.
Bliski Wschód absolutnie nie powinien zaznać spokoju. Netanyahu raduje się w związku z tym głośno, a Bernard Henry Lévy (algierski Żyd, żyjący we Francji) pospieszył by uściskać na miejscu swych dwóch przyjaciół – Masouda Barzani i jego syna Najerfane. Wspomnijmy, że o bezpieczeństwo obydwu Barzani dba Mossad, który kieruje także kurdyjskim wywiadem.
.
Bernard Henry Lévy 
 .
Masoud Barzani
Obecność Bernarda Henry Lévy u Kurdów jest złowieszcza, pomimo iż sama jego postać jest mało poważna. Lévy jest niezwykle znanym promotorem i propagandystą zachodnich „misji humanitarnych” realizowanych przy pomocy bombardowań, czystek etnicznych i masakr, również w stosunku do całkowicie teoretycznych wrogów Izraela.
Ex nouveau philosophe  i jak najprawdziwszy neocon – Bernard Henry Lévy spiskował z islamistami libijskimi, mającymi za cel obalenie Kadaffi’ego; był jednym z głównych zwolenników zniszczenia Libii a także jednym z autorów medialnego usprawiedliwienia tej decyzji. Przez wiele lat był także europejskim propagandystą kurdyjskich Peszmergów i ich bohaterskiego, „świeckiego i nowoczesnego”, a także separatystycznego wizerunku.
.
„Kurdyjski” Bernard Henry Lévy w wyprasowanej koszuli
 .
 
Powód tego wszystkiego jest oczywisty. Jak wyjaśnił Thierry Meyssan – izraelskie służby działają w Kurdystanie irackim już od lat ’60. Po upadku Saddama – i za aprobatą klanu Barzani – pojawił się tam Mossad, dbający o interesy Izraela. Frakcji kurdyjskiej – Izrael pomógł na sposób najbardziej mu właściwy, tj. realizacją wysiedleń oraz czystek etnicznych wobec innych mniejszości arabskich, takich jak Jazydzi i Turkmeni, przygotowując w ten sposób – z milczącą akceptacją USA i NATO – „zdumiewające” zwycięstwo podczas referendum.
Dziś Kurdowie są doceniani jak nigdy wcześniej – jako że ma to służyć osłabieniu szyickiego rządu w Bagdadzie i utrudnieniu mu funkcjonowania, choćby poprzez wywołanie wojny domowej kurdyjsko-irackiej.
.
Nieustraszony Bernard Henry Lévy i jego wyprasowana koszula
.
Obecnie, Netanyahu obiecał Masoudowi Barzani „pomoc” w zarządzaniu krajem w postaci „200 000 Izraelczyków”.
Zawarte jest to w tajnym porozumieniu, które zostało ujawnione prawdopodobnie przez tygodnik ukazujący się w Erbil’u – nazywający się – cóż za przypadek – „Israel-Kurd”.
Israel-Kurd  
200 000? Nie jest to jednak liczba tak absurdalna na jaką wygląda.
Jak pisze Sarah Abed, znawczyni historii i polityki Kurdów:
„Aspiracje na rzecz ‚Wielkiego Izraela’ w pełni pasują do kurdyjskiego planu majacego za cel ‚Wielki Kurdystan’. Projekt „Wielkiego Izraela”, opracowany przez Oded’a Yinon’a (autora „Planu Kivunim”) nakazuje wręcz by wkorzystać Kurdów na rzecz skrupulatniejszego poćwiartowania krajów sąsiednich, co przyczyniłoby sie do zrealizowania poszerzonej dominacji Izraela (…). Niedawne badania przeprowadzone na Uniwersytecie Żydowskim potwierdziły, że populacją genetycznie najbliżej spokrewnioną z Żydami mogą być Kurdowie”.
 
Podsumowując, Żydzi odkryli, że Kurdowie są prawie, że tak żydowscy jak oni sami, z czego wynika, że łączą ich więzy braterstwa.
.
Autopromocja i propaganda Peszmergów w Cannes, razem z wyprasowaną koszulą Bernarda Henry Lévy’ego 
 
Tak to Izrael znalazł w końcu – w pobliżu swych wrogów, którym poprzysiągł zniszczenie – obszerną enklawę bogatą w ropę naftową, która staje się jego własnością i z której można przygotować wojnę przeciwko Iranowi (znajdującemu się w bliskim jej sąsiedztwie), a także uruchomić stamtąd plan „B” – tj. awaryjny – w stosunku do Syrii, po tym jak Moskwa, Hezbollah i Teheran unieszkodliwiły plan „A”.
Odnośnie Iranu:

W irackiej miejscowości Kirkuk pojawiły się, a raczej zostały pokazane jednostki bojowe Kurdów irańskich, przybyłych tam z Iranu celowo – ubrane w kamuflaże natowskie, z amerykańską bronią (a nie kałasznikami), co stanowi oczywistą i arogancką pogróżkę w kierunku Teheranu. Z Iranu do Kirkuk przybyły tysiące Kurdów – rzekomo po to, by u boku Kurdów irackich „walczyć z Państwem Islamskim”.
Znalazła się tam także jednostka “Hoshabi al Khalil”, należąca do Kurdyjskiej Partii Wolności (PAK). Obecnie PAK deklaruje, że „gotowy jest na jakiekolwiek poświęcenia, by tylko uniemożliwić siłom wspieranym przez Iran odebranie terytoriów kontrolowanych przez Kurdów”. Wspomnianymi „siłami wspieranymi przez Iran” są jednostki powszechnej mobilizacji „Hashd al-Chaabi”, które walczyły z ISIS’em. Należą do nich iraccy bojownicy szyici, których punktem odniesienia jest Ali Al Sistani – naczelny imam szyicki Iraku oraz Irańczycy, wierni najwyższemu przywódcy Iranu – Ali Khamenei.
.
Kurdowie irańscy w Kirkuk’u – gotowi do walki z Iranem
 .
Uzbrojeni eksponenci Kurdyjskiej Partii Wolności (PAK) powiedzieli dziennikarzom zachodnim: „Ugrupowanie ‚Hashd al-Chaabi’ uważamy za terrorystyczne, sa gorsi od ISIS’u – uważamy ich za zagrożenie dla świata”. Przesada w stylu „zagrożenie dla świata” zdradza obecność Netanyahu z jego hiperbolami. Wiadomo zreszta od dawna, że PAK jest starym dziełem CIA i Mossadu razem. W latach ubiegłych – członków tej partii używano do infiltracji na teren Iranu, sabotaży i zbierania informacji. Obecnie zbroi sie ich i szkoli w celu bardziej ambitnym. Czyżby chodziło o niepodległościową walkę zbrojną na terytorium Iranu – wspomaganą obecnością 200 000 Izraelczyków?
Analityczka Sarah Abed pisze: „W styczniu 2012 gazeta Le Figaro opowiedziała, że agenci służb specjalnych werbowali i szkolili w tajnych obozach irackiego Kurdystanu dysydentów irańskich”.
Po czym dodaje: „Biorąc stronę Kurdów – Izrael zarabia dla siebie oczy i uszy otwarte na Iran, Irak i Syrię”. Pisze także: „Wszystkie kurdyjskie ugrupowania polityczne w regionie mają wieloletnie powiązania z Izraelem, co łączy się z poważnymi epizodami przemocy na tle etnicznym w stosunku do Arabów, Asyryjczyków i Turkmenów”.  Czystki etniczne tak „zhomogenizowały” obszar, że Kurdowie stali się większością.(…)
Thierry Meyssan potwierdza, że: „1 czerwca 2014 służby Arabii Saudyjskiej, USA, Izraela, Jordanii, autonomicznego Regionu Kurdystanu irackiego, Qataru, Wielkiej Brytanii i Turcji zorganizowały w Ammanie, w Jordanii spotkanie przygotowujące inwazję ISIS-u na Irak. Wiemy o istnieniu tegoż zebrania na podstawie dokumentu tureckiego, który natychmiast został opublikowany przez gazetę Özgür Gündem, z którą współpracowałem. Gazeta została zamknięta przez „sułtana”  Recep’a Tayyip’a Erdoğan’a”. (…)
Osobiście sądzę, że to, do czego dąży Izrael to duży konflikt z Iranem, co spowoduje, że moratorium jadrowe straci swą ważność, a Waszyngton zmuszony zostanie do następnego posunięcia na korzyść Syjonu, do czego jak zawsze przyłączy się Europa.
Być może nie jest przypadkiem, że 22 września wojskowi chińscy z bazy w Dżibuti – funkcjonującej od mniej niż 2 miesięcy – przeprowadzili ćwiczenia z użyciem prawdziwych pocisków.

Być może Pekin wie o czymś, o czym my nie wiemy, ale czego się domyślamy.

***
Amidst Universal Opposition to KRG Referendum, Israel Stands By Kurds
By aligning with the Kurds Israel gains eyes and ears in Iran, Iraq, and Syria
„Yinon Plan”
ODED YINON – CURRICULUM  VITAE
“Greater Israel”: The Zionist Plan for the Middle East – The Infamous „Oded Yinon Plan”
Study Finds Close Genetic Connection Between Jews, Kurds
To, co ukrywa referendum
Kurdistan: quello che il referendum nasconde
***
Kivunim, Gladio, ISIS − czyli terroryzm na obstalunek
Wybór tekstów, tłumaczenie i opracowanie: RAM
Rozpowszechnianie treści przetłumaczonych artykułów (z podaniem nick’a autora tłumaczeń) jest dozwolone wyłącznie na darmowych platformach elektronicznych. 

__________________________

__________________________

Żydowska międzynarodowa kreatura w 2014r., Bernard-Henri Lévy  w sprawie żydo-rebeli na Ukrainie:

– To będzie ukraiński plan Marshalla. To nasza odpowiedź na defetyzm niektórych Europejczyków, na twierdzenia, że Ukraina to studnia bez dna, (…)
W ten sposób otwieramy Ukrainie drzwi do Europy – dodawał Bernard-Henri Lévy, słynny francuski pisarz i filozof, od wielu miesięcy orędownik wsparcia dla Kijowa.

template_clip_image028aaa

Żydowski „filozof” z żydowskim prezydentem Poroszenką 2014r. i wśród rebeliantów w Darfurze, marzec 2007 r.

gwpvdbernard_henri_levy_2

Bernard-Henri Levy – doradca byłego prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego, podający się za filozofa aktywny syjonista, zwolennik Izraela – wraz z (Johnem) Christopherem Stevensem, który potem zostanie zabity w Bengazi jako ambasador USA. Na tejże fotografii widoczny jest także Sam Bacile (Nakoula Basseley Nakoula), producent skandalicznego filmu „Niewinność muzułmanów”.  Na zdjęciu po prawej młody syjonista Levy przemawia na zjeździe B’nai B’rith.

.
D.Kosiur
Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 26 Komentarzy