Dlaczego grozi nam wojna.

za: https://pl.sputniknews.com/blogs/201802037259833-sputnik-blog-dlaczego-grozi-nam-wojna/

Jest wiele powodów ekonomiczno-społecznych, przez które grozi nam wojna.

Kapitalizm kojarzymy głównie z rozwojem i innowacjami, a nowoczesne fabryki, zautomatyzowane linie produkcyjne, nadzór elektroniczny nad produkcją, zmechanizowane rolnictwo, sprzęty RTV i AGD, samochody, komputery, tablety, smartfony, to wszystko ma jednak drugie dno. Oto powody nierozerwalnie związane z kapitalizmem przez które grozi nam wojna:

1.Liczba ludności rosnąca w nieskończoność

Kapitalizm wymusza nieograniczony wzrost liczby ludności, ponieważ sprzyja to rozwojowi niemal każdej branży ekonomicznej, jak na przykład spożywczej, budowlanej, technologii informatycznych, farmaceutycznej. Im więcej ludności tym większy popyt, a co za tym idzie większa podaż, czyli produkcja i zyski. Liczba ludności jednak w nieskończoność rosnąć nie może, bo powierzchnia Ziemi jest ograniczona, nie tylko ludzie potrzebują przestrzeni do życia, ale i przemysł do produkcji[warto jeszcze wspomnieć o przyrodzie, gdzie będzie miejsce dla lasów, zwierząt, roślin, kiedy wszędzie będą stały fabryki i klity na kredyt, dla korporacyjnych konsumentów-niewolników, przemieszane górami śmieci i nielicznymi, odizolowanymi i ufortyfikowanymi dzielnicami, zamieszkanymi przez nielicznych bogaczy? – przemex]. Obecnie mamy przeludnienie, a liczba ludności dalej rośnie pomimo wysiłków niektórych państw jak Chin, które prowadziły politykę jednego dziecka, za co zresztą zachód niesłusznie zarzucał im łamanie praw człowieka.

2. Peak Oil (szczyt wydobycia ropy naftowej)

Czasy, gdzie wbijając szpadel odkrywało się pokaźne pola ropy naftowej należą już do przeszłości. Dziś panuje „moda” na ropę łupkową. Nie jest to niestety żaden postęp, a desperacja by zdobyć potrzebny niemal do wszystkiego surowiec. Z ropy naftowej produkuje się plastik, wyroby gumowe, asfalty, smary, oleje silnikowe, napędowe, benzynę itd. Widać jak na dłoni nowoczesny przemysł nowych technologii, przemysł samochodowy (ogumienie, drogi, panele wewnętrzne), służba zdrowia (rękawice, strzykawki, sprzęt medyczny).

Teoria Mariona Kinga Hubberta o nastaniu szczytu wydobycia, spadku odkryć nowych złóż, bo obecne odkrycia pokrywają jedynie miesiąc światowego zapotrzebowania, już się sprawdziła, peak oil przypadł na początkowe lata obecnego stulecia i to z przyczyn geologicznych, czyli braku zasobów. Polecam film anglojęzyczny na YouTube Oil Smoke and Mirrors, w którym między innymi były minister ochrony środowiska Wielkiej Brytanii przyznaje, że problem jest realny oraz mówi jak rozwiązały go Stany Zjednoczone, a mianowicie twierdzi, że USA postanowiły zagarnąć resztę zasobów dla siebie, rozpętując wojny na Bliskim Wschodzie.

3.Kryzys energetyczny

EROEI (energy return on energy invested, wskaźnik zwrotu energii wobec energii zainwestowanej do jej wytworzenia) ten współczynnik matematyczny obrazujący, że zysk energetyczny jest zależny od ilości energii jaka została zużyta podczas wytwarzania praktycznie obnaża brak alternatyw dla naturalnie występujących surowców. USA energetycznie zależą od ropy naftowej i są przez to jej największym światowym konsumentem. Energia jest potrzebna do pracy nowych technologii tak samo jak surowce, im więcej postępu, tym więcej energii jest potrzebne i tym więcej surowców, aby wszystko wytworzyć i aby wszystko działało poprawnie, wielbiciele teorii, że postęp rozwiąże problemy utkwili niestety w martwym punkcie.

Zamienniki dla ropy naftowej, która napędza maszyny rolnicze, samochody, samoloty, transport morski, są nie do wytworzenia na tak wielką skalę nawet, gdyby zastąpić silniki benzynowe na elektryczne to zasoby paliw jądrowych na świecie według ekspertów uległyby wyczerpaniu po 10 latach. Wodór produkowany z alg jako naturalna alternatywa ma według badań wskaźnik EROEI na poziomie 50% (potwierdzone badaniami Uniwersytetu Technicznego Federico Santa Maria), co oznacza, że aby uzyskać tyle wodoru tą metodą, która da 1 megawat energii trzeba zużyć 2 megawaty. Ale przecież są alternatywne źródła wiatr, pływy, energia słoneczna i owszem są, ale dławi je kryzys surowcowy o czym jest wspomniane poniżej.

4. Kryzys surowcowy (metale ziem rzadkich)

Metale ziem rzadkich stanowią podstawę produkcji alternatywnych źródeł energii, energii elektrowni atomowych oraz nowych technologii. Każda elektrownia wiatrowa, słoneczna, wodna czy nawet atomowa do wytwarzania prądu potrzebuje metali ziem rzadkich głównie magnesów neodymowych, holmowych, z samaru również robi się magnesy i pręty elektrowni jądrowych. Światłowody robi się z itrebu podobnie jak płyty ogniw słonecznych, lantan natomiast wykorzystuje się do produkcji baterii i akumulatorów. Rząd chiński już deklaruje, że 2/3 chińskich zasobów zostało wyeksploatowanych w zaledwie 25 lat, a pozostałe są kosztowne do wydobycia, co podnosi cenę surowców. Stany Zjednoczone obecnie w całości zależą od importu, a przecież bez metali ziem rzadkich samolotów, rakiet czy radarów się nie zrobi.

5. Upadki państw z przyczyn zadłużenia publicznego

Nie zadłużamy się u Marsa i u Jowisza, ale zadłużamy się u przyszłych pokoleń bo to one muszą spłacać nasze długi, zaciskać pasa i rezygnować z tego co było przeznaczone dla nich, bo my to zużyliśmy. Dług publiczny grozi bankructwem, a to z kolei paraliżem działania całego państwa. Buntami, strajkami, a nawet wojnami domowymi (więcej na ten temat w artykule „Od Lecha „pierwszego” do mieszka pustego, czyli „wolność” Polski w amerykańskim stylu”). Z długami ma problem cały zachodni świat od Stanów Zjednoczonych przez Unię Europejską po Australię.

6. Upadek systemu bankowego

Największy bank świata Deutsche Bank już od kilku lat generuje straty. Wartość spółki spadła już o grubo ponad połowę. Seria nietrafionych inwestycji jak w kontyngentowe konwertowalne obligacje znane pod nazwą kokos (ang. cocos), które są właściwie prawami do aktywów upadłych przedsiębiorstw zniszczyła płynność finansową Deutsche Banku. Miały „kokosy” w domyśle ratować upadłe banki, które w razie bankructwa od razu miały być wcielane do innych instytucji finansowych i ratowane tym samym przed upadkiem. Strategię „kokosu” wymyślił w 1990 roku prof. Robert melton, a odpowiedź na poprzedni kryzys bankowy właśnie taką formą ekonomiczną odłożyła tylko agonię całego systemu finansowego w czasie.

7. Problemy rolnictwa (próchnicza warstwa ziemi, wierzchnia warstwa ziemi i woda)

Na skutek bardzo intensywnego rolnictwa, nawożenia, modyfikacji genetycznych, szybszego czasu wzrostu, warstwa wierzchnia ziemi czyli próchnica, ta warstwa, w której zachodzi rozkład materii, i która zawiera wszelkie substancje odżywcze niezbędne roślinom, została zredukowana o połowę, a część obszarów rolniczych na skutek nadmiernej ekspozycji na substancje chemiczne i pestycydy została całkowicie wyjałowiona, zasolona i zmieniona w obszary pustynne. Woda w uprawach przeważnie pochodziła ze studni podziemnych, a te jak wiadomo napełniają się tysiące lat, a wyczerpaniu w celu nawadniania upraw ulegają w kilkadziesiąt lat, coraz więcej upraw musi przestawiać się na metody upraw w rejonach suchych ang. dryland farming.

8. Planowe postarzanie produktu

Nie, nie to nie jest teoria spiskowa dziejów, w encyklopediach widnieje jako ekonomiczna strategia producenta w celu maksymalizacji zysku, a dziś stosowana jest przez wszystkie największe koncerny. Według tej strategi w produktach specjalnie umieszcza się słabe podzespoły i montuje je tak, aby nie mogły zostać wymienione lub naprawione, zmuszając tym samym klienta do zakupu nowego produktu ponownie.

Nie oszukujmy się, wygrana kapitalizmu i polityki Stanów Zjednoczonych w zimnej wojnie jest przegraną ludzkości, a całość konsekwencji tego wydarzenia sprawia że jutra nie ma.

 

Reklamy

„Krytyczna sytuacja” Rohingjów. Amerykańskie dziedzictwo i aktualna polityka w Azji Południowo-Wschodniej

Bengalscy imigranci w Mjanmie

za: https://pracownia4.wordpress.com/2017/10/08/krytyczna-sytuacja-rohingjow-amerykanskie-dziedzictwo-i-aktualna-polityka-w-azji-poludniowo-wschodniej/

Joe Quinn
Sott.net

Zachodnie rządy, ich media i „organizacje pozarządowe” z łatwością szarpią emocjonalne łańcuchy zachodnich społeczeństw. Kryzys humanitarny może trwać przez wiele lat, ale jeśli zachodnie rządy nie mają nic do zyskania (lub są częściowo zań odpowiedzialne), zachodnie media niewiele o nim mówią, a populacja zachodnich krajów pozostaje nieświadoma jego istnienia. Z drugiej strony, jeśli zachodnie rządy zdecydują, że jakaś ciemiężona czy poniewierana grupa ludzi powinna stać się kolejną cause célèbre pomocy humanitarnej w służbie jakiejś geopolitycznej intrygi, zachodnia prasa uaktywnia się i nagle wszyscy są gotowi do walki, i nawołują do „zrobienia czegoś”, żeby „pomóc tym biednym [tu wstaw nazwę grupy etnicznej lub religijnej w danym geopolitycznym punkcie zapalnym]”. Można to nazwać „imperializmem humanitarnym”.

Cały świat uczestniczył w kilku pokazach tego typu manipulacji: od dzieci w inkubatorach w Kuwejcie w 1991 roku, przez pomoc dla biednych bośniackich i kosowskich muzułmanów w Jugosławii w 1999 r. i „45 minut do zagłady świata przez iracką BMR” w 2003 r., po nowszy i niezbyt wymyślny chwyt z upieraniem się, że pewien przywódca pewnego kraju jest „dyktatorem zabijającym swój naród”. A jednak, pomimo istnienia wielu możliwości zdobycia wiedzy o tym, jak naprawdę działa ten świat, wciąż można liczyć na to, że globalna populacja, jak psy Pawłowa, w niewłaściwy sposób zareaguje na dźwięk „humanitarnego” dzwonu.

Tak też jest w wypadku aktualnego kryzysu „humanitarnego” w Mjanmie, gdzie – jak się nam mówi – „lud Rohingja” jest prześladowany przez wojsko Mjanmy i w odpowiedzi na to w październiku 2016 r. „nieznana wcześniej grupa” pod nazwą Rohingya Salvation Army – „Armia Zbawienia Rohingja”– zaczęła atakować posterunki wojskowe Republiki Związku Mjanmy na granicy z Bangladeszem, zabijając policjantów i prowokując represje ze strony sił bezpieczeństwa Mjanmy, które przeciągnęły się do tego roku, wywołując kryzys „humanitarny”, który powinien wzbudzić gniew u wszystkich mieszkańców Zachodu. Źródło współczesnego epizodu tego kryzysu można znaleźć w 2012 r.: w stanie Rakhine [wcześniej używana nazwa Arakan była nadana przez europejskich kolonizatorów] wybuchły wówczas zamieszki, kiedy rzekomo ktoś z Rohingjów zgwałcił i zamordował buddystkę z Rakhine. W odwecie buddyści z Rakhine zabili dziesięć osób Rohingja. Do sierpnia zabito 57 muzułmanów i 31 buddystów, a około 90 tysięcy osób przesiedliło się z powodu przemocy. Spłonęło około 2528 domów, z czego1336 należało do muzułmanów Rohingja, a 192 do buddystów z Rakhine.

Chociaż zachodnie media zdają się być zdeterminowane, żeby przedstawiać sytuację w stanie Rakhine w sposób uproszczony, jako prześladowanie bezpaństwowców przez władze Mjanmy, problem ten można zrozumieć tylko w kontekście przeszłych i aktualnych gier geopolitycznych, rozgrywanych przez główne światowe mocarstwa, a zwłaszcza przez USA.

Mjanma (Birma), Pakistan Wschodni i „wielka gra”

Około 90% ludności Mjanmy to „wschodni Azjaci” (tzn. wyglądają „orientalnie”) i ten sam odsetek stanowią buddyści. W zachodnim stanie Mjanmy, Rakhine, graniczącym z Zatoką Bengalską, jest około 5 milionów etnicznych Rakhine, inaczej: Arkanów, którzy również w większości są buddystami i pochodzą z obszaru obecnego Bangladeszu i Indii. Ponadto w stanie Rakhine jest około 1 miliona tak zwanych Rohingjów, którzy są muzułmanami i pochodzą z Bangladeszu, Pakistanu i Indii. Wielu „Rohingjów”, żyjących obecnie w zachodniej Mjanmie, wyemigrowało tam w ubiegłym wieku, uciekając od ubóstwa i konfliktu w Bangladeszu. Za czasów brytyjskich rządów w Indiach władze brytyjskie przesiedliły dużą liczbę osób z Bengalu (współczesny Bangladesz) do brytyjskiej Birmy do pracy na plantacjach herbaty i kauczuku. Tysiące Bengalczyków zostało również zwerbowanych przez główną pakistańską agencję wywiadowczą ISI (w porozumieniu z CIA) do walki z Rosjanami w Afganistanie za czasów ZSRR.

 

Mapa przedstawiająca podział Indii na Indie oraz Pakistan Wschodni i Zachodni

 

Bezpośrednio po II wojnie światowej bengalscy mudżahedini, którzy wywodzili się z terenów ówczesnego Pakistanu Wschodniego i nazywali siebie „Rohingja”, zaangażowali się w konflikt o niskim natężeniu z władzami Birmy, mający na celu „wyzwolenie” północnej części stanu Rakhine i przyłączenia go do ówczesnego Pakistanu Wschodniego (teraz Bangladesz). Kiedy w 1948 r. Birma uzyskała niepodległość (spod brytyjskiego panowania), rząd birmański oskarżył mudżahedinów (i przez implikację rząd Pakistanu) o zachęcanie tysięcy Bengalczyków do nielegalnej migracji z Pakistanu Wschodniego do stanu Rakhine, w celu doprowadzenia do jego aneksji. W ciągu następnych 10 lat birmańskie wojsko z powodzeniem pokonało „Rohingjów”, tzn. bengalskich mudżahedinów, zmuszając wielu do ucieczki z powrotem do Pakistanu Wschodniego, chociaż zginęło wielu birmańskich buddystów. W 1962 r., w wyniku nacisków ze strony mniejszości, w tym bengalskich muzułmanów, na federalizację Mjanmy, wojsko Mjanmy przejęło władzę w drodze zamachu stanu i wprowadziło dyktaturę, która trwała do 2011 roku.

Kiedy w następstwie II wojny światowej skończyły się brytyjskie rządy w Indiach, subkontynent został podzielony na Indie i Pakistan, a Pakistanowi, jako krajowi w większości muzułmańskiemu, przydzielono dwa terytoria po obu stronach Indii. Podczas gdy populacja obu obszarów była porównywalna, Pakistan Zachodni miał znacznie większą masę lądową i tam skoncentrowała się władza polityczna. W 1948 r. rząd Pakistanu ustanowił urdu jedynym językiem nowego kraju, wywołując tym masowe protesty na wschodnim terytorium Pakistanu (wówczas nazywanym Bengalem Wschodnim), gdzie zdecydowaną większość stanowili Bengalczycy mówiący po bengalsku.

W 1949 r. bengalscy nacjonaliści utworzyli partię „All Pakistan Awami Muslim League”, która miała reprezentować interesy Pakistanu Wschodniego. Wobec narastających napięć sekciarskich i masowego niezadowolenia z nowego prawa, rząd zakazał organizowania publicznych spotkań i wieców. Studenci uniwersytetu w Dhakce i inni polityczni aktywiści nie podporządkowali się zarządzeniu – 21 lutego 1952 r. zorganizowali protest i w rezultacie policja zabiła kilku demonstrujących studentów. To z kolei sprowokowało powszechne niepokoje społeczne, aż ostatecznie po czterech latach zamieszek rząd centralny ustąpił i w 1956 r. j. bengalski odzyskał status języka oficjalnego. Mimo to ludność Bengalu Wschodniego (który w 1955 r. zmienił nazwę na Pakistan Wschodni) czuła się wykorzystywana przez władze Pakistanu Zachodniego i dyskryminowana w rządzie, przemyśle, biurokracji i siłach zbrojnych. W 1953 r. słowo „muzułmańska” (Muslim) zostało usunięte z nazwy Ligi Awami (Ligi Ludowej), żeby odzwierciedlić zasadniczo świeckie nastawienie tego ugrupowania politycznego.

W 1966 roku w Lahore, w Pakistanie Zachodnim, Mujib ogłosił sześciopunktowy plan działania

W 1970 roku, kiedy Liga Awami pod przewodnictwem Sheikha Mujibura Rahmana (znanego jako ojciec-założyciel Bangladeszu) odniosła przygniatające zwycięstwo w pierwszych w ciągu dekady otwartych wyborach, wynik został unieważniony przez juntę wojskową w Pakistanie Zachodnim i Liga Awami zainicjowała Ruch na rzecz Sześciu Punktów (który domagał się większej autonomii dla Pakistanu Wschodniego) i Ruch Odmowy Współpracy (Non-cooperation Movement), co zakończyło się wojną o niepodległość Bangladeszu, w trakcie której doszło do trzeciej konfrontacji wojskowej między Pakistanem a Indiami (dlatego jest też nazywana „trzecią wojną indyjsko-pakistańską; pierwsze dwie dotyczyły Kaszmiru). Zasadniczo była ona próbą skruszenia ruchu niepodległościowego w Pakistanie Wschodnim przez rząd wojskowy Pakistanu Zachodniego, ale zważywszy na to, że wydarzenia miały miejsce w szczytowym okresie zimnej wojny, rząd pakistański z pewnością nie działał sam. Pakistan znajdował się w strefie silnych „zachodnich” (amerykańskich) wpływów (od 1950 r.), podczas gdy Indie były „niesprzymierzone”, co dla Henry’ego Kissingera, doradcy Nixona ds. bezpieczeństwa narodowego, oznaczało „zbyt przyjacielskie z Rosjanami”.

Zachodni Pakistańczycy, używając broni przekazanej im przez rząd Nixona za pośrednictwem Jordanii i Iranu (z pogwałceniem ograniczeń nałożonych przez Kongres USA), zabili co najmniej 500 tysięcy Bengalczyków. W tym przedsięwzięciu wspierała ich Dżamiat-i-Islami Bangladeszu, islamistyczna partia polityczna, która popierała ekstremalną formę islamu i zdecydowanie sprzeciwiła się niezależności Bangladeszu. Aktywiści partii byli znani ze współpracy z pakistańskim wywiadem (ISI), a więc także z amerykańskimi agentami. W wyniku ludobójstwa, podczas wojny niemal 2 miliony Bengalczyków uciekło do stanu Rakhine w Mjanmie. Wielu dzisiejszych Rohingjów to właśnie ci uchodźcy i ich dzieci.

W przeciwieństwie do dzisiejszych czasów, kiedy to amerykańskie rządy robią wielkie halo z dyktatury rzekomo „zabijającej swoich ludzi”, Nixon i Kissinger nie byli w najmniejszym stopniu poruszeni bardzo realnymi ludobójczymi skłonnościami rządu Pakistanu Zachodniego w stosunku do swoich obywateli w Pakistanie Wschodnim.

Jak ujawniły taśmy i dokumenty Białego Domu, Nixon i Kissinger w pełni popierali swoich pakistańskich sojuszników i złościło ich, że rząd Indii próbuje powstrzymać to szaleństwo. Omawiając tę sprawę w Gabinecie Owalnym, Nixon powiedział Kissingerowi, że „Hindusi potrzebują masowego głodu”, a Kissinger szydził z tych, którzy „wykrwawiają się za umierających Bengalczyków”, i nazwał Indie „radzieckim sługusem”. Fakt, że Pakistan był dyktaturą wojskową, podczas gdy Indie były pełnoprawną demokracją, nie miał znaczenia dla tych dwóch wzorów cnót.

Kiedy w najlepsze trwało masowe wybijanie Hindusów i Bengalczyków w Pakistanie Wschodnim, z tamtejszego konsulatu Stanów Zjednoczonych wysłano do Waszyngtonu notę protestacyjną, potępiającą współudział administracji USA w tej rzezi. Nota została podpisana przez Konsula Generalnego Archera Blooda i 20 pracowników placówki. Czytamy w niej m. in.:

Nasz rząd nie potępił tłumienia demokracji. Nasz rząd nie potępił zbrodni i okrucieństw. Nasz rząd nie podjął zdecydowanych działań, żeby ochronić swoich obywateli, stając jednocześnie na głowie, żeby jakoś uspokoić tutejszy rząd, zdominowany przez Pakistan Zachodni, i złagodzić wszelkie zasłużenie negatywne dlań skutki na polu stosunków międzynarodowych.

Nasz rząd dał dowód tego, co wielu uznałoby za upadek moralny, jak na ironię w czasie, kiedy ZSRR wysłał wiadomość do prezydenta Yahyi Khana (ówczesnego prezydenta Pakistanu), występując w obronie demokracji, potępiając aresztowanie przywódcy demokratycznie wybranej większościowej partii – zbiegiem przypadków o prozachodnim nastawieniu – i nawołując do zaprzestania represji i rozlewu krwi.

Ale my zdecydowaliśmy się nie interweniować, nawet moralnie, na tej podstawie, że konflikt z Awami, w którym niestety znajduje zastosowanie wyświechtany termin ludobójstwo, jest czysto wewnętrzną sprawą suwerennego państwa. Prywatni Amerykanie wyrazili oburzenie. My, jako zawodowi urzędnicy służb cywilnych, wyrażamy swój sprzeciw wobec obecnej polityki i żywimy gorącą nadzieję, że zostaną zdefiniowane nasze realne i trwałe interesy tutaj, a nasza polityka odpowiednio ukierunkowana.

Konsul Generalny Archer Blood osobiście przekazał relację z jednego epizodu ludobójstwa bezpośrednio do Departamentu Stanu i Rady Bezpieczeństwa Narodowego Henry’ego Kissingera. Opisał, jak po przygotowaniu zasadzki pakistańscy regularni żołnierze podpalili żeński akademik na Uniwersytecie w Dhakce. Kiedy mieszkańcy uciekli z budynku, zostali wykoszeni ogniem z dostarczonych przez USA karabinów maszynowych. W ciągu pierwszych trzech dni zginęło 10 tysięcy osób. Na cel wzięto także bengalskich intelektualistów (jak często bywa w takich sytuacjach) i w ostatnich dniach konfliktu otoczono i zamordowano ok. 300 lekarzy, profesorów, pisarzy i nauczycieli.

Nie można jednak oskarżyć Nixona i Kissingera o to, że w ogóle nic nie zrobili w odpowiedzi na tę sytuację. Wkrótce po wysłaniu swojej noty Archer Blood został zdjęty ze stanowiska, a Kissinger, zaraz po zostaniu sekretarzem stanu w 1973 r., obniżył rangę tych, którzy w 1971 roku podpisali protest w sprawie ludobójstwa.

W grudniu 1971 r. pakistańska armia poddała się połączonym siłom bengalskich Mukti Bahini i armii indyjskiej i wojna o niepodległość Bangladeszu się zakończyła. Sheikh Mujibur Rahman (przywódca prozachodniej Ligi Awami, wspomnianej w nocie Blooda) został zwolniony z więzienia w Pakistanie Zachodnim i został pierwszym premierem nowo powstałego kraju, Bangladeszu. Kissinger nie tylko żywił niechęć do idei niepodległości Pakistanu Wschodniego z powodów geopolitycznych i ideologicznych, ale został spalony przez złą prasę, jaką otrzymał za tę wojnę, za co obwinił Ligę Awami i jej lidera „Mujiba” (jak znany był Rahman). Wkrótce miał przyjść czas na napawanie się zemstą.

Transpokoleniowe zamachy stanu CIA i dżihad Ameryki

Khondokar Mostak Ahmed

Mujib pełnił funkcję prezydenta Bangladeszu od 11 kwietnia 1971 r. do 12 stycznia 1972 r., następnie premiera od 12 stycznia 1972 r. do 24 stycznia 1975 r., i ponownie prezydenta od 25 stycznia 1975 r. do 15 sierpnia 1975 r. W nocy z 15 na 16 sierpnia 1975 r. grupa młodych oficerów armii zaatakowała czołgami rezydencję prezydenta i zabiła Mujiba, jego rodzinę i osobisty personel. Śmierci uniknęły tylko córki – Sheikh Hasina Wajed i Sheikh Rehana, które były w tym czasie z wizytą w Niemczech Zachodnich. Jak ujawnił weteran amerykańskiego dziennikarstwa Lawrence Lifschultz w artykule z 2005 r., zamieszczonym w wydawanej w Bangladeszu gazecie The Daily Star, CIA miała bezpośredni udział w zamachu na Mujiba, który pogrążył Bangladesz w ciągnących się przez kilka lat krwawych zamieszkach i kolejnych zamachach stanu. Głównymi postaciami wśród spiskowców byli Khondokar Mostak Ahmed i generał Ziaur Rahman. Mostak był członkiem Ligi Awami i bliskim powiernikiem Mujiba. Jednak po cichu prowadził rozmowy z urzędnikami USA i pakistańskimi władzami, zmierzając do wynegocjowania porozumienia nie obejmującego niepodległości Bangladeszu.

Kilka miesięcy przed zamordowaniem Mujiba i jego rodziny Mostak, za pośrednictwem Ambasady Stanów Zjednoczonych, próbował zdobyć poparcie USA dla zamachu przeciwko Mujibowi. Ambasadorem USA w Dhakce był wówczas Eugene Boster. Boster powiedział Lawrence’owi Lifschultzowi, że w styczniu 1975 r. osobiście wydał ścisłe instrukcje zakazujące personelowi ambasady utrzymywanie kontaktów z jakąkolwiek grupą, która rozważa zamach stanu. Dotyczyło to także szefa placówki CIA Philipa Cherry’ego i jego personelu. Boster był jednak przekonany, że mimo to miały miejsce jakieś „próby obejścia” z ominięciem jego autorytetu jako ambasadora. Kiedy Boster zastanawiał się, kto w Departamencie Stanu USA mógłby mieć władzę lub skłonność do przeciwstawienia się decyzjom ambasadora w Dhakce, oczywistą odpowiedzią był „szef polityki zagranicznej” Henry Kissinger, który był sekretarzem stanu w administracji Forda. Gdy Lifschultz spotkał się z Mostakiem w jego domu w Dhakce w 1976 roku, kilka miesięcy po zabójstwie Mujiba i wkrótce po tym, jak sam Mostak został zdymisjonowany przez generała Ziaura Rahmana, Mostak odmówił odpowiedzi na pytania dotyczące zamachu stanu, stwierdzając tylko, że Lifschultz powinien zapytać Nixona i Kissingera, ponieważ „oni wszystko wiedzą”.

Kissinger i Nixon, zaśmiewający się z tego w 1971 roku

Innym spiskowcem w popieranym przez USA zamachu stanu i zamordowaniu Mujiba, jak ujawnił Lifschultz, był Ijlal Haider Zaidi, wysoki urzędnik służby cywilnej w pakistańskim rządzie. W 1975 r. Zaidi był również członkiem „komórki afgańskiej” – swego rodzaju banku informacji dla pakistańskiego wywiadu i kształtowania polityki wobec Afganistanu. Ta „afgańska komórka”, w znacznym stopniu zinfiltrowana przez amerykański i brytyjski wywiad, była odpowiedzialna za zebranie siedmiu religijnych partii islamskich Afganistanu, uznanych przez Pakistan za „legalnie rządzące”. W ciągu kilku lat ci „prawowici rządzący” stali się „afgańskimi mudżahedinami”, szkolonymi i uzbrajanymi przez CIA w ramach Operacji Cyclone [polska Wiki] (oraz publicznie zatwierdzonymi przez doradcę ds. bezpieczeństwa narodowego USA Zbigniewa Brzezińskiego), aby walczyć z Rosjanami w czasie radzieckiej interwencji w Afganistanie. Nie jest tajemnicą, że afgańscy mudżahedini agencji CIA i Brzezińskiego przekształcili się później w „Al-Kaidę”.

W 2004 r. podjęto próbę zamachu na córkę Sheikha Mujibura Rahmana („Mujiba”), Sheikh Hasinę, która była wówczas przewodniczącą opozycyjnej Ligi Awami. Atak został przeprowadzony przez islamską fundamentalistyczną organizację Harakat-ul-Jihad al-Islami. Członkowie ugrupowania rzucili 13 granatów w tłum, przed którym przemawiała Hasina. W atak zamieszany był również  wspomniany już bangladeski Dżamiat-i-Islami, który uczestniczył w masakrze Bengalczyków w wojnie o niepodległość Bangladeszu w 1971 r. i który był finansowany przez wywiad pakistański i CIA.

Hasina została ranna, ale przeżyła atak i dziś jest premierem Bangladeszu. W 2012 r. za udział w ataku sądzony był Tarique Rahman. Obecnie jest on wiceprzewodniczącym Nacjonalistycznej Partii Bangladeszu. Tarique jest synem generała Ziaura Rahmana, który w 1975 roku brał udział w zamachu stanu i zamordowaniu ojca Hasiny, Mujiba, po czym został mianowany szefem sił zbrojnych Bangladeszu, a w latach 1977-81, jak już wspomniałem, był prezydentem kraju.

Obecna premier Bangladeszu Sheikh Hasina

W ostatnich latach grupa islamistów zamieszana w atak na Hasinę (między innymi) – Harakat ul-Jihad al-Islami (HUJI, Ruch Islamskiej Świętej Wojny) – jest ściśle powiązana z „Al-Kaidą”, a dowodzili nią Iljas Kaszmiri i Mufti Abdul Hannan. Obaj mężczyźni byli, co nie jest zaskoczeniem, przeszkoleni przez CIA i siły Pakistanu w Afganistanie podczas wojny radziecko-afgańskiej. Kaszmiri osiągnął wysoką rangę w Al-Kaidzie i był zaangażowany w zamachy w Mumbaju (Bombaju) w 2008 roku [polska Wiki] i zabójstwo Benazir Bhutto (2007), żeby wymienić tylko kilka (logistykę ataków dostarczył podobno agent CIA).

Jednym z przywódców grupy Harakat-ul-Jihad al-Islami jest Abdul Quddus, birmański muzułmanin, który na początku lat 80. uciekł do Pakistanu. Tam został zwerbowany przez CIA i pakistańskie ISI do wojny w Afganistanie. W 1988 roku założył birmańskie skrzydło organizacji – Harakat-ul-Jihad-al-Islami Arakan – stawiające sobie za cel „wyzwolenie” birmańskiego stanu Rakhine, w części północnej zamieszkiwanego przez muzułmańską większość. Ostatnio grupa ta pojawiła się w Mjanmie, gdzie przewodzi ofensywie propagandowej i militarnej, zmierzającej do „wyzwolenia ludu Rohingja”. Lider organizacji, Abdul Quddus, ma dobrze udokumentowane powiązania z Laszkar-e-Taiba, inaczej: Armią Sprawiedliwych – jedną z największych islamskich organizacji terrorystycznych Azji Południowej, która działa głównie z Pakistanu i jest finansowana i zbrojona przez pakistańskie służby wywiadowcze, które z kolei są marionetką amerykańskiego „głębokiego państwa” [prawdopodobnie został aresztowany w marcu b.r. w Indiach, przy granicy z Bangladeszem]. O Laszkar-e-Taiba wiadomo, że szkoli rekrutów z Aceh, miasta w północnej częsci Sumatry, przygotowując ich do dżihadu przeciwko władzom Mjanmy w stanie Rakhine. Na scenie pojawiło się również drugie ugrupowanie znane z zaangażowania w zamach na Hasinę – Dżamiat-i-Islami Bangladeszu – ze wsparciem dla „ludu Rohingja” i jego (rzekomego) domagania się niezależnej ojczyzny w Mjanmie.

Jeśli chodzi o przeprowadzone 25 sierpnia ataki nieznanych „powstańców” na ponad 20 placówek wojskowych w stanie Rakhine, to teraz jest już jasne, że te skoordynowane ataki wymagały drobiazgowego planowania. W miesiącach je poprzedzających około 50 osobom – muzułmanom i buddystom – podejrzewanym o przekazywanie informacji rządowi, poderżnięto gardła lub zasiekano ich na śmierć, żeby wojsko Mjanmy w regionie pozbawić  danych wywiadowczych. Najnowsze doniesienia dziennikarzy pracujących na północy stanu Rakhine sugerują, że lokalni mieszkańcy, w równej mierze bengalscy muzułmanie jak i buddyści, są wściekli, że „dżihadyści” sprowokowali władze Mjanmy do ataków na okoliczne wioski.

Sianie niezgody w Azji Południowo-Wschodniej. Cel: Chiny

U wybrzeży stanu Rakhine znajduje się olbrzymie pole gazowe „Than Shwe”, nazwane tak na cześć generała, który ostatnio rządził w Mjanmie. Te ogromne rezerwy energii odkryto w 2004 r. Kiedy w 2012 r. w Rakhine wybuchły pierwsze zamieszki i rozpoczął się kryzys uchodźców, Chiny prawie już zakończyły zagospodarowywanie jednej części tego złoża. Do dzisiaj Chiny połączyły mjanmański port Kyauk Phyu (w stanie Rakhine) z chińskim miastem Kunming w prowincji Yunnan za pośrednictwem jednego rurociągu ropy naftowej i jednego gazociągu. Rurociąg naftowy dostarcza do Chin ropę z Bliskiego Wschodu i Afryki, a gazociąg transportuje węglowodory z pola Than Shwe. Rurociągi te mają dla Chin znaczenie strategiczne, nie tylko ze względu na dywersyfikację dostaw energii, ale również jako alternatywa dla szlaku żeglugowego przez Cieśninę Malakka, wykorzystywanego dla 80 procent wszystkich chińskich przewozów morskich – eksportu i importu. W 2015 roku, w nie tak subtelnym przesłaniu skierowanym do Chin, marynarki wojenne Stanów Zjednoczonych, Japonii, Australii i Singapuru uczestniczyły w ćwiczeniach „Talisman Sabre”, symulujących blokadę cieśniny.

 

Chińskie rurociągi naftowe i gazowe ze stanu Rakhine do Chin

Konflikt w północnej części Rakhine, pod przykrywką prawdziwego kryzysu humanitarnego, może potencjalnie rozprzestrzeniać się na południe, do innych części Mjanmy, zagrażając istniejącym tam rurociągom chińskim. Chiny planowały również kilka innych projektów w tym kraju, w tym specjalną strefę ekonomiczną Kyauk Pyu o wartości 10 miliardów dolarów, prowadzoną przez chińską państwową CITIC Group, która według Chin stworzy 100 tysięcy miejsc pracy w jednym z najuboższych regionów Mjanmy. Poprzez stworzenie w Mjanmie kieszeni niestabilności na progu Chin, zagrożona jest również chińska inicjatywa „Belt and Road” (Pasa i Szlaku), której celem jest gospodarcze zjednoczenie Eurazji. Jeśli ugrupowania dżihadystów zdołają zagnieździć się w Mjanmie, zakażonych może zostać kilka innych krajów Azji Południowej. Ponadto demonizowanie władz Mjanmy za prześladowanie muzułmanów „Rohingja” może wbić klin pomiędzy rząd Mjanmy i inne kraje azjatyckie, takie jak Indonezja czy Malezja.

Wszystkie te działania wydają się być elementem amerykańskiej polityki „pivotu” (przeorientowania) na Azję, oficjalnie zapowiedzianej przez administrację Obamy w 2011 roku. Z jawnego militarnego punktu widzenia ten „pivot” ma skoncentrować 60 procent amerykańskiej marynarki wojennej i sił powietrznych USA w regionie Azji Południowo-Wschodniej. Z ukrytej perspektywy militarnej i politycznej – wiąże się z rozwijaniem sieci sojuszy wojskowych i partnerstw – w tym tajnego amerykańskiego wsparcia dla dżihadyjskich najemników (jak to zrobiono w Syrii) – które są niezbędne do prowadzenia wojny z Chinami.

Jaki jest więc główny wniosek z tego wszystkiego? „Lud Rohingja” to etnicznie Bengalczycy z Bangladeszu. Nie „należą” do Mjanmy. Są tam z powodu kilku czynników, przy czym wszystkie są wynikiem ingerencji Zachodu w Azji Południowo-Wschodniej i mieszania tam na przestrzeni ostatnich 100 lat. Dzisiaj sytuacja tych ludzi jest eksploatowana przez ugrupowania dżihadystów, które od dawna są wykorzystywane jako narzędzie przez zachodnie agencje wywiadowcze, kiedy te kontynuują swoją wielowiekową „wielką grę” panowania nad światem.

Podobnie jak w przypadku wielu innych kryzysów humanitarnych, wśród zachodnich polityków i ich mediów nie ma prawdziwego zatroskania sytuacją bengalskich imigrantów w Mjanmie. Kwestią zasadniczą wydaje się być to, że „Rohingja” to stosunkowo niedawni przybysze z Bangladeszu. Są nielegalnymi imigrantami, z którymi rząd Mjanmy stara się sobie radzić od kilku dziesięcioleci, ponieważ są oni źródłem okresowych poważnych konfliktów z lokalną ludnością buddyjską w zachodniej Mjanmie, która obawia się, że wraz z napływem coraz większej liczby imigrantów z Bangladeszu wymazana zostanie miejscowa kultura i religia buddyjska. Oprócz tego dość normalnego (w każdym razie w dzisiejszych czasach) kryzysu, mamy wykorzystujących go dżihadystów, siejących zamęt w imieniu pakistańskiego ISI i zachodnich kumpli – co służy większym geopolitycznym celom: „dopaść Chiny”. A przynajmniej na to wygląda.

Jak powiedział sam Kissinger (powtarzając słowa Brytyjczyka, Lorda Palmerstona, kolejnego zwolennika ludobójstwa): „Ameryka nie ma stałych przyjaciół ani wrogów, ma tylko interesy”. Ameryka wcale nie jest przyjacielem bengalskich imigrantów w Mjanmie ani żadnej innej uciskanej i pozbawionej praw grupy ludzi. Wszystkie one są postrzegane jako okazja do wykorzystania ich w nieustającym dążeniu zachodnich psychopatycznych elit do władzy i kontroli nad jak największą ilością zasobów naturalnych i ludzkich na całym świecie.

 

Joe Quinn jest współautorem książek 9/11: The Ultimate Truth (z Laurą Knight-Jadczyk, 2006 r.) i Manufactured Terror: The Boston Marathon Bombings, Sandy Hook, Aurora Shooting and Other False Flag Terror Attacks (z Niallem Bradleyem, 2014 r.), autorem i prezenterem The Sott Report Videos i współgospodarzem cotygodniowej audycji radiowej „Behind the Headlines” w ramach Sott Talk Radio network.

Uznany internetowy eseista od 10 lat pisze wnikliwe analizy dla Sott.net. Jego artykuły ukazały się na wielu alternatywnych stronach poświęconych wydarzeniom na świecie, internetowe stacje radiowe przeprowadzały z nim wywiady, gościł też w irańskiej telewizji Press TV. Jego artykuły można również znaleźć na jego prywatnym blogu JoeQuinn.net.

Tłumaczenie: PRACowniA

Syjonistyczni zbrodniarze nie odpuszczają.

Kurdowie, czyli izraelski sposób na Iran

 

 

 

za: http://ram.neon24.pl/post/140359,kurdowie-czyli-izraelski-sposob-na-iran

„Być może nie jest przypadkiem, że 22 września w chińskiej bazie w Dżibuti – funkcjonującej od mniej niż 2 miesięcy – przeprowadzono ćwiczenia z użyciem prawdziwych pocisków…”

 

Po skończonej sprawie z ISIS’em – kolej na Kurdów. Wszystko po to by rozpocząć nową wojnę w interesie Syjonu

FINITO DAESH, SI PASSA AI CURDI PER INNESCARE LA NUOVA GUERRA PER SION
Maurizio Blondet     27 wrzesień 2017     tłum. RAM
 
 
Koniec Daesh’u zbliża się, ale przy pomocy referendum kurdyjskiego – dysponenci globalnego puczu przygotowują się do wywołania następnego konfliktu. Oczywiście na rzecz Izraela i jak wcześniej według planu Kivunim, czyli destabilizując kraje islamskie wzdłuż linii podziałów etniczno-religijnych.
Bliski Wschód absolutnie nie powinien zaznać spokoju. Netanyahu raduje się w związku z tym głośno, a Bernard Henry Lévy (algierski Żyd, żyjący we Francji) pospieszył by uściskać na miejscu swych dwóch przyjaciół – Masouda Barzani i jego syna Najerfane. Wspomnijmy, że o bezpieczeństwo obydwu Barzani dba Mossad, który kieruje także kurdyjskim wywiadem.
.
Bernard Henry Lévy 
 .
Masoud Barzani
Obecność Bernarda Henry Lévy u Kurdów jest złowieszcza, pomimo iż sama jego postać jest mało poważna. Lévy jest niezwykle znanym promotorem i propagandystą zachodnich „misji humanitarnych” realizowanych przy pomocy bombardowań, czystek etnicznych i masakr, również w stosunku do całkowicie teoretycznych wrogów Izraela.
Ex nouveau philosophe  i jak najprawdziwszy neocon – Bernard Henry Lévy spiskował z islamistami libijskimi, mającymi za cel obalenie Kadaffi’ego; był jednym z głównych zwolenników zniszczenia Libii a także jednym z autorów medialnego usprawiedliwienia tej decyzji. Przez wiele lat był także europejskim propagandystą kurdyjskich Peszmergów i ich bohaterskiego, „świeckiego i nowoczesnego”, a także separatystycznego wizerunku.
.
„Kurdyjski” Bernard Henry Lévy w wyprasowanej koszuli
 .
 
Powód tego wszystkiego jest oczywisty. Jak wyjaśnił Thierry Meyssan – izraelskie służby działają w Kurdystanie irackim już od lat ’60. Po upadku Saddama – i za aprobatą klanu Barzani – pojawił się tam Mossad, dbający o interesy Izraela. Frakcji kurdyjskiej – Izrael pomógł na sposób najbardziej mu właściwy, tj. realizacją wysiedleń oraz czystek etnicznych wobec innych mniejszości arabskich, takich jak Jazydzi i Turkmeni, przygotowując w ten sposób – z milczącą akceptacją USA i NATO – „zdumiewające” zwycięstwo podczas referendum.
Dziś Kurdowie są doceniani jak nigdy wcześniej – jako że ma to służyć osłabieniu szyickiego rządu w Bagdadzie i utrudnieniu mu funkcjonowania, choćby poprzez wywołanie wojny domowej kurdyjsko-irackiej.
.
Nieustraszony Bernard Henry Lévy i jego wyprasowana koszula
.
Obecnie, Netanyahu obiecał Masoudowi Barzani „pomoc” w zarządzaniu krajem w postaci „200 000 Izraelczyków”.
Zawarte jest to w tajnym porozumieniu, które zostało ujawnione prawdopodobnie przez tygodnik ukazujący się w Erbil’u – nazywający się – cóż za przypadek – „Israel-Kurd”.
Israel-Kurd  
200 000? Nie jest to jednak liczba tak absurdalna na jaką wygląda.
Jak pisze Sarah Abed, znawczyni historii i polityki Kurdów:
„Aspiracje na rzecz ‚Wielkiego Izraela’ w pełni pasują do kurdyjskiego planu majacego za cel ‚Wielki Kurdystan’. Projekt „Wielkiego Izraela”, opracowany przez Oded’a Yinon’a (autora „Planu Kivunim”) nakazuje wręcz by wkorzystać Kurdów na rzecz skrupulatniejszego poćwiartowania krajów sąsiednich, co przyczyniłoby sie do zrealizowania poszerzonej dominacji Izraela (…). Niedawne badania przeprowadzone na Uniwersytecie Żydowskim potwierdziły, że populacją genetycznie najbliżej spokrewnioną z Żydami mogą być Kurdowie”.
 
Podsumowując, Żydzi odkryli, że Kurdowie są prawie, że tak żydowscy jak oni sami, z czego wynika, że łączą ich więzy braterstwa.
.
Autopromocja i propaganda Peszmergów w Cannes, razem z wyprasowaną koszulą Bernarda Henry Lévy’ego 
 
Tak to Izrael znalazł w końcu – w pobliżu swych wrogów, którym poprzysiągł zniszczenie – obszerną enklawę bogatą w ropę naftową, która staje się jego własnością i z której można przygotować wojnę przeciwko Iranowi (znajdującemu się w bliskim jej sąsiedztwie), a także uruchomić stamtąd plan „B” – tj. awaryjny – w stosunku do Syrii, po tym jak Moskwa, Hezbollah i Teheran unieszkodliwiły plan „A”.
Odnośnie Iranu:

W irackiej miejscowości Kirkuk pojawiły się, a raczej zostały pokazane jednostki bojowe Kurdów irańskich, przybyłych tam z Iranu celowo – ubrane w kamuflaże natowskie, z amerykańską bronią (a nie kałasznikami), co stanowi oczywistą i arogancką pogróżkę w kierunku Teheranu. Z Iranu do Kirkuk przybyły tysiące Kurdów – rzekomo po to, by u boku Kurdów irackich „walczyć z Państwem Islamskim”.
Znalazła się tam także jednostka “Hoshabi al Khalil”, należąca do Kurdyjskiej Partii Wolności (PAK). Obecnie PAK deklaruje, że „gotowy jest na jakiekolwiek poświęcenia, by tylko uniemożliwić siłom wspieranym przez Iran odebranie terytoriów kontrolowanych przez Kurdów”. Wspomnianymi „siłami wspieranymi przez Iran” są jednostki powszechnej mobilizacji „Hashd al-Chaabi”, które walczyły z ISIS’em. Należą do nich iraccy bojownicy szyici, których punktem odniesienia jest Ali Al Sistani – naczelny imam szyicki Iraku oraz Irańczycy, wierni najwyższemu przywódcy Iranu – Ali Khamenei.
.
Kurdowie irańscy w Kirkuk’u – gotowi do walki z Iranem
 .
Uzbrojeni eksponenci Kurdyjskiej Partii Wolności (PAK) powiedzieli dziennikarzom zachodnim: „Ugrupowanie ‚Hashd al-Chaabi’ uważamy za terrorystyczne, sa gorsi od ISIS’u – uważamy ich za zagrożenie dla świata”. Przesada w stylu „zagrożenie dla świata” zdradza obecność Netanyahu z jego hiperbolami. Wiadomo zreszta od dawna, że PAK jest starym dziełem CIA i Mossadu razem. W latach ubiegłych – członków tej partii używano do infiltracji na teren Iranu, sabotaży i zbierania informacji. Obecnie zbroi sie ich i szkoli w celu bardziej ambitnym. Czyżby chodziło o niepodległościową walkę zbrojną na terytorium Iranu – wspomaganą obecnością 200 000 Izraelczyków?
Analityczka Sarah Abed pisze: „W styczniu 2012 gazeta Le Figaro opowiedziała, że agenci służb specjalnych werbowali i szkolili w tajnych obozach irackiego Kurdystanu dysydentów irańskich”.
Po czym dodaje: „Biorąc stronę Kurdów – Izrael zarabia dla siebie oczy i uszy otwarte na Iran, Irak i Syrię”. Pisze także: „Wszystkie kurdyjskie ugrupowania polityczne w regionie mają wieloletnie powiązania z Izraelem, co łączy się z poważnymi epizodami przemocy na tle etnicznym w stosunku do Arabów, Asyryjczyków i Turkmenów”.  Czystki etniczne tak „zhomogenizowały” obszar, że Kurdowie stali się większością.(…)
Thierry Meyssan potwierdza, że: „1 czerwca 2014 służby Arabii Saudyjskiej, USA, Izraela, Jordanii, autonomicznego Regionu Kurdystanu irackiego, Qataru, Wielkiej Brytanii i Turcji zorganizowały w Ammanie, w Jordanii spotkanie przygotowujące inwazję ISIS-u na Irak. Wiemy o istnieniu tegoż zebrania na podstawie dokumentu tureckiego, który natychmiast został opublikowany przez gazetę Özgür Gündem, z którą współpracowałem. Gazeta została zamknięta przez „sułtana”  Recep’a Tayyip’a Erdoğan’a”. (…)
Osobiście sądzę, że to, do czego dąży Izrael to duży konflikt z Iranem, co spowoduje, że moratorium jadrowe straci swą ważność, a Waszyngton zmuszony zostanie do następnego posunięcia na korzyść Syjonu, do czego jak zawsze przyłączy się Europa.
Być może nie jest przypadkiem, że 22 września wojskowi chińscy z bazy w Dżibuti – funkcjonującej od mniej niż 2 miesięcy – przeprowadzili ćwiczenia z użyciem prawdziwych pocisków.

Być może Pekin wie o czymś, o czym my nie wiemy, ale czego się domyślamy.

***
Amidst Universal Opposition to KRG Referendum, Israel Stands By Kurds
By aligning with the Kurds Israel gains eyes and ears in Iran, Iraq, and Syria
„Yinon Plan”
ODED YINON – CURRICULUM  VITAE
“Greater Israel”: The Zionist Plan for the Middle East – The Infamous „Oded Yinon Plan”
Study Finds Close Genetic Connection Between Jews, Kurds
To, co ukrywa referendum
Kurdistan: quello che il referendum nasconde
***
Kivunim, Gladio, ISIS − czyli terroryzm na obstalunek
Wybór tekstów, tłumaczenie i opracowanie: RAM
Rozpowszechnianie treści przetłumaczonych artykułów (z podaniem nick’a autora tłumaczeń) jest dozwolone wyłącznie na darmowych platformach elektronicznych. 

__________________________

__________________________

Żydowska międzynarodowa kreatura w 2014r., Bernard-Henri Lévy  w sprawie żydo-rebeli na Ukrainie:

– To będzie ukraiński plan Marshalla. To nasza odpowiedź na defetyzm niektórych Europejczyków, na twierdzenia, że Ukraina to studnia bez dna, (…)
W ten sposób otwieramy Ukrainie drzwi do Europy – dodawał Bernard-Henri Lévy, słynny francuski pisarz i filozof, od wielu miesięcy orędownik wsparcia dla Kijowa.

template_clip_image028aaa

Żydowski „filozof” z żydowskim prezydentem Poroszenką 2014r. i wśród rebeliantów w Darfurze, marzec 2007 r.

gwpvdbernard_henri_levy_2

Bernard-Henri Levy – doradca byłego prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego, podający się za filozofa aktywny syjonista, zwolennik Izraela – wraz z (Johnem) Christopherem Stevensem, który potem zostanie zabity w Bengazi jako ambasador USA. Na tejże fotografii widoczny jest także Sam Bacile (Nakoula Basseley Nakoula), producent skandalicznego filmu „Niewinność muzułmanów”.  Na zdjęciu po prawej młody syjonista Levy przemawia na zjeździe B’nai B’rith.

.
D.Kosiur

SENSACJA: Mateusz Piskorski chińskim szpiegiem

Jarosław Augustyniak

Prokuratura, po ponad roku od czasu uwiezienia Mateusza Piskorskiego, doszła do wniosku, że Piskorski jest nie tylko rosyjskim szpiegiem ale również chińskim. W piątek został doprowadzony do prokuratury i w obecności adwokatów, już oficjalnie, postawiono mu nowe zarzuty.

Rok temu, gdy Mateusza Piskorskiego zatrzymano, pisowska prokuratura podała prasie informację, że jest on podejrzewany o szpiegostwo na rzecz Rosji, Chin i Iraku.

Później Chiny i Irak już się w doniesieniach prasowych nie pojawiały. Jednak po roku, bezskutecznych prób fabrykowania dowodów i oskarżeń o szpiegostwo na rzecz Rosji, prokuratura postanowiła do tego wrócić.

Za miesiąc kolejna rozprawa o przedłużenie jego aresztowania. Aktu oskarżenia nie udało się nadal poszyć z tego co przesłała ABW i Ukraińska Służba Bezpieczeństwa. Strategia — zamknąć człowieka a potem coś się na niego znajdzie — nie wypaliła.

Ponieważ swego przeciwnika, partia PiS nie zamierza wypuścić na wolność, a i być może w jeszcze przez te partię nie przejętych do końca sądach, dotychczasowa argumentacja może nie wystarczyć, trzeba było wymyślić coś nowego co to aresztowanie będzie przynajmniej udawało, że uzasadnia.

Na ostatniej rozprawie, pisowska prokurator Anna Karlińska argumentowała jeszcze, że Mateusz Piskorski musi pozostać w odosobnieniu, ponieważ, jak to ujęła — „…niech sąd spojrzy jakie on ma poglądy!”.

Jakby tego było mało, dodała kolejny ARGUMENT OSTATECZNY: „przecież broni go na swojej stronie rosyjski portal Sputnik!”.

Jaki to miało wpływ na decyzje sądu? Trudno powiedzieć, ale każdy nie tylko normalny sędzia ale i zwykły człowiek powiedziałby, że to jakiś absurd i kompletna kompromitacja prokuratury. Trzeba się więc zabezpieczyć, bo wkurzone na PiS środowisko sędziowskie, zmianami, które władza mu szykuje, może się jej w końcu przeciwstawić. Z braku powodów do dalszego uwięzienia, sędzia postanowi tak jak powinien postanowić już na pierwszej rozprawie, wypuszczając Piskorskiego na wolność. Ten będzie wtedy mógł znów wyrażać publicznie swe poglądy, których ta władza się tak boi.

Nie rezygnując więc z „wątku rosyjskiego”, co do którego adwokaci zgodnie twierdzą, że kontynuowany już raczej nie będzie, ale i przyznać się do błędu, a tak naprawdę celowego przestępczego represyjnego działania, nie można, prokuratura zaczęła oficjalnie w miniony piątek, wątek chiński.

Mógłbyś drogi czytelniku pomyśleć, że może tym razem pisowska prokuratura ma jakieś mocniejsze dowody na jego szpiegowską działalność? A raczej — ma dla odmiany jakiekolwiek dowody!?

Otóż podstawą podejrzeń o chińską agenturalność Mateusza Piskorskiego jest jego poparcie jakie wyraził w jednym ze swoich publicystycznych tekstów dla idei powstania chińskiego „Nowego Jedwabnego Szlaku”.

Idea chińska, co oczywiste, wspiera chińskie interesy. Ale „Nowy Jedwabny Szlak”, który na wszelkie sposoby stara się storpedować PiS, z nami, czy bez nas, ale wtedy ze szkodą dla polskich interesów, gdy znajdziemy się na jego peryferiach, i tak powstanie.

My zostaniemy z ręka w nocniku w sojuszu z amerykańskim Imperium, zakupionym od niego za miliardy przestarzałym złomem i dwa razy droższym amerykańskim gazem transportowanym stateczkami z Ameryki. W naszym polskim interesie jest więc to, by nasz kraj stał się elementem tego Szlaku.

Niestety, nie jest to zgodne z interesem USA, które po realizacji tego projektu zostaną zwyczajnie gospodarczo wypchnięte z euroazjatyckiego kontynentu, bo jakby ten szlak nie poprowadzić to przez terytorium amerykańskie się nie da.

Powiedzą Państwo, że to trochę mało, by zarzucać komuś szpiegostwo? Też tak myślę. Może więc Piskorski został zwerbowany w Polsce przez chińskie służby i skłoniony do napisania tego tekstu? Tego w zarzutach nie było.

Zamiast tego, prokuratura zarzuciła mu, że… pojechał do Chin. Co oczywiście oznaczać musi, że tam został zwerbowany i niczego już udowadniać nie trzeba. Odradzam więc wycieczki do Chin, bo po powrocie można trafić do polskiego więzienia.

Co ciekawe, to właśnie w piątek w Warszawie gościliśmy delegację chińskich parlamentarzystów, a rozmowy dotyczyły pogłębienia współpracy handlowej i transportowej. A jak transportowej, to o czym rozmawiano jak nie o „Nowym Jedwabnym Szlaku”? Przedstawiając Piskorskiemu zarzuty szpiegostwa na rzecz Chin, właśnie w tym dniu, rząd chciał dać chyba sygnał Chinom, że rozmawiać może, ale współpracy żadnej nie oferuje krajowi, który ma u nas swoich agentów.

Czy to zapewni PiS-owi wystarczające argumenty na to, by niejako od nowa, bo nowe zarzuty, liczyć jego tymczasowe aresztowanie? By następnie już za rok, gdy nagle ABW i prokuratura, przypomną sobie, że rok temu zarzucały mu przecież służbę w interesach Iraku i zacząć wszystko od nowa?

Lada dzień pisowski prezydent podpisze uchwalona głosami posłów PiS ustawę o ustroju sądów powszechnych, która w pełni podporządkuje sądy partii rządzącej. To minister Ziobro po nowelizacji będzie mianował i odwoływał prezesów sądów. Odwołany prezes będzie się wprawdzie mógł odwołać do Krajowej Rady Sądownictwa, ale ustawę o niej PiS też zmienił. Zasiadać w niej będą teraz sami ludzie PiS. Czterech wybranych przez Sejm posłów PiS i dwóch senatorów PiS (bo przecież innych Sejm i Senat nie wybiorą), 15 sędziów wybranych przez posłów PiS spośród starannie przez PiS wyselekcjonowanych, minister Ziobro we własnej osobie, pisowski prezydent w osobie swego przedstawiciela, Prezes Sądu Najwyższego wybrany przez PiS, Prezes Naczelnego Sądu Administracyjnego wybrany dla odmiany przez… PiS. Będą niezależni?

Skończy się więc udręka pani prokurator Karlińskiej, która by wykonać polityczne zamówienia PiS musi wymyślać przed sądem coraz większe, coraz bardziej obrażające inteligencję przeciętnego człowieka bzdury, by to zamówienie zrealizować.

Sędzia mający rozpatrywać kolejne jej żądania przedłużenia aresztu, dostanie teraz instrukcje od prezesa sądu (przypominam — mianowanego przez PiS). Na sali sądowej tylko mrugną do siebie z Karlińską okiem, bo grają przecież w jednej drużynie.

Dlatego jeśli za rok pojawi się choćby zarzut szpiegostwa na rzecz Krainy Muminków, sędzia klepnie aresztowanie, albo pożegna się z karierą, awansem i będzie musiał się zgodzić na przeniesienie na prowincję.

Ustawa wprowadza co prawda losowanie sędziów do konkretnych spraw, ale nie kto inny jak Ziobro (minister PiS), może ustalić kategorię spraw, w których losowania nie będzie, a do sprawy sędziego przydzieli posłuszny mu, bo mianowany przez niego prezes. Bądźmy pewni, że sprawy przeciwników politycznych proamerykańskiej partii PiS na pewno znajdą się w takiej kategorii.

Jak źle działają polskie sądy, wszyscy dobrze wiemy. Pod pozorem ich usprawnienia, które trafia w społeczne oczekiwania, PiS dokonuje zamachu na niezależność trzeciej władzy. Zapewne, przynajmniej na początku, Ziobro zwolni kilku prezesów spośród tych opieszałych, czy tych biorących za duże łapówki, a prywatne sprawy zwykłych ludzi ruszą z miejsca. Gawiedź będzie bić brawo i prosić o więcej. Jednak w tym samym czasie wiezienia zaczną się zapełniać opozycjonistami. Może nie więzienia, bo w więzieniach odbywa się wyroki po sądowych procesach, a tu chodzi o odosobnienie politycznych przeciwników.

Być może powstanie nowa Bereza Kartuska, która przed wojną była takim polskim obozem koncentracyjnym, w którym sanacja izolowała swych przeciwników? 

Piskorski jako balon próbny mający dać odpowiedź władzy jak na represje polityczne zareaguje społeczeństwo, sprawdził się.

Społeczeństwo milczy.

Milczały też prawie cały czas media. Nie tylko te reżimowe, ale i te tzw. niezależne.

Teraz Ziobro społeczeństwu rzuci na pozarcie kilku skompromitowanych prezesów, a o takich w Polsce nietrudno, nagłośnią to w reżimowych mediach i zyskają poklask. Bo robią porządek! Bo wprowadzają prawo i sprawiedliwość dla zwykłych ludzi!

Tak, na spokojnie, bez większych sprzeciwów rodzi się dyktatura.

Dyktatura sanacji czy dyktatura Hitlera nie powstawały pod lufami karabinów, nawet jeśli ta pierwsza powstała na skutek zamachu stanu. Obie miały społeczne poparcie i przyzwolenie. Jakoś je tworzono.

Po objęciu rządów w Niemczech przez NSDAP, zwykli ludzie w umęczonych Wielkim Kryzysem Niemczech szybko odczuli poprawę swej sytuacji życiowej. Hitler to nie tylko zbrodniarz jakiego znamy z historii. Hitler to na początku był całkiem dobry organizator życia gospodarczego. Podziwiany przez cały świat a następnie kopiowany w rozwiązaniach gospodarczych typu „New Deal” i natchnienie keynesowskiej ekonomii, szybko wyprowadził Niemcy na prostą. „Hitler dał im pracę i „pomoc zimową”.

Każda niemiecka rodzina żyjąca w niedostatku mogła liczyć na pomoc państwa w postaci regularnie dostarczanego do jej domu worka ziemniaków. PiS dał biednym 500 złotych. Może nie miał ziemniaków?

Niemcy kochali za to Hitlera, a polskie rodziny chwalą rząd Beaty Szydło. PiS doskonale te nastroje wyczuwa i potrafi cynicznie wykorzystać, by zrealizować swe hasło — cała władza w ręce PiS! Właśnie rzecz w tym, że w cieniu tych dobrych dla ludzi rzeczy, dzieją się inne, coraz bardziej mroczne, a historia tworzenia dyktatur ciągle się powtarza.

I choć opozycja milczy nadal w sprawie aresztowanego na podstawie zwykłych insynuacji Piskorskiego, to po aresztowaniach członków „Zmiany” do których już nawołuje publicznie np. Stanisław Janecki, były redaktor naczelny tygodnika „Wprost”, a dziś współpracownik pisowskich mediów „wSieci” i „wPolityce”, akolita partii rządzącej i rzecznik interesów amerykańskiego Imperium, dla niej też się w Berezie miejsce znajdzie.

To tylko kwestia czasu. Czasu, który swoją bezczynnością pozwolimy tej dyktaturze okrzepnąć.

P.S. Skarga Piskorskiego do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu przyjęta już 2 miesiące temu do rozpatrzenia, została odrzucona bez rozpoznania.

Nigdy wcześniej w swojej historii, przyjętej już skargi, Trybunał nie odrzucał bez merytorycznego rozpatrzenia. Nie wiadomo nadal na jakiej podstawie podjął taką decyzję i wycofał się z wcześniejszej. Czy interweniował rząd Szydło? Piskorski czeka na pisemne uzasadnienie tej decyzji.

Jarosław Augustyniak, polski publicysta, Warszawa

za: https://pl.sputniknews.com/polska/201707175895579-SENSACJA-Mateusz-Piskorski-chinskim-szpiegiem-Jaroslaw-Augustyniak/

Porozmawiajmy o Korei.

za:https://pracownia4.wordpress.com/2017/04/14/porozmawiajmy-o-korei/

Caleb Maupin
New Eastern Outlook
3 maja 2016

Często, kiedy ktoś po raz pierwszy spotyka mnie albo poznaje moje poglądy polityczne, pyta, czy popieram Koreę Północną. Zawsze odpowiadam tak samo: „Nie, nie popieram Korei Północnej. Popieram całą Korę”.

Wśród przeciętnych Amerykanów, a nawet wśród wielu z tych, którzy mają się za aktywistów i lewicowców, panuje spora dezorientacja, jeśli chodzi o Koreańską Republikę Ludowo-Demokratyczną (KRLD) i jej historię. Za każdym razem, kiedy następuje eskalacja napięć na Półwyspie Koreańskim, poziom niezrozumienia jakby się podwyższa. Amerykańskie media nie podejmują prób edukacji społeczeństwa i wytłumaczenia, dlaczego Korea jest podzielona – a często wręcz wypaczają informacje bądź rażąco kłamią.

Dlaczego Korea jest podzielona?

Przed II wojną światową Półwysep Koreański był okupowany przez Japonię, która dopuszczała się tam przerażających zbrodni. Koreanki były zmuszane przez japońskie wojsko do niewolnictwa seksualnego.

Kiedy w marcu 1919 roku pacyfistycznie nastawieni chrześcijanie w Korei zaczęli protestować przeciwko Japonii, zabito ponad 7 tys. z nich. Na pokojowy akt społecznego nieposłuszeństwa wojsko japońskie odpowiedziało podpaleniem losowo wybranych szkół i skazało setki niewinnych dzieci, które nie miały nic wspólnego z protestami, na śmierć w ogniu. Japończycy uwięzili i poddali torturom dziesiątki tysięcy Koreańczyków – wystarczył cień podejrzenia o powiązania z pacyfistycznym antyjapońskim ruchem protestacyjnym.

Kiedy pokojowe próby nie powiodły się, Koreańczycy chwycili za broń i zwrócili się przeciwko japońskiemu okupantowi. W latach 20. i 30. ubiegłego wieku Kim Ir Sen i kilku innych przeszli polityczne i wojskowe przeszkolenie przeprowadzone przez Związek Radziecki. Partie komunistyczne chińska i koreańska często blisko ze sobą współpracowały. Uzbrojeni koreańscy i chińscy komuniści, kiedy walczyli o swoje podstawowe prawa przeciwko japońskim okupantom, otrzymali od ZSRR broń i fundusze.

Kiedy w 1945 roku skończyła się II wojna światowa, północna część Półwyspu Koreańskiego została wyzwolona przez wojska radzieckie. Południowa część Półwyspu dość szybko znalazła się pod okupacją wojsk amerykańskich. W północnej części kraju główne partie ruchu oporu wobec Japonii – w tym komuniści, socjaldemokraci, rewolucjoniści ludowi, chrześcijanie i wiele innych – połączyły się w 1948 roku w Partię Pracy Korei (PPK).

Po zakończeniu wojny w Korei panowało powszechne przekonanie, że odbędą się powszechne wybory, w ramach których każda partia polityczna, z bardzo popularną PPK włącznie, będzie mogła uczestniczyć w stworzeniu nowej konstytucji.

Jednak na południowej części Półwyspu została ustanowiona dyktatura wojskowa. Władzę przejął Li Syng Man (Syngman Rhee) [który w okresie 1905-1945, z kilkuletnią przerwą, mieszkał i studiował w USA] i brutalnie zdusił całą opozycję. Dyktatura Li Syng Mana była otwarcie wspierana przez Stany Zjednoczone, m.in. przy wykorzystaniu przysłanych w tym celu tysięcy amerykańskich żołnierzy.

Kiedy aktywiści – demokraci i działający na rzecz pracowników – mieszkający na wyspie Czedżu powstali przeciwko Li Syng Manowi, domagając się obiecanych im pod koniec wojny wolnych wyborów, siły Syng Mana, z pomocą amerykańskiego wojska, wspólnie dokonały rzezi tysięcy niewinnych cywilów. W odpowiedzi na powstanie zabito 30 tysięcy ludzi – mniej więcej co dziesiątego mieszkańca wyspy.

W reakcji na amerykańską okupację wojskową południowej części Korei, anulowanie wolnych wyborów i rzeź niewinnej ludności cywilnej przez wojsko amerykańskie, Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna, stworzona na północnej części półwyspu, wysłała na południe wojsko w nadziei na zjednoczenie kraju i pozbycie się wojsk USA.

Odpowiedź na próbę ponownego zjednoczenia kraju przyszła w postaci makabrycznej „akcji policyjnej” ONZ, lepiej znanej pod nazwą wojna koreańska. USA zbombardowały w północnej części Półwyspu każdy budynek, który miał więcej niż jedną kondygnację. W celu wywołania masowych powodzi na terenach cywilnych zbombardowane zostały zapory wodne. Zabito 3-4 miliony Koreańczyków.

W 1953 roku ogłoszono rozejm, ale Stany Zjednoczone, wbrew wcześniejszej umowie, nigdy nie podpisały traktatu pokojowego. Formalnie wojna koreańska nigdy się nie zakończyła, a USA nawet nie uznały rządu KRLD za legalny [wciąż uznają rząd Korei Południowej za jedyny legalny rząd koreański].

„Demokracja” w Korei Południowej?

Od 1945 roku południowa część Półwyspu Koreańskiego była przez większość czasu rządzona przez zatwardziałych dyktatorów wojskowych. Li Syng Man i Park Chung-hee nawet nie stwarzali pozorów bycia demokratami. Byli brutalnymi, represyjnymi wojskowymi autokratami, w pełni wspieranymi przez Stany Zjednoczone. Od zakończenia II wojny światowej w południowej Korei przebywały dziesiątki tysięcy amerykańskich żołnierzy, często wykorzystywanych do brutalnego zduszania demokratycznych buntów przeciwko dyktaturze Li Syng Mana i Parka.

W 1980 roku, po serii buntów studenckich, protestów robotników i innych przejawów eskalacji napięć wśród społeczeństwa, Korea zmieniła kurs w stronę mniej opresyjnego rządu. Jednak nawet dzisiaj rządu w południowej Korei nie można uważać za wzór obrońcy „praw człowieka”.

Zjednoczona Partia Postępu (ZPP), jedyna rzeczywiście opozycyjna partia w południowej Korei, została siłą rozłamana przez rząd w 2013 roku.  Pięciu kandydatom z ZPP, którzy wygrali miejsca w parlamencie, nie pozwolono pełnić funkcji. Deputowany z ZPP Lee Seok-ki został skazany na 12 lat więzienia. Wyrok opierał się na zapisie dźwiękowym rozmowy na temat możliwych opcji w hipotetycznej sytuacji wybuchu wojny pomiędzy USA i KRLD.

W 2012 roku młody Koreańczyk Park Jung-geun został skazany na 10 miesięcy więzienia za zwykłe zacytowanie na Twitterze oficjalnej informacji podanej przez media KRLD. Park dodał sarkastyczne, antykomunistyczne komentarze i w oczywisty sposób nie był zwolennikiem swoich rodaków z północy. A mimo to trafił do więzienia.

Ustawodawstwo dotyczące bezpieczeństwa narodowego w południowej części Półwyspu narusza wszelkie „prawa człowieka” i „swobodę wypowiedzi”. W południowej Korei wszelkie wypowiedzi wspierające KRLD, a nawet te ogólnikowo pozytywnie odnoszące się do marksizmu albo socjalizmu, są bardzo poważnym przestępstwem. Koreańczycy żyją w strachu – boją się otwarcie mówić o historii swojego kraju, nieprzerwanej obecności amerykańskich żołnierzy czy nawet o powszechnie dyskutowanych koncepcjach politycznych, takich jak walka klasowa. Powiedzenie czegokolwiek o rodakach z północy, co w jakikolwiek sposób da się zinterpretować jako pozytywne, może zgodnie z koreańskim prawem oznaczać więzienie albo tortury.

Obecnie prezydentem „Republiki Korei” w południowej części kraju jest Park Geun-hye, córka wspomnianego wcześniej dyktatora wojskowego Parka Chung-hee, który jest odpowiedzialny nie tylko za śmierć dziesiątek tysięcy niewinnych ludzi, ale też rutynowo stosował tortury, odpowiedzialność zbiorową i takież kary, odwet na członkach rodzin i inne skrajne pogwałcenia praw człowieka.

Park Guen-hye nie próbuje zdystansować się od ojca ani od jego autokratycznych praktyk i dobrze udokumentowanych zbrodni przeciwko ludzkości. Zamach stanu ojca, kiedy ten przemocą usunął legalnie wybrany rząd i ustanowił brutalną dyktaturę, przedstawia jako „rewolucję w celu ocalenia kraju” od komunizmu.

Pomimo tak paskudnego ucisku, media USA rutynowo nazywają „Republikę Korei” na południu „demokratyczną”.

Warunki na północy

W latach 60., 70., a nawet wczesnych 80. ubiegłego wieku KRLD, w północnej części kraju, miała bardzo silną gospodarkę.

Oczywiście ten fakt był automatycznie odrzucany przez przeciętnego Amerykanina jako oburzająca propaganda, ale jest on potwierdzony przez BBC.

Artykuł na stronie internetowej BBC obwieszcza:

„W pewnym okresie centralnie planowana gospodarka dobrze działała – rzeczywiście, w początkowych latach po utworzeniu po wojnie Korei Północnej rezultaty były znakomite.

Po zakończeniu dewastującej wojny koreańskiej (1950-53) masowa mobilizacja społeczeństwa, wraz z radzieckim i chińskim wsparciem technicznym i pomocą finansową, spowodowały wzrost gospodarczy z rocznym współczynnikiem sięgającym 20, a nawet 30 procent.

Jeszcze w latach 70. Korea Południowa bladła w cieniu ‘cudu gospodarczego’ po północnej stronie granicy”.

Kryzys niedożywienia w KRLD w latach 90. był rezultatem rozpadu ZSRR. Obszary rolne Korei w całości znajdują się na południu Półwyspu, natomiast jego północna część  to głównie obszary górskie. Bez ropy ze Związku Radzieckiego funkcjonowanie rolnictwa w KRLD było bardzo utrudnione. Sankcje nałożone przez USA niemal uniemożliwiły KRLD wymianę towarów na rynkach zagranicznych, czego rezultatem był głód.

Klęskę głodu w latach 90. Koreańczycy nazywają „ciężkim marszem”, a winą zań obarczają Stany Zjednoczone i nałożoną przez nie blokadę ekonomiczną i wojskową. Sytuacja w północnej części Półwyspu w latach 90. była bardzo zła i każdy inny rząd prawdopodobnie by upadł pod taką presją. [W zależności od źródła liczba ofiar głodu szacowana jest na kilkaset tysięcy do miliona, często też można spotkać liczbę 3,5 miliona bądź większą. Interesujące dane na ten temat przytacza Piotr Badura – przyp.]

Stopniowo KRLD zdołała się podnieść po tych dramatycznych latach. Obecnie Korea Północna prowadzi wymianę handlową z Rosją, Iranem, Wenezuelą, Chinami i innymi krajami. Gospodarka rolna KRLD została zreorganizowana i kraj jest obecnie w stanie inwestować w budownictwo, w tym mieszkaniowe, oraz w infrastrukturę dla społeczeństwa.

Wydatki na obronę pozostają wysokim priorytetem i prawie każdy pełnoletni Koreańczyk jest w jakiś sposób zaangażowany w wojsko. Ci, którzy krytykują z tego powodu KRLD, zapominają, że ten kraj jest zupełnie dosłownie w stanie wojny z USA. Wzdłuż jego granicy rozmieszczone są dziesiątki tysięcy amerykańskich żołnierzy. Wojsko USA rutynowo ćwiczy zrzucanie bomby atomowej na KRLD, a generał armii USA Douglas MacArthur publicznie groził zrobieniem tego podczas wojny koreańskiej.

Koreańczycy na północy generalnie czują, że proliferacja broni jądrowej znacznie zwiększyła bezpieczeństwo ich kraju. Teraz, kiedy KRLD ma bombę atomową, jest mniej prawdopodobne, że USA ją zaatakują albo dokonają inwazji i przeprowadzą „zmianę reżimu”, o której często mówią. [KRLD wycofała się (eng.) z traktatu o nierozprzestrzenianiu broni atomowej w styczniu 2003 roku. I tutaj, też po ang.]

Krytyka KRLD pod kątem „praw człowieka” często zupełnie ignoruje kontekst i historię Korei. W wojnie koreańskiej zginęły ok. 3-4 miliony Koreańczyków i jak dotąd nie został podpisany żaden traktat pokojowy. W latach 90. spora liczba Koreańczyków zmarła z niedożywienia narzuconego krajowi przez USA. Naród KRLD dosłownie walczy o życie z dobrze uzbrojonym i najsilniejszym rządem na świecie. Dzięki Stanom Zjednoczonym już straciły życie miliony ludzi w Korei.

Nie można oczekiwać, by jakikolwiek kraj, otoczony i stojący przed tak skrajnym zagrożeniem, był wolnym, otwartym społeczeństwem, z debatami i dyskusją. KRLD jest państwem zamkniętym, znajdującym się w stanie wojny, walczącym o przetrwanie. Nikt rozsądny nie będzie twierdził, że jest rajem na ziemi albo idealnym modelem cywilizacji. W skrajnie nieprzyjaznej sytuacji KRLD trwa – głównie dzięki politycznemu geniuszowi koreańskiej Partii Pracy i jej umiejętności zmobilizowania społeczeństwa i utrzymania jego lojalności.

Amerykańskie media często przedstawiają przywództwo KRLD jako prymitywnych nacjonalistów albo zwolenników supremacji. Ci, którzy dają się złapać na to, że – jak głoszą amerykańskie media – KRLD jest w jakiś sposób „rasistowska”, powinni zwrócić uwagę na fakt, że kraj ten często solidaryzuje się z uciskanymi narodami.

W latach 70. KRLD wspierała w USA Czarne Pantery. Przyszła z pomocą Palestyńczykom. Wspierała także naród Zimbabwe, kiedy walczył przeciwko Imperium Brytyjskiemu i państwu apartheidu i osadników, zwanemu „Rodezja”. KRLD wspierała naród Angoli w walce przeciwko portugalskiemu kolonializmowi. Udzieliła nawet wsparcia wojskowego Nelsonowi Mandeli i Afrykańskiemu Kongresowi Narodowemu, kiedy USA przedstawiały ich jako „terrorystów”.[KRLD potępiła również ostatni atak lotniczy USA na Syrię, nazywając go „niewybaczalnym”.]

Antyazjatycki rasizm i propaganda wojenna

Nienawiść do KRLD zdaje się być niemal kompulsywna w USA, gdzie media rutynowo powtarzają oburzające i zupełnie bezpodstawne oskarżenia pod adresem tego kraju.

Według amerykańskich mediów Koreankom nie wolno jeździć rowerami. To twierdzenie jest bardzo łatwo obalić. Co więcej, Koreanki nie tylko jeżdżą rowerami, ale zdobyły też złote medale w dyscyplinach olimpijskich, takich jak strzelanie do tarczy i podnoszenie ciężarów.

Amerykańskie media bez zająknienia powtarzają, jakoby na północnokoreańskim urzędniku wysokiego szczebla wykonano egzekucję, „rzucając go na pożarcie dzikim psom”. Jak wykazano, źródłem tej odrażającej historii jest satyryczna publikacja w Chinach, która nigdy nie próbowała stwarzać wrażenia prawdziwej.

Hollywood masowo produkuje filmy w stylu „Czerwonego świtu”, „Olimpu w ogniu”  czy „Wywiadu ze słońcem narodu”, mające demonizować KRLD, dehumanizować jej społeczeństwo i psychicznie przygotowywać amerykańską publiczność na wojnę. Ilość i skala skrajnych przekłamań i fałszowania wszystkiego, co wiąże się z sytuacją na Półwyspie Koreańskim, powinny szokować i niepokoić każdego rozsądnego człowieka.

Wielu Amerykanów pochodzenia azjatyckiego mówi, że sposób, w jaki KRLD jest przedstawiana w amerykańskich mediach, powinien być postrzegany jako obraźliwy nie tylko w stosunku do Koreańczyków, ale i wszystkich Azjatów. Anty(północno)koreańska hollywoodzka produkcja „Wywiad ze słońcem narodu”, która wywołała międzynarodowe napięcia, zawierała szydzenie białych aktorów z koreańskiego akcentu. Film również wyraźnie przedstawiał koreańskie kobiety – które wiele wycierpiały będąc zmuszane przez Japończyków do seksualne niewolnictwa i gwałcone przez amerykańskich żołnierzy podczas wojny koreańskiej – jako nic ponad narzędzia do zaspakajania potrzeb seksualnych białych mężczyzn, rzucających w dodatku chamskie komentarze na temat ich ciała. Wyszydzanie akcentu, stylu ubrań i innych rzeczy odnoszących się do KRLD wpasowuje się w przestarzałą koncepcję „azjatyckiego despotyzmu”. Swego czasu mniej więcej w ten właśnie sposób prasa USA i zachodniej Europy przedstawiała chińskich, wietnamskich i nawet rosyjskich przywódców. [KRLD miała do tego filmu jeszcze poważniejsze zastrzeżenia, zarzucając producentom, że promują w nim terroryzm i zamordowanie przywódcy suwerennego kraju, i złożyła skargę w ONZ.]

Kryjące się w podtekście tych oszczerstw i szyderstw przesłanie jest takie, że ludzie azjatyckiego pochodzenia to prymitywni barbarzyńcy, którzy w naturalny sposób pożądają autokracji i potrzebują białych, którzy by ich na siłę „cywilizowali” i uczyli o „demokracji”. Podczas gdy skrajne demonizowanie przywódców KRLD jest najbardziej rażącym przykładem, stara rasistowska karykatura „azjatyckich despotów” i „mongoloidalnych tyranów” stopniowo znów zyskuje na popularności, tym razem w odniesieniu do Xi Jinpinga w Chinach i Władimira Putina w Rosji.

Przez ostatnie 50 lat KRLD nawoływała do pokojowego zjednoczenia Półwyspu Koreańskiego. Przywódcy Partii Pracy Korei proszą teraz jedynie o to, co do czego zgodzono się po zakończeniu II wojny światowej. Chcą ogólnonarodowych wyborów, w których będzie mogła wziąć udział każda partia, łącznie z komunistyczną. Chcą też, żeby amerykańskie wojska opuściły ich kraj.

Nie są to ani radykalne, ani wygórowane oczekiwania. Wniosek KRLD zasadniczo brzmi: „Pozwólcie Koreańczykom rządzić Koreą”. Nie ma w tym żadnego „ekstremizmu”, „szaleństwa” czy „niepoczytalności”.

Koreańczycy są ludźmi — tak jak Amerykanie, zachodni Europejczycy, Rosjanie, Irańczycy, Chińczycy i inni. Jednak są narodem, który został prawie na stulecie podzielony, zdegradowany i poddany niezwykłemu upokorzeniu przez obce mocarstwa.

Naród Półwyspu Koreańskiego, tak na północy, jak i na południu, zasługuje na nasze wsparcie i szacunek, a nie na dalszą demonizację i szyderstwa. Używanie przez amerykańskie media tak daleko idących kłamstw i rasizmu w przedstawianiu sytuacji na Półwyspie Koreańskim powinno spotkać się z globalnym oburzeniem.

——–
Caleb Maupin jest analitykiem politycznym i aktywistą mieszkającym w Nowym Jorku. Studiował nauki polityczne w Baldwin-Wallace College i był zaangażowany w ruch Occupy Wall Street. Pisze głównie dla magazynu internetowego „New Eastern Outlook”.

Tłumaczenie: PRACowniA

 

Komentarze Pracowni

Wokół Półwyspu Koreańskiego robi się coraz bardziej gorąco. Wygląda na to, że „doktryna powstrzymywania” znalazła kolejnego adresata – Chiny. USA/Pentagon / „głębokie państwo” w USA starają się otoczyć Chiny swoimi bazami i bronią atomową, tak jak otoczyły Rosję. Jednym z etapów jest umieszczenie THAAD i broni atomowej w Korei Południowej. Garść linków:

Zygmunt Białas – Co się dzieje w Korei Północnej (wrzesień 2016)

Trochę więcej historii: Zrozumieć Koreę Północną

Sputnik:

Trump wysłał „armadę” na Półwysep Koreański; obszerniej: RT (eng.)

Jak Trump zamierza powstrzymywać Koreę Północną?

Not Our Fault: North Korea Says Washington to Blame for Escalating Tensions

According to South Korea’s Yonhap News Agency, the North Korean statement said, „By relentlessly bringing in a number of strategic nuclear assets to the Korean Peninsula, the US is gravely threatening the peace and safety, and driving the situation to the brink of a nuclear war.” Regarding the strike in Syria, they said „the US. is carrying out military strikes and menacing acts against a sovereign state while calling for peace through strength.”

Who is mad about THAAD? And Why?

The THAAD missile system being erected in a contract with Lockheed-Martin, in cold war terms, is a „strike enabling system.” Once the system is completed, the US and South Korean forces that are already in the Peninsula are free to launch an attack on North Korea, China, or Russia. The THAAD system, modeled after Israel’s Iron Dome, would prevent retaliation strikes aimed at disabling the attackers. THAAD enables the US and South Korea to begin striking countries in the region, while shielding themselves from any response. Furthermore, THAAD includes a radar system that will closely monitor regional activity, not only in North Korea, but also in northern China.

Historia rozmieszczania THAAD na defence24.pl

No i hit miesiąca: NBC News, 7 kwietnia. Fragmenty:

„Wielu czołowych urzędników wywiadowczych i wojskowych poinformowało NBC News, że Rada Bezpieczeństwa Narodowego przedstawiła prezydentowi Trumpowi opcje reagowania na program nuklearny Korei Północnej – w tym rozmieszczenie amerykańskich pocisków nuklearnych w Korei Południowej lub zabicie dyktatora Kim Jong-una. […]

Pierwszym i najbardziej kontrowersyjnym rozwojem działań jest rozmieszczenie broni nuklearnej w Korei Południowej. Stany Zjednoczone 25 lat temu wycofały z Korei Południowej całą broń jądrową. Przywrócenie bomb – prawdopodobnie do bazy sił powietrznych Osan Air Base, mniej niż 50 mil na południe od stolicy Seulu, oznaczałoby pierwsze zagraniczne rozmieszczenie broni jądrowej od końca zimnej wojny, co byłoby niewątpliwie prowokacyjnym ruchem.” (ten fragment tłumaczenia za prisonplanet.pl)

I dalej, za NBC:

Inną opcją jest namierzenie i zabicie Kim Dzon Una i innych wyższych przywódców kraju, w tym decydujących o pociskach rakietowych i  broni atomowej. Jednak, według byłego ambasadora USA w RK Marka Lipperta przyjęcie takiego podejścia ma swoje złe strony… Dyskusje o zmianie reżimu i dekapitacji… często wywołują zaniepokojenie Chińczyków i w efekcie podjęcie przez nich kroków w przeciwnym kierunku niż ten, do którego chcielibyśmy ich przymusić.

Według Stavridisa, byłego dowódcy NATO, „dekapitacja jest zawsze kuszącą strategią … jednak należy sobie zadać pytanie, co się stanie następnego dnia”.

Trzecia opcja to tajna operacja, infiltrowanie Korei Północnej przez siły specjalne USA i Korei Południowej w celu sabotażu albo zlikwidowania kluczowej infrastruktury – na przykład wysadzenia mostów. CIA w rozmowie z NBC powiedziała [oczywiście], że nie zapewni ‘żadnego doradztwa’ dla takiej opcji.

Zdumiewające, że coś takiego pojawiło się w massmediach. Rzecz jasna było to tylko przedstawienie opcji (do odrzucenia, może) w celu uzyskania zgody na opcję, o którą naprawdę chodzi. Ciekawe, czy wczorajsze zrzucenie monstrualnej bomby na Afganistan ma z tym coś wspólnego?

I na koniec: W grudniu ub. roku dwaj amerykańscy żołnierze, stacjonujący w Korei Południowej, zostali złapani na przeszmuglowaniu z Kalifornii 4 kg metamfetaminy w opakowaniach płatków śniadaniowych. Wartość narkotyku oszacowano na 12 milionów dolarów. Korea Pd. nie jest szczególnie zadowolona z istnienia tego procederu. Przejęta dawka wystarczyłaby na zaspokojenie nałogu (lub rozpoczęcie brania) dla 130 tys. osób. Jeden z żołnierzy został właśnie postawiony w stan oskarżenia. O tym polskie media milczą. Można się za to naczytać, jak to w Korei Północnej produkuje się metamfetaminę na masową skalę – a to jako środek na odchudzanie dla tłuściochów, a to na zlikwidowanie uczucia głodu dla masowo niedożywionych obywateli… A uzależnione są 2/3 mieszkańców KRLD. Tylko 2/3?