Mateusz Piskorski – LIST OTWARTY DO PRZYJACIÓŁ Z LEWICY

za: https://wiernipolsce1.wordpress.com/2016/12/15/mateusz-piskorski-list-otwarty-do-przyjaciol-z-lewicy/

Nie zaliczamy się do adresatów poniższego listu, gdyż uważamy, że ani lewica, ani prawica nie jest tą opcją polityczną, która odpowiada na rzeczywiste potrzeby Polski i Polaków. Opowiadamy się konsekwentnie za realistyczną, suwerenistyczną, rdzennie polską opcją narodową, jako tą, która zarówno w aspekcie wewnątrzkrajowym, jak i zagranicznym stwarza najlepsze szanse dla bezpieczeństwa i rozwoju naszej ojczyzny.

Przytaczamy jednak treść listu z aresztu Mateusza Piskorskiego, gdyż na tle niemal powszechnego bełkotu intelektualnego i politycznego- jego treść dotyka spraw istotnych i odznacza się dojrzałością analityczno-polityczną. Stwarza to także okazję do podjęcia dyskusji , która może dobrze służyć polskim sprawom.

PZ

________________________

Ostatnie lata, a nawet dziesięciolecia, znamionuje głęboki, kto wie, czy nie najpoważniejszy w jej historii, kryzys polskiej lewicy. Jest to zjawisko na skalę niespotykaną w krajach europejskich, posiadające być może pewną analogię wyłącznie na Węgrzech. Jego źródła są wielorakie, przy czym wszystkie one mają wybitnie strukturalny, systemowy charakter. Próbując je w jakimś stopniu uszeregować, wspomnieć należy o:

1) zjawisku dyskredytacji postkomunistów poprzez ich kooptację do systemu wyzysku tworzonego w ramach neoliberalnej transformacji systemowej;

2) przegranej walkowerem walce o historię – pamięć o dokonaniach cywilizacyjnych powojennej epoki demokracji ludowej w krajach Europy Środkowej;

3) porzuceniu dyskursu sprawiedliwości społecznej na rzecz retoryki drobnych, kosmetycznych korekt kapitalizmu;

4) rezygnacji z apelu patriotycznego i antyimperialistycznego na rzecz retoryki kosmopolitycznej i antytradycyjnych haseł utrzymanych w duchu zachodniej poprawności politycznej;

5) orientacji na agresywny blok atlantycki w miejsce idei harmonijnej współpracy i ewolucyjnej integracji przestrzeni eurazjatyckiej

Pięć wymienionych przyczyn zapaści lewicy szeregować można w dowolnej kolejności, jednak bezspornym pozostaje fakt, iż to właśnie one doprowadziły do wieloletniej dominacji niewiele się od siebie w istocie różniących dwóch antyludzkich i antyspołecznych bloków w postaci orientacji neoliberalnej (w Polsce ciąg partii: Kongres Liberalno-Demokratyczny, Unia Wolności, Platforma Obywatelska, Nowoczesna oraz czołowe media tego obozu jak Gazeta Wyborcza, TVN, Newsweek, Polityka) oraz orientacji neokonserwatywnej (Porozumienie Centrum, Ruch Odbudowy Polski, Prawo i Sprawiedliwość, częściowo Kukiz’15 i media, jak Gazeta Polska, TVP pod obecnym kierownictwem, Do Rzeczy czy W Sieci). Przy całkowitym unicestwieniu lewicy, to właśnie te środowiska nadały trwały kształt współczesnemu polskiemu dyskursowi publicznemu, pomimo toczonych przez nie wewnętrznych waśni i kłótni w rodzinie, których najlepszym przykładem są losy braci Jacka i Jarosława Kurskich. Przegrana demokracji polegającej na rzeczowej wymianie poglądów w ramach racjonalnie prowadzonej debaty publicznej doprowadziła do tego, że niniejszy list do przyjaciół z lewicy piszę jako więzień polityczny za kratami słynnego mokotowskiego aresztu. Dlatego proszę Was, moi drodzy, by nie raziła Was ostrość niektórych wypowiadanych przeze mnie sądów.

Krytykę porozumień zawartych w 1989 roku przy tzw. okrągłym stole oraz w Magdalence uznać trzeba za ze wszech miar słuszną i uzasadnioną. Źródła patologii systemu społeczno-gospodarczego, która zawładnęła Polskę jako tzw. transformacja systemowa, tkwią jednak w okresie wcześniejszym. Podwaliny neoliberalnego kapitalizmu wznieśli swoją deregulacyjną działalnością ustawodawczą ludzie z ekipy Mieczysława Rakowskiego w 1988 roku. Grabarze polskiej gospodarki, dochodząc do konsensusu w sprawie podziału łupów w latach 90-tych, mieli już tym samym gotową bazę instytucjonalno-prawną, opartą na niekwestionowanym dogmacie wyższości własności prywatnej nad innymi formami własności. Założenia doktrynalne konsensusu waszyngtońskiego były gotowe; pozostało rozpoczęcie procesu prywatyzacji z udziałem wywodzącej się z Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej nomenklatury. Znakomicie ten proces opisywał prof. Jacek Tittenbrun w monumentalnej pracy „Z deszczu pod rynnę. Meandry polskiej prywatyzacji”. Mechanizm polegał na uwłaszczeniu się kadr zarządzających przedsiębiorstw państwowych poprzez doprowadzenie do ich upadłości i przejęcie składników ich majątku za symboliczne kwoty.

Wprowadzona uprzednio deregulacja sprawiała, że działania tego rodzaju wymykały się kwalifikacjom prawno-karnym. Kapitalizm nomenklatury rozwijał się aż do końca ostatniej dekady XX wieku, gdy upadł pod naciskiem forsowanego przez postsolidarnościowych neoliberałów dostosowania do statusu neokolonialnego w ramach globalizacji. Tragiczne skutki społeczne tzw. reform próbowali łagodzić nieco tylko nieliczni politycy o orientacji socjaldemokratycznej, jak prof. Grzegorz Kołodko. Nikt jednak nie rozważał już nawet możliwości zmiany kierunku rozwoju gospodarczego Polski, porzucenia neoliberalizmu. Współudział tzw. reformatorskiego skrzydła wyprowadzającego sztandar PZPR w 1990 roku w dziele niszczenia polskiej substancji gospodarczej i tkanki społecznej nie budzi wątpliwości.

Wielu postkomunistów przedzierzgnęło się w bezwzględnych wyzyskiwaczy, z drwiącym uśmiechem odnoszących się do sprawiedliwości społecznej i wszystkich żądań realizacji jej zasad. Lewica postpeerelowska zaczęła w rezultacie być synonimem formacji neoliberalnej; to jej przedstawiciele utożsamiani byli z nieludzkim, depczącym ludzką godność kapitalizmem. Nie miało już znaczenia to, że zdecydowana większość byłych członków PZPR znalazła się wśród wyrzuconych przez system poza margines życia społecznego. Wąska i nieliczna grupa jednej z frakcji tej partii kreowała wizerunek wszystkich byłych posiadaczy partyjnych legitymacji. Doszło do sytuacji, gdy nawet przymierających głodem emerytów z przeszłością w PZPR podejrzewano o ukrywanie niebotycznych, wynikających z rzekomej przynależności do układu, majątków.

Falsyfikacja rzeczywistości posłużyła siłom neokonserwatywnej prawicy do utrwalenia przekonania, iż genetycznym źródłem wszelkiego zła w życiu społecznym i oplatającej struktury państwa przestępczości, jest postkomunizm. Pierwotnie pojęciem tym posługiwała się w swych, dość celnych i błyskotliwych, analizach prof. Jadwiga Staniszkis, jednak po latach stało się ono słowem-wytrychem, wchodząc do uproszczonego leksykonu prawicy, zatracając swe pierwotne znaczenie. Przykładem może tu być choćby, niezły skądinąd, film fabularny „Układ zamknięty” opisujący patologie życia gospodarczego i zjawisko korupcji. Grany przez Janusza Gajosa prokurator Kostrzewa jest nie tylko uosobieniem układu, ale przede wszystkim byłym członkiem PZPR, podobnie jak jego wspólnicy z innych organów władzy, z którymi ów układ tworzy. Tym sposobem to właśnie partia rządząca w PRL ma być źródłem i przyczyną zła, nawet po wielu latach od upadku Polski Ludowej.

Odpowiedzią neokonserwatystów z PiS jest kontynuowane polowania na postkomunistyczne czarownice – dekomunizacja, wyrzucanie z pracy każdego, kto otarł się o PZPR (np. wśród policjantów wywodzących się z Milicji Obywatelskiej), wołanie o rozliczenia będących już w wieku emerytalnym funkcjonariuszy partyjno-państwowych doby PRL. Prawica błędnie lokalizując rzekome źródła zła w systemie, tworzy w ten sposób zasłonę dymną przesłaniającą istnienie i sprawstwo faktycznych mocodawców i beneficjentów systemu: globalne korporacje i ich najemników sterujących nadwiślańskim kapitalizmem. Jednym słowem, konwersja grona reformatorów z PZPR dokonana w imię osiągnięcia osobistych korzyści wywarła trwałe piętno na sposobie postrzegania lewicy i lewicowości w świecie współczesnym. Odrzucenie tej szkodliwej stygmatyzacji wymagałoby radykalnego odcięcia się byłych członków PZPR od reformatorów-liberałów z dawnej nomenklatury. Byłby to proces bardzo trudny, o ile w ogóle możliwy. Lewica PZPR prawdopodobnie bezpowrotnie utraciła szansę na stworzenie postkomunistycznej lewicy z prawdziwego zdarzenia, na wzór Komunistycznej Partii Czech i Moraw. Czescy komuniści nie wstydzili się swych biografii i poglądów. Nasi w zdecydowanej większości przypadków wybrali pokorne chowanie głowy w piasek, lub cudowne nawrócenie na prosystemową socjaldemokrację.

Utożsamienie postkomunizmu z podtekstem politycznym, biznesowym i towarzyskim jednoznacznie negatywnie odbieranego procesu transformacji systemowej ugruntowało przekonanie o rzekomo zbrodniczym, totalitarnym charakterze Polski Ludowej. Postsolidarnościowa prawica podjęła od początku zażartą walkę o kontrolę świadomości zbiorowej Polaków, w której historia przestała być traktowana jako nauka o charakterze idiograficznym (odtwarzającym fakty, ich przyczyny i skutki), a przekształciła się w politykę historyczną. Lewica czy postkomuniści zbyt byli zajęci podziałem kapitalistycznego tortu by zwrócić uwagę na kwestie w sferze tak dla nich abstrakcyjnej nadbudowy. W efekcie mamy do czynienia z całkowitym monopolem neokonserwatywnej prawicowej narracji historycznej w Polsce.

Walka o prawdę na temat Polski Ludowej i jej gigantycznego wkładu w awans cywilizacyjny Polaków nie została nawet podjęta; prawda została oddana walkowerem manipulatorom i fałszerzom dziejów najnowszych. Symbolicznym aktem białej flagi były zabiegi czynione przez niektórych polityków Sojuszu Lewicy Demokratycznej na rzecz rehabilitacji zdrajcy i szpiega CIA, Ryszarda Kuklińskiego. Kolejnym krokiem było powstanie Instytutu Pamięci Narodowej i innych instrumentów polityki historycznej. Kolejne przypadki opluwania wybitnych postaci Polski Ludowej, coraz brutalniejszy język usuwający ze wspólnoty narodowej uczciwych państwowców i zasłużonych obywateli PRL pozostawały bez żadnej odpowiedzi.

Apogeum metapolitycznego triumfu neokonserwatystów stanowią czasy obecnego rządu PiS. Miejsce do którego wtrąciła mnie rządząca dziś partia ma się niebawem stać Muzeum Żołnierzy Wyklętych. Wszechobecna heroizacja bandytów, którzy mordowali po wojnie nie tylko funkcjonariuszy odrodzonego Państwa Polskiego, ale również cywilów – kobiety i dzieci, pokazuje poziom ślepej nienawiści do Polski Ludowej tych, którzy nierzadko są zbyt młodzi by nawet pamiętać ostatnie lata jej istnienia. Nie ma przy tym miejsca nawet na nieśmiałe próby niuansowania ocen historycznych, wykluczana jest z góry wszelka debata. W tych warunkach bardzo łatwo jest powoływać do życia inne, nowe mity czego najlepszym przykładem jest mitotwórstwo smoleńskie. Jak słusznie, podczas niedawnego Kongresu Kultury, zauważyła prof. Maria Janion: „Obserwujemy zwrot ku kulturze upadłego epigońskiego romantyzmu; kanon stereotypów bogoojczyźnianych i Smoleńsk, jako nowy mesjanistyczny mit, mają scalać i koić skrzywdzonych i poniżanych przez poprzednią władzę. Jakże niewydolny i szkodliwy jest dominujący w Polsce mit martyrologiczny.”

Lewica, poza nielicznymi, raczej niszowymi wyjątkami, nie oferuje dla narracji antykomunistyczno-neokonserwatywnej żadnej alternatywy. To dobrze, że istnieją środowiska przypominające dorobek takich postaci jak Stanisław Brzozowski, Ludwik Krzywicki czy Edward Abramowski. Wszyscy jednak boją się panicznie przypominania zasłużonych dla kraju intelektualistów i myślicieli doby Polski Ludowej. To dobrze, że wciąż niektórzy pamiętają o zasługach rozbiorowej i międzywojennej Polskiej Partii Socjalistycznej, warto też jednak zachować w pamięci dokonania polityków z PZPR – choćby talent i nieugięty charakter Władysława Gomułki czy gospodarczy patriotyzm Czesława Bobrowskiego. Polska Ludowa stanowi część spuścizny polskiej lewicy czy się to komuś podoba czy nie. Nie wolno jej oceny pozostawiać neokonserwatywnym propagandystom dążącym do wyrzucenia na śmietnik historii dzieła i życia naszych ojców i dziadków. Niech oni mają swoich Żołnierzy Wyklętych, my przeciwstawimy im swoich, wśród których powinno znaleźć się miejsce dla Gwardii Ludowej, Armii Ludowej, Dąbrowszczaków, Kościuszkowców, a nawet bohaterskich żołnierzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego walczących z bandami ukraińskich nacjonalistów. Wszystko to rzecz jasna przy potępieniu wynaturzeń epoki stalinizmu

Kolejna niezwykle istotna kwestia wiąże się w pewnym stopniu z zagadnieniem klasowego usytuowania grupy postkomunistów w gronie posiadaczy i polega na przyjęciu przez całą niemal lewicę minimalistycznego projektu reformistycznego. Jej zwolennicy zdają się zapominać fakt, iż kapitalizm jest w swej istocie niereformowalny, to jest przy wszystkich zmiennych parametrach technologicznych, niezmienną pozostaje jego rdzeń i hierarchia wartości. Wszelkie kosmetyczne korekty lansowane przez socjaldemokratów są trendami tymczasowymi po których następuje zwykle jeszcze dalej idąca w kierunku deregulacji i deetatyzacji reakcja neoliberalna. W rezultacie socjaldemokracja przesuwa się w kierunku zarysowującego cały mainstream liberalnego centrum. Jest to zjawisko ponadnarodowe, szczególnie w skali europejskiej. Zapoczątkował je zjazd Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD) w Bad Godesberg, kontynuował manifest socjaldemkratycznej Trzeciej Drogi Gerharda Schroedera i Tony’ego Blaira, a tendencja trwa do dziś i nawet nabiera tempa.

Wskutek odejścia socjaldemokratów od idei sprawiedliwości społecznej w niektórych krajach miejsce centrolewicowych ugrupowań zajmuje bardziej wyrazista konkurencja (Syriza w Grecji czy Podemos w Hiszpanii). W Polsce jedna wydaje się, że taki proces nie ma jeszcze miejsca, być może w wyniku tego, że kryzys lewicy jest znacznie głębszy, a jej klęska bardziej druzgocąca. Reformizm socjaldemokratyczny w tych specyficznych warunkach realizuje neokonserwatywny PiS. Paradoskem jest fakt, że rządy partii Jarosława Kaczyńskiego idą w tym względzie znacznie dalej niż niegdysiejsze gabinety SLD. Duża część lewicy nadal jednak nie rozumie nie tylko konieczności zdecydowanego i trwałego naruszenia fundamentów kapitalizmu, które stanowią struktura własności i brak regulacji cen, ale nawet dość oczywistego, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać, faktu iż socjaldemokracja nie jest w stanie w dziedzinie reformizmu socjalnego przelicytować PiS. Dlatego nieodzowne wydaje się uzgodnienie minimum programowego opcji niekapitalistycznej zaproponowanego przez Zmianę i opartego na uznaniu niezbędności nacjonalizacji, regulacji cen i minimalnego dochodu gwarantowanego. Czas się jasno określić: jeśli domagasz się reform kapitalizmu, znaczy udzielasz mu wsparcia, jeśli kwestionujesz obecny ład, uderzasz w jego fundamenty. Tertium non datur.

Skoro, jak stwierdziliśmy powyżej, reformiści porzucili rolę obrońcy wyzyskiwanych i poniżanych, musieli zidentyfikować inne grupy w swoim mniemaniu dyskryminowane i domagające się równouprawnienia. Stworzono zatem wyimaginowany zamiennik proletariatu składający się z różnobarwnych mniejszości, o niejednokrotnie wzajemnie sprzecznych interesach. Co bowiem łączy, na przykład, religijnego muzułmańskiego imigranta z gejowskim aktywistą? Miejsce konfliktu klasowego bazującego na realnie występujących przeciwieństwach, zajął konflikt postmaterialistyczny oparty na przekonaniu o istnieniu sprzeczności w istocie wyimaginowanych bądź drugorzędnych. Jednym z najbardziej wyrafinowanych kłamstw kapitalizmu stało się upowszechnienie, nawet wśród lewicy, przeświadczenia że nie ma dlań alternatywy. W wyniku tego przekonania wyeliminowana została wszelka debata publiczna dotycząca fundamentów systemu.

Neokonserwatywna prawica wprowadziła skutecznie do obiegu publicystycznego i leksykonu sporów politycznych, oksymoron „liberalna lewica” i przymiotnik „liberalno-lewicowy”. Tymczasem adwersarze, których neokonserwatyści z PiS mają na myśli, nie są ani lewicowi ani nawet liberalni. Lewica oznacza bowiem uznanie istnienia interesu wspólnotowego (od postaw komunitarystycznych do kolektywistycznych), mającego prymat nad interesem jednostkowym, prywatnym. A jak jest z liberalizmem poprawnych politycznie środowisk wywodzących się z reformistycznej socjaldemokracji? Nie czas i miejsce na rozważania o sprzecznościach różnych nurtów myśli liberalnej, ale warto tylko zaznaczyć, że politycy o których mowa naruszają i/lub wzywają do ewidentnego odrzucenia podstawowej dla wolnościowej myśli okcydentalnej idei rozdziału sfery prywatnej od przestrzeni publicznej, wzywając wszystkich do manifestowania swej orientacji seksualnej, a jednocześnie zakazując przestrzegania niemodernistycznych praktyk religijnych. Gwałcą zatem wolność ludzką, stanowią rewers opcji neokonserwatywnej z którą toczą zaciekłe boje. Żadna z tych orientacji nie mogłaby w tym świecie wyimaginowanego konfliktu funkcjonować bez strony przeciwnej.

Są też obszary, które tzw. lewica oddała całkowicie we władanie prawicy. Najistotniejszym z nich jest patriotyzm i przywiązanie do wspólnoty narodowej tradycji, historii, języka. Odżegnywanie się od Polski i polskości przez obóz reformistów doprowadziło do tragicznej sytuacji, w której biało-czerwone maski bez zażenowania przywdziewają neokonserwatyści zapraszający imperialne wojska obcego mocarstwa nad Odrę i Wisłę. Tzw. lewica porzuciła zaś zupełnie wszelki przekaz nawiązujący, choćby nieśmiało, do polskich mitów narodowych cementujących wspólnotę. Fundamentalnym problemem socjaldemokratów jest zatem odrzucenie myśli o strukturach tożsamościowych społeczeństwa zarówno klasowych jak i narodowych. Tymczasem żaden ruch lewicowy nie zyskał do tej pory większego trwałego poparcia jeśli nie odwoływał się do uczuć wspólnotowych nie tylko na poziomie struktur klasowych, ale też tożsamościowych i narodowych. Przykłady można mnożyć w różnych częściach świata: od boliwariańskich krajów Ameryki Łacińskiej po czerpiące z projektów emocji patriotycznych w latach swych największych sukcesów, socjaldemokratyczne partie skandynawskie (np. w Finlandii i Szwecji). Powrót lewicy na pozycje suwerenistyczne i narodowe wcale nie musi być trudny – wystarczy sięgnąć po klasyków w rodzaju Bolesława Limanowskiego i Kazimierza Kelles-Krauzego, czy przypomnieć sobie obchody 1000-lecia Państwa Polskiego i rocznice bitwy pod Grunwaldem, organizowane przez władze Polski Ludowej.

Ostatni z zasygnalizowanych na wstępie problemów – źródeł uwiądu lewicy, sytuuje się na osi geopolitycznej. W 1999 roku Rzeczpospolita przystąpiła do agresywnego paktu militarnego stanowiącego zbrojny instrument neoliberalnego kapitalizmu. Przeciwko akcesji do NATO w polskim parlamencie zagłosowało dwóch posłów z ław narodowo-katolickiej prawicy. Lewica postkomunistyczna entuzjastycznie poparła militarne podporządkowanie Polski Waszyngtonowi. Lewica postsolidarnościowa milczała. Dziś po kolejnych zbrodniach USA i ich sojuszników, nikt po lewej stronie polskiej sceny politycznej nie powinien mieć żadnych wątpliwości – należy z szeregów tej przestępczej organizacji niezwłocznie wystąpić. A jednak myśl taka kiełkuje tylko wśród nielicznych działaczy identyfikujących się z nurtem lewicowym. Zdecydowana większość tkwi w miazmatach doktryny atlantyckiej lub euroatlantyckiej lansowanych przez neokonserwatystów. Ulegają presji mitu o rzekomym zagrożeniu ze strony Rosji, choć jest to jedyny z naszych wschodnich sąsiadów, w którym nie pojawiały się nigdy pretensje terytorialne pod naszym adresem. Drżą przed złowieszczo odmienionymi przez wszystkie przypadki nazwiskami „dyktatorów”, choć to Pułkownik Kadaffi i Prezydent Baszar Al-Assad byli gwarantami bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej. Nie przeszkadza im fakt, że amerykański „sojusznik” wszelkimi sposobami stara się dławić rewolucje boliwariańską w Ameryce Południowej i Środkowej. Wreszcie nie dostrzegają prostego faktu, iż tylko integracja gospodarcza eurazji stworzyć może alternatywę wobec TTIP i innych globalistycznych projektów Waszyngtonu. Wierzą za to entuzjastycznie w obecny model integracji europejskiej, choć nie ma ona zbyt wiele wspólnego z europejskim modelem społecznym, który legł niegdyś u jej podstaw.

Wydaje się, że stoimy obecne przed wyjątkowo wyraziście zarysowanym pytaniem czy polska lewica jest w stanie sformułować jasną i czytelną alternatywę wobec współtworzonego przez zmieniających się u władzy neoliberałów i neokonserwatystów systemu. Alternatywę odcinającą się i gotową rozliczyć skutecznie patologię w postaci tzw. transformacji systemowej, przywrócić właściwy obraz najnowszej historii Polski, stanąć niezłomnie w obronie zasad sprawiedliwości społecznej, zająć stanowisko patriotyczne i suwerenistyczne, odrzucić hegemonię Stanów Zjednoczonych. Historyczne przykłady dobitnie świadczą o tym, że w każdym kraju i kręgu kulturowym lewica jest w stanie znaleźć własną i oryginalną drogę; udało się to przed laty nawet w krajach o wyjątkowo tradycyjnym układzie stosunków społecznych. Tak pisał o tym jeden z ideologów nasserowskiego Egiptu, Kamal Rifaat: „socjalizm arabski nie jest kompromisem pomiędzy kapitalizmem i komunizmem, lecz oryginalną doktryną która rodzi się z naszego dziedzictwa intelektualnego i duchowego, z naszej historii narodowej i naszej cywilizacji”. Dlaczego my mamy mieć opory przed śmiałym sformułowaniem postulatów polskiej lewicy XXI wieku?

Niektórzy z Was być może powiedzą, że to utopia. Pewnie, to z całą pewnością ruch pod prąd, ale pamiętajmy słowa Janusza Korczaka: „tego świata nie możemy zostawić – jakim jest”. Inni twierdzą, że to wielkie ryzyko. Fakt, za głoszenie takich poglądów jestem dziś w więzieniu, a nie wśród Was. Pamiętajcie jednak, moi drodzy, że wszystkich nas nie zamkną, a największym wrogiem jest nasza własna niemoc i bierność, a nie więzienne kraty czy procesy polityczne.”

Wasz Mateusz Piskorski

za:  http://mateuszpiskorski.blog.onet.pl/2016/12/11/list-otwarty-do-przyjaciol-z-lewicy/

P.S.

Z przesłanych nam informacji wynika, że w dniu dzisiejszym odbyć się ma ponoć rozprawa przed Sądem Okręgowym w Warszawie, która zadecyduje, czy M.Piskorski zostanie zwolniony z aresztu, czy też w dalszym ciągu będzie bezprawnie w nim przetrzymywany.

Reklamy

Przekleństwo wyklętych.

Polska

Mateusz Piskorski

Kult tzw. żołnierzy wyklętych przestaje już być kwestią politycznych debat i dyskusji, a staje się częścią oficjalnej ideologii państwowej współczesnej Polski.

 Trudne historyczne wybory i — delikatnie mówiąc — kontrowersyjne działania leśnych ludzi po II wojnie światowej strzelających do swoich rodaków nie są też problemem dociekań badaczy — historyków i politologów.

Wszelka dyskusja kończy się tam, gdzie zaczyna się dogmat, a w tym przypadku to dogmat stanowiący wyróżnik oficjalnej ideologii Warszawy. Jakie są konsekwencje polityki historycznej opartej na apoteozie działań zbrojnych przeciwko Polsce Ludowej? Różnorodne i przejawiają się one w bardzo różnych sferach życia publicznego.

Czasem trudno zrozumieć, jak w stosunkowo krótkim okresie czasu doszło do przekształcenia się podziemnej i antysystemowej narracji historycznej w ideologię mainstreamu. Winę za to w największym stopniu ponosi emanacja opcji lewicowej i postkomunistycznej na polskiej scenie politycznej — dogorywający dziś poza parlamentem Sojusz Lewicy Demokratycznej. Zakompleksiona i pełna przekonania o własnej niższości socjaldemokracja zaraz po pierwszych sukcesach wyborczych (wybory parlamentarne w 1993 i 2001 roku, wybory prezydenckie w 1995 i 2000 roku) uznała, że musi się stosować do żądania publicystki „Gazety Wyborczej” Ewy Milewicz, która zwracała się wprost do jej działaczy z legendarnym hasłem „wam mniej wolno„.

Podkuliwszy pod siebie ogon, tzw. lewica ustąpiła całkowicie pola w sferze polityki historycznej (nawiasem mówiąc, nie tylko) niszowej antykomunistycznej prawicy, która ochoczo wzięła się za pisanie najnowszej historii Polski na nowo. Nie chodziło przy tym o to, że nikt im tego nie zabraniał (a jakże, wolność słowa), lecz bardziej o to, iż lewica, mając wszystkie dostępne w Polsce instrumenty medialne, polityczne i oświatowe nie podjęła najmizerniejszej nawet próby pokazania polskiej historii najnowszej w zdecydowanie innym świetle.

Zamiast to uczynić, poddała się całkowicie narracji skrajnej antykomunistycznej prawicy, a nawet w pewnych punktach zaczęła tą obcą sobie narrację powielać (vide Leszek Miller zabiegający skutecznie o rehabilitację Ryszarda Kuklińskiego). Kult tzw. żołnierzy wyklętych, łącznie ze zgodą na nadanie członkom formacji zbrojnych po II wojnie światowej takiej właśnie nazwy, rozpostarł się zatem błyskawicznie od wyrażającej milczącą zgodę nań lewicy, przez centroprawicę (politycy Platformy Obywatelskiej propagowali go z równym zapałem, jak dziś czyni to Prawo i Sprawiedliwość), aż po skrajną prawicę. Przeszedł błyskawiczną drogę rozwoju od rewizjonistycznej bibuły do poziomu kultury masowej, w której uosobienie wulgarnego kiczu w popkulturze niejaka Doda pieje peany na cześć „antykomunistów” ramię w ramię z prezydentem Dudą. Interpretacja historii a la Duda & Doda, jak nietrudno się domyśleć, nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek refleksją i minimalną choćby próbą pochylenia się nad skomplikowanymi momentami najnowszej historii Polski.

Kuriozalność całej tej sytuacji pogłębia fakt, iż chwałę „wyklętych” głoszą oni bezapelacyjnie i do końca. Nie ma zatem znaczenia, czym dany „wyklęty” się wsławił; może być nawet mordercą kobiet i dzieci, jak  uczczony ostatnio marszem w Hajnówce Romuald Rajs ps. „Bury”. Prezydent Andrzej Duda wycofał swój patronat nad sabatem poświęconym tej ponurej postaci wyłącznie z uwagi na skrajnie nacjonalistyczne środowiska, które stały za jego organizacją. Czcicielom „wyklętych” nie przeszkadzają historyczne fakty i wiedza o dokonanych przez wielu z nich mrożących krew w żyłach zbrodniach. Tym gorzej dla faktów — zdają się mówić. „Wyklętym” ma być każdy, kto strzelał do powojennej ludowej władzy, niezależnie od tego, czy przy okazji nie mordował, gwałcił i torturował, przede wszystkim swoich własnych rodaków.

Zadziwia też ewidentna sprzeczność politycznych tradycji, na które powołują się wyznawcy kultu „wyklętych”, z ich obecną narracją historyczną. Narodowcy z jednej strony nieustannie nawiązują do myśli i dorobku twórcy narodowej demokracji Romana Dmowskiego, by z drugiej wychwalać oderwane od prezentowanego przezeń realizmu politycznego marzenia o III wojnie światowej, która miała rzekomo wybuchnąć zaraz po II i stanowić uzasadnienie kontynuowania działań zbrojnych na wyzwolonych spod okupacji III Rzeszy terenach Rzeczypospolitej. Jarosław Kaczyński powtarza, jak istotne jest silne i sprawne państwo, a z drugiej jego partia, ministrowie i prezydent apoteozują działania terrorystyczne prowadzone przez anarchiczne, często bandyckie podziemie. Centryści z PO mówią o rozwiązywaniu sporów drogą ewolucyjną, a wychwalają pod niebiosa oddziały rozstrzeliwujące rzeczywistych i wyimaginowanych komunistów — „wrogów narodu”. W oparach standardów nowej polityki historycznej znalazła się nawet rzekomo twarda opozycja pod patronatem „Gazety Wyborczej” — partia Razem odmawia uczczenia pamięci polskich uczestników hiszpańskiej wojny domowej, do którego doszło mimo to w Warszawie w dniu święta „wyklętych”.

Trudno dziś powiedzieć, na ile zmasowana kampania fałszowania powojennych lat historii Polski, przyniesie długotrwałe efekty. Wygląda na to, że większość społeczeństwa nowy mit odrzuci, lub będzie wobec niego obojętna. Słowa i okolicznościowe deklaracje Dody, Dudy i pomniejszych wyznawców mitu „wyklętych” będą miały wszakże bieżące konsekwencje. Pierwszą z nich może stać się mentalne opuszczenie przez Polskę obozu zwycięzców II wojny światowej i zestawienie jej z państwami gloryfikującymi działalność kolaborancką. Dobrym tego przykładem w kulturze masowej jest przekaz popularnych powieści kryminalnych Marka Krajewskiego. Bohater jego książek, przedwojenny policjant ze Lwowa, po wojnie strzela do polskich i radzieckich żołnierzy wespół z oddziałami zbrodniczej UPA. Ukraińscy nacjonaliści stają się zatem w tej interpretacji sojusznikami szlachetnych „wyklętych”, a banderowskie zbrodnie idą w niepamięć w obliczu wspólnego wroga. Międzynarodowe następstwa takiego akcentowania tragicznych elementów powojennych polskich dziejów są oczywiste: dalsze pogorszenie relacji z Rosją, której tożsamość oparta jest na heroicznej walce z hitlerowskimi Niemcami, czy Białorusią, której obywatele już dziś nie kryją niesmaku wobec faktu uczczenia w Hajnówce autora czystek etnicznych na Podlasiu, wspomnianego „Burego”.

Skutkiem wewnętrznym, o ile Polacy rzeczywiście emocjonalnie zaangażują się pod wpływem propagandy w kult „wyklętych”, będzie natomiast przekonanie o tym, że bunt przeciwko władzy państwowej może przybierać radykalne i agresywne formy. W przypadku pogorszenia się sytuacji społeczno-gospodarczej radykałowie stwierdzić mogą przecież, iż czasy wymagają, by do przedstawicieli władz strzelać, jak robili to ich „wyklęci” idole. Mit żołnierzy wyklętych jest zatem przekleństwem polskiej polityki. Stanowi gloryfikowanie działań co najmniej nieprzemyślanych, a czasem wręcz terrorystycznych. Czas pokaże, czy kiedyś pojawi się szansa na rzetelną, naukową, historyczną analizę wszystkich zjawisk pierwszych lat powojennej Polski.

Uzupełnienie:

Krajobraz po okupacyjnej farsie wyborczej…

blog polski

.

judeopolonia

.


Dzisiaj rano otrzymałem takiego oto maila:

Stawiam następującą tezę: „Wczorajsza wygrana PiS w wyborach parlamentarnych to początek jej końca i i rządów Żydów w Polsce”.  Co Pan na to?

Odpowiedziałem tak:

.
Niestety widzę to inaczej i znacznie gorzej. Obawiam się, że na koniec zaczynającej się obecnie kadencji żydoPisu z tego co nazywamy Polską nie pozostanie już praktycznie nic. Żondy PiS to koniec Polski. To będzie finalizacja Judeopolonii – kraju z polską siłą roboczą rządzonego przez  Żydów.

PiS karmić będzie Polaków bogoojczyźnianym pseudopatriotyzmem. Będą miały miejsce mendialne i polityczne potyczki, bitwy i wojny o „wartości chrześcijańskie”, „wiarę”, krzyże, in vitro i „życie poczęte” (o poczęte żydo-PiS walczy, ale zaraz po urodzeniu aplikuje mu ludobójcze szczepionki).

PiS ogłosi krucjatę „dekomunizacji” Polski – chwytny zastępczy temat w środowiskach pseudopatriotycznych i bogoojczyźnianych. O zwalczaniu żydo-kapitalizmu i żydo-banksterskiego globalizmu nie będzie ani słowa.

Ponownie zacznie się oszukańcza „lustracja”. Oszukańcza…

View original post 678 słów więcej

LOS w sprawie dekomunizacji przestrzeni publicznej – czyli kolejny gniot zaślepionych antykomunizmem dezinformatorów

LOS w sprawie dekomunizacji przestrzeni publicznej

29 czerwca Zarząd Główny Ligi Obrony Suwerenności wystosował Oświadczenie w sprawie dekomunizacji przestrzeni publicznej. Dokument jest wyrazem sprzeciwu Władz Naczelnych LOS wobec propagowania w Polsce symboli komunistycznych, związanych z poprzednim ustrojem. Z treścią Oświadczenia mogą się Państwo zapoznać poniżej lub w zakładce „Oświadczenia”, umiejscowionej w górnym menu na naszej stronie.

O Ś W I A D C Z E N I E
w sprawie dekomunizacji przestrzeni publicznej.

Pomimo upadku komunizmu w wielu polskich miejscowościach wciąż stoją pomniki osobników bezpośrednio zaangażowanych w budowę i utrwalanie tego zbrodniczego i totalitarnego systemu, który przez pół wieku zniewalał Naród Polski. Zbrodniarze i zdrajcy patronują ulicom, a nawet szkołom, które powinny przecież wychowywać młodzież w duchu patriotyzmu i umiłowania Ojczyzny, a nade wszystko przekazywać jej prawdę o naszej historii. Brak pełnej dekomunizacji jest problemem, z którym nasz kraj jeszcze się nie uporał.

Grzechem pierworodnym III Rzeczypospolitej była umowa „okrągłostołowa” i wynikająca z niej „gruba kreska”. Nierozliczenie renegatów zaangażowanych w budowę systemu komunistycznego w Polsce spowodowało, że żyją oni w dostatku, w przeciwieństwie do ich ofiar, które często wegetują na granicy ubóstwa, czy wręcz skrajnej nędzy. Uwłaszczenie się na majątku narodowym przez nomenklaturę komunistyczną dokonało się poprzez rabunkową prywatyzację przy aprobacie koncesjonowanej opozycji. W obecnej sytuacji odwrócenie zaistniałego stanu rzeczy wydaje się być trudne, gdyż spadkobiercy komunistycznych zbrodniarzy zajmują często wysokie pozycje w świecie polityki, mass mediów i biznesu. Przywodzi to na myśl analogię do sposobu działania struktur mafijnych, w których pierwszy z rodu inwestując nieuczciwie zdobyte środki w legalne interesy zapewnia byt swoim potomkom. Możliwy jest jednak demontaż pomników, czy zmiana nazw szkół i ulic, którym patronują osobnicy o komunistycznym rodowodzie. Byłoby to minimalnym aktem sprawiedliwości i zadośćuczynienia wobec tych, którzy cierpieli i umierali za wolną Polskę.

Stosowne działania powinny być podjęte już 25 lat temu, gdy komuniści pozornie oddawali władzę ludziom o rodowodzie solidarnościowym. Jednak nigdy nie jest za późno na dochodzenie sprawiedliwości. Dlatego z uwagą przyglądamy się senackiemu projektowi ustawy o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej z dnia 20 czerwca 2013 r. Ustawa, która ma wręcz fundamentalne znaczenie dla najnowszej historii Polski, trafiła już dawno do rąk ówczesnej marszałek Sejmu Ewy Kopacz, lecz po raz pierwszy była czytana w odpowiednich komisjach dopiero w listopadzie 2014 r. Takie zachowanie posłów można uznać za skandaliczne, bowiem do dnia dzisiejszego nie podjęli oni praktycznie żadnych działań mających wprowadzić ją w życie.

O potrzebie natychmiastowej dekomunizacji przestrzeni publicznej świadczą setki wątpliwej wartości pomników przypominających o sowieckim najeździe oraz okupacji Polski. Według Instytutu Pamięci Narodowej takich reliktów z czasów PRL-u jest w naszym kraju blisko tysiąc. Tymczasem od wielu lat mamy do czynienia z próbami pomniejszania zbrodniczej działalności komunistów w Polsce. Ich godna potępienia przeszłość jest jednak niepodważalna i nie powinna być gloryfikowana. Dlatego odpowiednia ustawa pomogłaby raz na zawsze rozstrzygnąć nieuzasadnione spory historyczne.

Liga Obrony Suwerenności wyraża zdecydowany sprzeciw wobec propagowania w Polsce symboli komunistycznych. Obecność w przestrzeni publicznej nazw ulic, budowli i pomników gloryfikujących sowieckich agresorów i ich agentów jest wyrazem braku szacunku władz państwowych dla ofiar komunistycznych represji. Stawia ponadto katów Narodu Polskiego w pozytywnym świetle w oczach młodego pokolenia Polaków, utrwalając w nich historyczne kłamstwa o rzekomym polsko-sowieckim „braterstwie” i „wyzwoleniu” Polski przez Armię Czerwoną. Dlatego domagamy się od decydentów III Rzeczypospolitej podjęcia niezwłocznych działań mających na celu usunięcie z polskiej przestrzeni publicznej wszelkich śladów dawnego, zbrodniczego systemu. Działanie takie będzie wyrazem historycznej sprawiedliwości, która należy się wszystkim Polakom.

Gdańsk, dn. 29 czerwca 2015 r.

Przewodniczący
Ligi Obrony Suwerenności
Wojciech Podjacki

http://lospolski.pl/?p=4300

Po pierwsze gdzie autor tego „oświadczenia” widzi propagowanie komunistycznej symboliki w przestrzeni publicznej? Te parę pomników Armii Czerwonej które nie mogą się obstać pod naporem oszalałych z nienawiści rusofobów podpuszczanych przez żydo-reżim rządzący Polską? A czemu autor nic nie wspomni na temat wszechobecnej w urzędach, szkołach itp., symboliki katolickiej pomimo rzekomego rozdziału kościoła od państwa? Dlaczego mamy nie tolerować „symboliki komunistycznej” w przestrzeni publicznej a przymykać oko na symbolikę jednej z najbardziej zbrodniczej i  totalitarnej instytucji i religii w historii świata? Bo rzekomo to religia „naszych ojców”?

I gdzie  autor widzi te rzekome zbrodnie „komunistyczne”, jeżeli już coś to były to zbrodnie żydowskich funkcjonariuszy infiltrujących aparat UB czy NKWD i z tego powodu należy mówić o zbrodniach żydo-komuny czy żydo-bolszewii a nie o „zbrodniach komunistycznych” czy „zbrodniarzach komunistycznych” bo te pojęcia są zbyt ogólnikowe i nie wiele mówią na temat rzeczywistych sprawców tamtych zbrodni, odwracają uwagę od samych sprawców oraz starają się ukazać socjalizm czy komunizm w celowo złym świetle. Oczywiście komunizm miał swoje wady takie jak państwowy ateizm czy niepotrzebne i właściwie szkodliwe zwalczanie wszelkiej własności prywatnej czy prywatnych inicjatyw gospodarczych ale główne założenia komunizmu czyli upaństwowienie banków i środków produkcji są jak najbardziej słuszne bo choćby odbierają lichwiarzom możliwość ograbiania całych narodów za pomocą lichwy czy uniemożliwiają wykorzystywanie pracowników na masową skalę przez chciwych kapitalistów oraz masową grabież do prywatnej kieszeni wypracowanego przez robotników zysku.

Po za tym nie było czegoś takiego jak „komuniści pozornie oddawali władzę ludziom o rodowodzie solidarnościowym”, to nie beznarodowi „komuniści” oddawali władzę solidaruchom lecz żydostwo zasłaniające się dla niepoznaki „komunizmem” a penetrujące aparat władzy PRL przy błogosławieństwie Kościoła Katolickiego oraz poparciu międzynarodowej żydowskiej finansjery(banksterów) i ich doradców dogadało się z zorientowanym liberalnie, prozachodnio i prokapitalistycznie żydostwem z obozu „Solidarności” w sprawie przyszłego podziału władzy w kraju tym samym eliminując Polaków z przestrzeni politycznej, medialnej, kulturalnej, gospodarczej itp., zapewniając sobie tym samym władzę i dominację w Polsce na kolejne dziesięciolecia.

Nie było również czego takiego jak „uwłaszczenie się na majątku narodowym przez nomenklaturę komunistyczną”, to kolejne sformułowanie wymyślone przez samych żydów a mające na celu odwrócenie uwagi od faktu że to nie żadna komunistyczna czy partyjna nomenklatura została uwłaszczona na majątku narodowym a miejscowe elity żydowskie oraz zachodnie banki i korporacje będące głównie w rękach żydowskich lub rękach usłużnych wobec żydów szabesgojów.

Kolejna sprawa to czepianie się przez autora pomników Armii Czerwonej jest nie na miejscu, gdyby nie poświęcenie żołnierzy radzieckich to autora tegoż tekstu nie byłoby nawet na świecie i nie miałby kto napisać tych bzdur. „Sowieckie represje” to też gruba przesada, po pierwsze to nie były represje sowieckie a żydo-bolszewickie, termin „Sowieci” wymyśliła i kolportowała zachodnia propaganda dla celów odwrócenia uwagi od w dużej mierze żydowskiego sprawstwa tych zbrodni a liczba ofiar tych represji jest dużo mniejsza niż liczba ofiar okupacji żydo-nazistowskiej. Żydo-stalinizm nigdy też nie planował tak jak żydo-nazizm eliminacji całych narodów a jedynie ich wasalizację w ramach Związku Radzieckiego lub jako państwa satelickie.No i wolę braterstwo polsko – sowieckie gdzie PRL było drugim w hierarchii ważności państwem po ZSRR niż obecne „polsko-amerykańskie” gdzie Polska odgrywa jedynie rolę rezerwuaru taniej siły roboczej, śmietniska Europy, źródła zasobów naturalnych, źródła taniego mięsa armatniego i chłopca na posyłki.

I na koniec cała ta „dekomunizacja” to zawracanie dupy ludziom sprawami nieistotnymi, drugorzędnymi, drugoplanowymi, III RP nie ma bowiem wiele wspólnego z PRL i w żadnym wypadku nie jest komunistyczna lub rządzona prze domniemanych kumuchów. III RP trzeba nacjonalizacji banków, środków produkcji, usunięcia z aparatu państwa agentów zachodnich specsłużb, fundacji pozarządowych, korporacji, banków czy wystąpienia Polski z NATO oraz UE a nie żadnej „dekomunizacji”.

przemex

Dodatki:

link do dyskusji na ten temat: https://piotrbein.wordpress.com/2015/07/01/los-to-kompletni-i-skonczeni-idioci/