Mateusz Piskorski: List zza krat.

za: https://pl.sputniknews.com/opinie/201801177129571-Mateusz-Piskorski-list-wezienie/

Redakcja Sputnika otrzymała list od polskiego polityka i politologa Mateusza Piskorskiego, który od ponad półtora roku znajduje się w warszawskim areszcie w związku z podejrzeniami o rzekome szpiegostwo na rzecz Rosji.

List został oficjalnie ocenzurowany przez polską prokuraturę.

Poniżej prezentujemy pełną wersję przesłania Mateusza Piskorskiego zza krat.

List Mateusza Piskorskiego do żony. Na zdjęciu widać pieczątkę Ocenzurowano

List Mateusza Piskorskiego do żony. Na zdjęciu widać pieczątkę Ocenzurowano

Polska nie jest już krajem dla normalnych ludzi. Czasami myślę, że tu powinna stać się jakaś katastrofa, żeby ludzie obudzili się z paraliżu głupoty.

Np sprawa pomników. Kilka moich gorzkich uwag o sprawie pomników Armii Czerwonej…

Emocje, symbole, interpretacja historii to ważna część polityki. Sprawa pomników nie jest tu marginalna. To, jakie pomniki stawiają władze danego kraju, mówi nam o kierunku polityki jego kierownictwa. A może nawet więcej — o kierunku meta polityki, bo te pomniki mają formować tożsamość, identyfikację nie tylko dziś, ale też następnych pokoleń.

Niszczenie pomników i miejsc pamięci żołnierzy Armii Czerwonej w Polsce jest aktem historycznej, symbolicznej wojny, którą polskie władze wypowiedziały nie tylko współczesnej Federacji Rosyjskiej, ale wszystkim narodom, które wzięły udział w Wielkim Zwycięstwie 1945 roku, także Polakom, których przodkowie walczyli w szeregach I i II Armii Wojska Polskiego u boku żołnierzy radzieckich.

Symbolicznie w ten sposób Polska staje po stronie nawet nie współczesnych Niemiec, które do dziś dbają o pomniki zwycięzców II Wojny Światowej. Staje, obok takich krajów jak Ukraina, Estonia, czy Łotwa, po stronie narracji neonazistowskiej. Burzy pomniki tych, dzięki którym Polacy żyją, stawia pomniki tym, którzy Polaków po 1945 roku zabijali-skrajnie prawicowym bandytom.

Problem można też, oczywiście, rozpatrywać od strony czysto prawnej. Strona polska łamie międzynarodowe zobowiązania, ignoruje umowy z Federacją Rosyjską, niszcząc miejsca pamięci wymienione w aneksie z 1992 roku. Tutaj nikt się prawem nie przejmuje, nikt nie pamięta o zasadzie wyższosci prawa międzynarodowego, ratyfikowanych układów nad prawem krajowym.

Logicznie Warszawa powinna najpierw wypowiedzieć albo renegocjować i zmienić zawarte z Moskwą porozumienia.

Neonazistowski Instytut Pamięci Narodowej, ta współczesna polska policja historyczna narusza obowiązujące prawo.

W 2016 złożyłem w tej sprawie doniesienie do organów ścigania. Bez ich reakcji. Po chwili zresztą stałem się więźniem politycznym za poglądy, które głosiłem, pewnie też w tej sprawie.

Pochodzę z Ziem Zachodnich, z miasta Szczecin, które Polska odzyskała dzięki wynikom, w rezultacie zwycięstwa nad hitlerowskimi Niemcami. Przedtem mieszkali tam Niemcy i bardzo niewielka grupa mniejszości narodowych, w tym Polaków. Podobnie było w mieście Trzcianka, Legnica i setkach innych, w których demontuje się dziś pomniki i miejsca pamięci. Z kim walczyli czerwonoarmiści pod wodzą Pawła Batowa, Iwana Koniewa czy Gieorgia Żukowa na tych terenach? Kogo, jak twierdzą dziś polskie władze, miałyby zniewalać, do kogo strzelać? Członków walczących do końca wojny oddziałów SS, Wehrmachtu, a później niemieckiej partyzantki znanej jako Wehrwolf? To w ich obronie faktycznie stają dziś polskie władze likwidujące miejsca pamięci i wspomnienia o przelanej krwi, o ofiarach, jakie poniosła tam niezwyciężona Armia Czerwona.

Czy kolejnym ich krokiem będzie stawianie pomników niemieckim nazistom? A może w ten sposób chcą symbolicznie zwrócić te ziemie Niemcom? Jaki jest cel tej obłędnej, pełnej nienawiści i agresji polityki historycznej?

Cel jest i to bardzo wyraźny i jasny: wypowiedzenie wojny Rosji w sferze symbolicznej, prowokowanie jej władz, wykopywanie przepaści, głębokich podziałów pomiędzy narodem polskim a narodem rosyjskim.

Dziś mieszkańcy tych ziem nie chcą likwidacji miejsc historicznej pamięci, wielu lokalnych samorządowców jest przeciw. To dlatego cała ta symboliczna agresja kierowana jest przez władze centralne, bez pytania o opinię miejscowych. Celem radykalnie rusofobicznej partii Prawo i Sprawiedliwość jest przeformatowanie pamięci i umysłów Polaków. Kolejne pokolenia w Polsce mają w ogóle nie wiedzieć, że Europę od hitleryzmu wyzwolił Związek Radziecki. PiS będzie przekonywał w szkołach,  że wszystko zawdzięczamy Amerykanom.

Polityka historyczna rządzącej od lat w Polsce partii wojny nie bierze pod uwagę faktów, logiki, etyki, a nawet związanego z każdą kulturą szacuku dla zmarłych i poległych.

Pozostawienie pomników oznaczałoby niebezpieczny dla władz polskich dysonans u Polaków: skoro Rosja została ogłoszona wrogiem i agresorem, przed którym mają nas bronić wojskowe bazy USA, to przedstawianie czerwonoarmistów jako bohaterów nie mieści się w takim politycznym schemacie.

Przeciwko historycznej agresji prowadzonej przez PiS protestuje niewielu. Na jej zgubne skutki międzynarodowe zwraca racjonalnie i dyplomatycznie uwagę ambasador FR w Polsce Siergiej Andrejew.

Są też sprawiedliwi wśród Polaków, np Jerzy Tyc i jego stowarzyszenie „Kursk” od lat opiekujące się miejscami pamięci z czasów ostatniej wojny. Patrząc z przerażeniem na rządzącą w Polsce partię wojny, bardzo chciałbym, żeby to właśnie Jerzy Tyc był tą twarzą, z którą Rosjanie kojarzyć będą ten kraj.

Z dumą współczesnych Rosjan pozwoli im patrzeć na Polskę nie przez pryzmat pełnych głupoty i nienawiści twarzy polskich polityków, ale zwykłych porządnych ludzi, którzy tu jeszcze są. I może kiedyś odbudują niszczone dziś pomniki…

Mateusz Piskorski, polski politolog, Warszawa

Reklamy

Premier prawdę powie – w Sowie

Autor: Julia Baranowska

za: https://pl.sputniknews.com/polska/201712096884443-premier-Polska-Sputnik/

Mało kto pamięta, że w pamiętnych taśmach z restauracji „Sowa i Przyjaciele” pojawił się również świeżo upieczony polski premier, Mateusz Morawiecki.

Morawiecki to jedyny członek obecnego rządu PiS, który został nagrany w „Sowie”. W kwietniu 2013 pogadał sobie szczerze z ówczesnym szefem PKO BP Zbigniewem Jagiełłą, szefem państwowej spółki PGE Krzysztofem Kilianem oraz jego zastępczynią Bogusławą Matuszewską. Wszyscy rozmówcy Morawieckiego byli związani z rządzącą wtedy Platformą Obywatelską.

Okazało się, że na nagranej rozmowie znajomi rozważali możliwość objęcia przez Morawieckiego funkcji ministra skarbu. Miałby na tym miejscy zastąpić Mikołaja Budzanowskiego. Zbigniew Jagiełło zasugerował, ze wkrótce Morawiecki może dostać taką propozycję. Sam zainteresowany nie zaprzeczył, że wie o takich planach w Kancelarii Premiera. Pochwalił się nawet rozmową, jaką przeprowadził na ten temat z jednym z senatorów:  — Rzekomo Schetyna mu powiedział, że w czerwcu Budzanowski jest out. To była informacja z przedwczoraj (…). Równie dobrze może to być plotka Tuska, wypuszczona z różnych względów.

W rozmowie Morawiecki… chwalił gospodarcze posunięcia PO, w szczególności projekty energetyczne PGE (niestety stenogramy nie ujawniają szczegółowo, o które projekty chodzi). Chwalił także strategię zagranicznych polityków — i to w sposób, który raczej nie spodobałby się prezesowi Kaczyńskiemu:

— Ja trochę tę historię znam i lata trzydzieste ch…ja a nie wyciągnęły Stany Zjednoczone (…). Wojna wyciągnęła (…). Natomiast jedna taka rzecz, że mam absolutnie pozytywne zdanie o Merklowej, Sarkozym czy, jak tam się ten nowy nazywa, Hollande — mówił z pełnym przekonaniem.

Pokazał również, że ma bardzo krytyczne zdanie na temat aspiracji młodych Polaków: — W tym młodszym pokoleniu to ja widzę zjawisko niebezpieczne (…). Oczekiwania. Nic nie robić, dużo zarabiać, nie? (…) Oni jakby nie rozumieją, że idą ciężkie czasy.

Podobno oprócz tej jednej taśmy,  z której stenogramy w całości przesłuchali dziennikarze „Newsweeka”, istnieje jeszcze co najmniej jeden zapis rozmowy z udziałem obecnego premiera. Tak wynikało z zeznań zatrzymanego kelnera Łukasza N.

Natomiast w ostatnich dniach media wyciągnęły na światło dzienne wypowiedzi Morawieckiego dotyczące „rechrystianizacji Europy”. Młody polityk wygłosił je w telewizji Trwam, gdy gościł u ojca Rydzyka. — Chcemy przekształcać Europę, ją z powrotem, takie moje marzenie, rechrystianizować, bo niestety w wielu miejscach nie śpiewa się kolęd, kościoły są puste i są zamieniane na muzea. To wielki smutek — oświadczył. Nie ma już wątpliwości, że nowy premier należy do „frakcji radiomaryjnej” rządu, razem z Antonim Macierewiczem, Beatą Kempą czy Janem Szyszko.

Jeszcze tylko jedna ciekawostka na temat nowego prezesa rady ministrów: wszyscy myślą, że z wykształcenia jest ekonomistą. Nic bardziej mylnego. Ukończył studia historyczne, a z ekonomią zaczął mieć do czynienia… na studiach podyplomowych. Niemniej, pół życia przepracował w banku, a dla większości elektoratu PiS jest to równoznaczne z posiadaniem tajemnej wiedzy z zakresu ekonomii.

Polska: Oglądamy spektakl kontrrewolucji.

Autor: Roman Kurkiewicz

za: https://pl.sputniknews.com/opinie/201712076871555-Polska-Ogladamy-spektakl-kontrrewolucji-Roman-Kurkiewicz/

Nie potrafię sobie wyobrazić żadnego państwa, które chciałoby tu wdepnąć i zapanować nad tą dzisiejszą Polską. Państwa rzadko ujawniają masochistyczne oblicza. A my, krok po kroku, z Bogiem na ustach, pogrążamy się w ciemnym bagnie absurdu i coraz powszechniejszej aberracji.

Są takie tygodnie, kiedy żywiący się wydarzeniami komentatorzy, publicystki czy felietoniści nie mogą wypatrzyć śladu życia na pustyni politycznej. Ale po ciszy nadciąga burza i plaga zdarzeń, potop decyzji, klęska urodzaju, jeśli chodzi o wypowiedzi wołające o pomstę do nieistniejącego niestety Świeckiego Trybunału Karnego.

Powróciła gdzieś zza historycznego grobu legendarna tradycja dobrowolno-przymusowych wycieczek i demonstracji popierających władzę. W tym wypadku wiernopoddańcza pielgrzymka ludu leśniczego miast i wsi służbowymi autobusami, z wypisanymi delegacjami (gdzie ta słynna pisowska reaktywacja Państwowej Inspekcji Pracy?) przybyła do stolicy, by pod Sejmem pokrzyczeć, że minister Szyszko (którego decyzje i pójście w zaparte w sprawie wycinki w Białowieży zaraz będą kosztować Polskę 100 tys. euro kar DZIENNIE) jest Zbawcą Lasów Polskich, że jest Świętym Jerzym, który harwesterami wycina smoki obrońców puszczy w pień (ulubiona forma drzewa tego ministra). Pan ksiądz kapelan dyrekcji Lasów Państwowych, którego wszyscy utrzymujemy na tym etacie, wyjaśnia, że to walka z szatanem w myśl boskiego planu. Przypomnę: mamy wiek XXI, rok 2017.

Za leśnikami chyżo podąża policja, która pokojowo protestujących poddaje upodlającej procedurze rewizji osobistych. Wszystko dla dobra zatrzymanych i ich bezpieczeństwa.

Podobnie — znów dla bezpieczeństwa — rząd przejmuje władzę nad placem Piłsudskiego w Warszawie (teren zostaje wyjęty spod jurysdykcji samorządu warszawskiego na mocy prawa, które opisuje funkcjonowanie poligonów wojskowych i terenów z takimiż tajnymi instalacjami). Wygląda na to, że przybędzie poligonowych pomników. Będzie ich tym więcej, im mniej jest szans na jakiekolwiek wsparcie dowodowe legend o zamachu pod Smoleńskiem. Równocześnie okazuje się, że Ministerstwo Obrony Narodowej wypłaciło już ok. 70 mln zł 100 osobom jako odszkodowanie za śmierć ich bliskich w katastrofie rządowego tupolewa w 2010 r.

Pieśniarka Doda aresztowana w świetle fleszy.

A pod spodem symulacja obrad parlamentu nad projektami ustaw podporządkowujących PiS sądownictwo. Ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym, nieznane na etapie projektowym posłom, są bezwstydnie niekonstytucyjne, ale co to za problem, kiedy na czele „odnowionego”, tzw. Martwego Trybunału stoi dwoje ludzi służb specjalnych, związanych najściślej z formacją rządzącą?

Marsz w Warszawie

© Sputnik. Aleksiej Witwickij Marsz w Warszawie

Jakby tego było mało, Nosferatu z resortu obrony ogłasza z dumą, że przepuści nasze 40 mld na zakup rakietowych patriotów, ale tylko 200, w czterech bateriach, od Amerykanów. Okazyjnie. A mógł przecież niedrogo zdecydować się na pozyskanie 60 tys. patriotów z Marszu Faszystów Polskich, którzy zakamuflowani wędrowali przez Warszawę 11 listopada. Faszyści-niefaszyści, zwący się sami patriotami, zasłaniali się żywymi tarczami nielicznych rodzin z dziećmi, co miało dowodzić, że był to rodzinno-familijny piknik, a nie żądanie czystej rasowo, białej Polski i nie chodziło o śnieg. Ciekawe. Kiedy przez Polskę przemaszerowują tysiące procesji w święto tzw. Bożego Ciała, nikt nie zadaje pytania, czy idą tam katolicy, osoby wierzące, a nie wyłącznie ateiści, sataniści, prowokatorzy.

Mamy więc na lata kompletną demolkę sądów i podporządkowanie ich teraźniejszej władzy, obudowane kuriozalnymi zakupami niebotycznie drogich instalacji wojskowych. Antoni Macierewicz głosił zresztą ostatnio publicznie, że gorąca wojna już trwa…

Prawdę mówiąc, na spokojną, racjonalną głowę to trochę za dużo naraz.

Nie potrafię sobie wyobrazić żadnego państwa, które chciałoby tu wdepnąć i zapanować nad tą dzisiejszą Polską. Państwa rzadko ujawniają masochistyczne oblicza.

A my, krok po kroku, z Bogiem na ustach, pogrążamy się w ciemnym bagnie absurdu i coraz powszechniejszej aberracji. Ale jest jedna logika, która wszystkie te historie, deklaracje, śpiewy i narracje spina w spójną całość. To idea państwa fundamentalnego religijnie, powrót do snu o byciu mesjaszem narodów, ofiarą mocarstw i różańcowym pogromcą nowoczesności.

Pustkę trzeba czymś zapełnić.

Niestety, oglądamy spektakl katolickiej kontrrewolucji w kraju, w którym nawet rewolucja się nie dokonała. To się działo od prawie 30 lat, przyszedł czas na kulminację.

Na razie dla większości mających do tego dystans wygląda to groteskowo i niewyobrażalnie. Ale to realna zmiana systemu i warunków naszego funkcjonowania.

Polskie państwo uległo i jesteśmy pod zaborami samych siebie — Polaków, Polek, jeśli wciąż jeszcze jako społeczeństwo jesteśmy jakąś teoretyczną całością. Pytanie, czy warto odzyskać niepodległość i kto ma to zrobić.

Roman Kurkiewicz, polski publicysta, Warszawa

Kaz Dziamka – Demokracja Irokezów a tak zwana „demokracja” amerykańska.

Mizernie wypada demokracja amerykańska w porównaniu z nowoczesnymi demokracjami. Według Indeksu Demokracji, opracowanego przez międzynarodową organizację The Economist Intelligence Unit, Stany Zjednoczone, zwane dogmatycznie w Ameryce „the greatest country in the world” (najwspanialszy kraj na świecie), plasują się dopiero na 21. miejscu. Indeks posługuje się pięcioma wskaźnikami demokratyczności: jakością procesu wyborczego, funkcjonalnością rządu, udziałem w procesie politycznym, kulturą polityczną i przywilejami obywatelskimi. Pod każdym względem demokracja amerykańska ustępuje – i to znacząco – demokracjom skandynawskim, które są obecnie najlepsze na świecie. Nie jest chyba zaskoczeniem fakt, że spośród pierwszych pięciu najlepszych demokracji, aż cztery to kraje skandynawskie. I to one, a nie USA, powinny być wzorem dla rozpowszechnienia idei demokratycznych na całym świecie, a szczególne w Polsce.1

Przy okazji, obecna III Rzeczpospolita Polska – skrajnie prokatolicka i proamerykańska i jednocześnie patologicznie rusofobiczna, ze swym ciągle skłóconym wewnętrznie rządem i parlamentem – w ogóle nie kwalifikuje się do tzw. pełnych demokracji, tzn. do listy czołowych 19 demokracji świata, którą to listę zamykają Urugwaj i Mauritius. Według Indeksu, polska „demokracja” zaliczana jest to tzw. „flawed democracies” (czyli do demokracji z wadami).

Równie niekorzystne, a nawet kompromitujące dla USA, jest skonfrontowanie amerykańskiego systemu politycznego z niektórymi tradycyjnymi demokracjami Indian amerykańskich, szczególnie z Konfederacją Irokezów, nazywaną też Ligą Sześciu Narodów, w ich ojczystym języku określaną jako Haudenosaunee, czyli „Ludzie Długiego Domu”.

Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że Konfederacja Irokezów to najstarsza na świecie demokracja typu „uczestniczącego”. Na podstawie nowoczesnych badań historycznych (źródeł dokumentalnych, danych astronomicznych i ustnej tradycji Irokezów), można ustalić z dużym prawdopodobieństwem, że ratyfikacja całego zbioru praw Irokezów – którzy nie mieli co prawda języka pisanego, ale polegali skutecznie na wampumach i rzetelnie kontynuowanej tradycji słowa mówionego – miała miejsce w połowie 12. wieku. Równie imponujący jest fakt, że ta bezprecedensowa demokracja przetrwała do dzisiaj, mimo iż groziła jej całkowita zagłada z powodu rabunkowej i morderczej polityki amerykańskich chrześcijan, jak również wskutek rozdzielenia ziem i narodów irokeskich granicą amerykańsko-kanadyjską.

W jaskrawym przeciwieństwie do Konstytucji Irokezów – u których nie było niewolnictwa, a kobiety miały prawa na równi z mężczyznami (niesłychane w tamtych czasach) – konstytucja USA, ratyfikowana w 1787 r., akceptuje niewolnictwo i nie daje prawa głosu kobietom. Te dwie fatalne wady amerykańskiej demokracji zostały naprawione dopiero przez Trzynastą Poprawkę w 1865 r. (zniesienie niewolnictwa po krwawej wojnie domowej) i przez Dziewiętnastą Poprawkę w 1919 r. (przyznanie kobietom prawa do głosowania po długich, żmudnych, ponad sto lat trwających walkach amerykańskich sufrażystek, które, nota bene, zainspirowane były egalitarną pozycją kobiet irokeskich). Ale to bynajmniej nie jedyne krytyczne błędy demokracji amerykańskiej w porównaniu z Konfederacją Irokezów.

W swoim bogato udokumentowanym studium ewolucji demokracji w USA, Exemplar of Democracy (Ideał Demokracji), Donald A. Grinde Jr. i Bruce E. Johansen udowadniają ponad wszelką wątpliwość, że Benjamin Franklin, Thomas Jefferson, Thomas Paine i inni ojcowie państwa amerykańskiego mieli okazję skorzystać, i częściowo skorzystali, z imponującego dorobku demokratycznego Irokezów. Niestety, będąc w znacznej mierze rasistami, seksistami, pogardliwie nastawieni (z wyjątkiem Jeffersona) do demokracji bezpośredniej, ci biali założyciele USA zmarnowali unikalną okazję, by w pełni przeszczepić polityczny geniusz Sześciu Narodów Konfederacji Irokezów: Mohawków, Oneidów, Onandagów, Kajugów, Seneków i Tuscarorów.

W szczególności jedno prawo Konstytucji Irokezów zostało całkowicie i – jak się teraz okazuje –tragicznie zignorowane w Konstytucji USA i obecnie zapomniane. Chodzi tu o bardzo ważny przywilej matek klanowych Konfederacji, które miały prawo postawić w stan oskarżenia i usuwać z urzędu przestępczych przywódców politycznych, czyli sachemów. Cytując Grinde’a i Johansena: „Prawa, obowiązki i kwalifikacje sachemów były dokładnie określone, a matki klanowe mogły postawić w stan oskarżenia i usunąć sachema, który został uznany winnym za jakiekolwiek pogwałcenie reguł sprawowania urzędu, od nieuczęszczania na zebrania po morderstwo”.

Gdyby tylko „ojcowie konstytucji amerykańskiej” byli mniej uprzedzeni do tych, których zwykle określali „dzikusami”, i gdyby potraktowali na serio filozofię polityczną Indian amerykańskich, Stany Zjednoczone – a być może i inne państwa – byłyby dziś beneficjentami bardzo cennej lekcji politycznej, jaką uczy Konstytucja Irokezów. Obecnie, matki żołnierzy amerykańskich, poległych w licznych wojnach i niezliczonych akcjach militarnych, wywołanych przez obecnych i byłych „jastrzębi fotelowych” w Białym Domu, miałyby moralne i legalne prawo do postawienia w stan oskarżenia tych przestępczych „sachemów” z Białego Domu.

W przypadku największej zbrodni 21. wieku – ataku militarnego USA na Irak – prawo przejęte od Irokezów upoważniłoby np. Cindy Sheehan i tysiące innych amerykańskich matek, których dzieci zostały zabite lub ciężko ranne w Iraku, do natychmiastowego postawienia w stan oskarżenia George’a W. Busha i jego doradców. Z powodu poważnej wady obecnego systemu amerykańskiego, który daje prawo usunięcia przestępczego lub niekompetentnego prezydenta tylko Kongresowi, prawo Irokezów, zmodyfikowane dla takiego systemu, dałoby matkom amerykańskim prawo bezpośredniej apelacji do Sądu Najwyższego z pominięciem Kongresu.

W momencie usunięcia z urzędu, Bush i inni przestępcy wojenni, jak Dick Cheney i Donald Rumsfeld, oddani byliby natychmiast w ręce prokuratury i oskarżeni o zbrodnie nie tylko przeciwko narodowi amerykańskiemu, ale również przeciwko narodowi irackiemu i ludzkości w ogóle. W takim przypadku, nie mogliby skorzystać z prawa przywileju czy łaski. Proszę rozważyć skuteczność i przydatność takiej klauzuli prawnej w odniesieniu do innego przestępczego prezydenta USA, Richarda Nixona, który zamiast iść do więzienia, został ułaskawiony przez prezydenta Geralda Forda, co okazało się decyzją tragiczną w jej konsekwencjach. Po prostu, kryminaliści w Białym Domu wiedzą teraz, że mogą popełniać nawet ciężkie zbrodnie i zawsze liczyć na ułaskawienie przez przyszłych prezydentów, moralnie (tak jak oni) nieodpowiedzialnych w ramach niemoralnego systemu politycznego USA, obecnie niereformowalnego i stwarzającego coraz większe zagrożenie nie tyko dla Stanów Zjednoczonych, ale dla całego świata.

Geniusz polityczny Irokezów polega na tym, że dając tak specjalny przywilej polityczny matkom – które w kulturze Irokezów uhonorowane są mianem „Dawczyniami Życia na naszej Matce Ziemi” (Lifegivers of Our Mother Earth) – Irokezi rozwiązali krytyczny problem w polityce: ich metoda pozwala kontrolować, przez apolityczny osąd moralny, wieczną tendencję w polityce do nadużywania władzy, szczególnie wykonawczej. Kobiety irokeskie nie były oficjalnie częścią elit polityczno-militarnych i w związku z tym nie były pod presją ignorowania zasad moralnych dla doraźnych potrzeb politycznych. Nie członkowie Kongresu, nawet nie kobiety zajmujące się zawodowo polityką (jak Hillary Clinton czy Nancy Pelosi), ale właśnie zwykłe obywatelki, matki zabitych i rannych żołnierzy, powinny mieć ostatecznie prawo do postawienia w stan oskarżenia prezydenta i innych przywódców politycznych USA.

Wiadomo, że taki przywilej, jak każdy inny, może być nadużywany. Ale matka, której syn czy córka zginęła w bezsensownej i niemoralnej wojnie, powinna mieć konstytucyjne prawo do wszczęcia procesu karnego wobec tych, którzy odpowiedzialni są za tę wojnę.

Być może to niezwykle prawo demokracji Irokezów jest jedyną skuteczną metodą na kontrolę wykonawczej władzy politycznej w nowoczesnych demokracjach. To właśnie kobiety-matki, „Dawczynie Życia” – a nie zawodowi politycy – powinny być ostoją podstawowych zasad moralnych we wszystkich decyzjach politycznych dotyczących życia ludzkiego. I to właśnie matkom powinien być udzielony bardzo istotny przywilej polityczny kontrolowania i oskarżania przestępców politycznych.

Oczywiście, że jest rzeczą naiwną oczekiwać, iż amerykańska Godzilla militarno-korporacyjna, pożerająca obecnie ok. biliona (1000 miliardów) dolarów rocznie na zbrojenia, zgodzi się na to, aby być pod jakąkolwiek kontrolą matek żołnierzy amerykańskich.

Podstawowym celem Konfederacji Irokezów jest dążenie do pokoju. Podstawowym natomiast celem rządu USA jest wojna i ciągły szantaż militarny wobec tych krajów, które nie chcą poddać się amerykańskiej kontroli korporacyjnej i politycznej. Stąd nieustanne, trudne do zliczenia interwencje militarne USA na całym świecie. Stąd te gigantyczne, absurdalne wydatki na ciągle wzrastające zbrojenia i ciągłe zakładanie nowych baz wojskowych, gdzie tylko uda się wtargnąć amerykańskiej Godzilli. (Polska jest tego kolejnym przykładem, jednym z wielu.)

Tych baz jest obecnie ok. 1000 porozrzucanych na całym globie. Natomiast tych interwencji, często apokaliptycznie morderczych jak np. w Wietnamie czy Iraku, naliczono już co najmniej 70 od czasu tylko II Wojny Światowej.2  Według Jamesa Lucasa (Countercurrents.com), rządy USA od roku 1945 są odpowiedzialne za śmierć ponad 30 milionów ludzi. Około 10 razy więcej, czyli 300 milionów, zostało rannych, często w okrutny, brutalny sposób.

Obecnie tzw. kultura amerykańska jest przesycona militaryzmem, czego dowodem jest choćby aktualna militaryzacja amerykańskiej policji. W USA termin „pacyfista” stał się terminem pogardliwym. Nawet tak humanistyczno-pacyfistyczne organizacje amerykańskie jak Council for Secular Humanism nie mogą pozbyć się mniej lub bardziej ukrytej fascynacji dla amerykańskiego militaryzmu, który w USA przybrał miano nowej religii amerykańskiej.  Na ołtarzu amerykańskiego Boga Wojny, Amerykanie są gotowi poświęcić wszystko: swoje bogactwo materialne, swoją wolność intelektualną i cywilną, nawet swoje dzieci, które tak ochoczo wysyłają na front, gdziekolwiek on jest.

Sytuacja wydaje się być beznadziejna.

Amerykańscy psychopaci w zmilitaryzowanym rządzie USA, w absolutnej większości ludzie kompletnie pozbawieni sumienia i odpowiedzialności moralnej, ciągle planują kolejne wojny, głównie na Bliskim Wschodzie jak i również w Afryce i oczywiście w Europie Wschodniej. Największym jednak horrorem made in USA byłby atak nuklearny na Koreę Północną, który jest przygotowywany przez obecną ekipę rządzącą USA na czele z narcystycznym megalomanem Donaldem Trumpem. Najbliższym „kumplem” Trumpa jest nie kto inny tylko emerytowany generał elitarnego Korpusu Piechoty Morskiej US, James Mattis, nie bez powodu nazywany „Wściekłym Psem” (Mad Dog). To właśnie ten „Wściekły Pies” marzy o ataku na Iran, który to atak miałby równie katastrofalne konsekwencje dla pokoju na całym świecie jak atak na Koreę. I ten „Wściekły Pies”, wybrany przez Trumpa na Sekretarza Obrony, ma teraz olbrzymi wpływ na amerykańską politykę zagraniczną. Tak nisko upadła obecnie amerykańska „demokracja”.

W USA, o czym się z reguły nie mówi w mediach korporacyjnych, prawo do wypowiadania wojny ma tylko Kongres, co jest jasno sformułowane w Amerykańskiej Konstytucji. Artykuł Pierwszy mówi: „Congress shall have power to declare war”, czyli Kongres, nie Prezydent, ma prawo wypowiadać wojnę. Ale problem ten nigdy nie został dostatecznie rozwiązany w USA i dlatego często decyzję o podjęciu działań wojennych podejmuje w USA prezydent, a nie Kongres, jak to miało miejsce np. w bombardowaniu Jugosławii w 1999 (Clinton) czy w ataku rakietowym na Syrię (Trump) w tym roku. Łącznie doliczono się ponad 100 przypadków, kiedy amerykański prezydent prowadził działania wojenne bez oficjalnego zezwolenia Kongresu.

Jest to kolejny powód, dla którego amerykańską „demokrację” powinno się oceniać na podstawie faktów, a nie na podstawie wzniosłych frazesów w Amerykańskiej Konstytucji, Deklaracji Niepodległości i nieustannej propagandzie w amerykańskich mediach, obecnie kontrolowanych i cenzurowanych przez amerykański „establishment” korporacyjno-militarny, który nie ma nic wspólnego z demokracją.

To, że amerykański prezydent może teraz planować i rozkazywać atak militarny na inne kraje i, w istocie rzeczy, po prostu mordować tych, których uważa za „terrorystów” bez żadnego procesu sądowego, jest chyba najbardziej niebezpieczną wadą obecnej amerykańskiej demokracji. Stanowi ona teraz nie przykład nowoczesnej demokracji, a jej totalne zaprzeczenie. Amerykańska „demokracja” stała się teraz zagrożeniem dla wszystkich państw i mieszkańców naszej planety, skoro, dla przykładu, taki ewidentny prostak jak George W. Bush mógł samowładczo rozpocząć krwawą, barbarzyńską wojnę przeciwko Irakowi nawet w sytuacji, kiedy Irak nie stanowił żadnego zagrożenia dla USA. Ani wśród Irokezów, ani w wśród innych indiańskich konfederacji i demokracji (Kri, Czerokezi, Apacze) nie mogło być mowy, aby jedna osoba mogła popełniać tak potworne zbrodnie bez żadnej instytucjonalnej i moralnej odpowiedzialności.

Dlaczego więc ciągle się bezmyślnie powtarza te same puste frazesy o rzekomej wyższości tzw. amerykańskiej „demokracji” i traktuje Konfederację Irokezów jak mało znaczący anachronizm, albo się ją ignoruje i zapomina?

Retorycznym pytaniem jest również to, czy demokracja polska nie skorzystałaby z mądrości filozofii politycznej Irokezów. Nie skorzysta – i dlatego obecnie również żołnierze polscy na usługach Waszyngtonu i NATO giną i będą ginąć w nieustannych wojnach, nieustannie przygotowywanych przez opętanych rządzą władzy i zysków, zwyrodniałych sachemów w Białym Domu.

———————–

1 Obecnie 5 czołowych demokracji to: Norwegia, Islandia, Szwecja, Nowa Zelandia i Dania. W ciągu ostatnich 10 lat, USA spadły z 17. na 21. miejsce i nie należą już do grupy krajów z „pełną demokracją”, których jest obecnie tylko 19. Polska również spadła o kilka pozycji, z 46 (w 2007) na obecne, dalekie 52. miejsce. (Na „szczęście”, wyprzedzamy jeszcze Chorwację i Węgry, ale bardzo nieznacznie.)

2 Chodzi tu o większe operacje militarne kwalifikujące się na działania wojenne. Ale ilość rożnego typu mniejszych operacji wojskowych jest oczywiście o wiele wyższa. Według źródeł podanych przez Johna Stepplinga (który, nota bene, uczył przez kilka lat w Polskiej Szkole Filmowej w Łodzi), tylko w roku 2014, AFRICOM (amerykańska organizacja wojskowa, której celem jest kontrola Afryki) „spenetrowała” prawie każdy kraj afrykański, z wyjątkiem Zimbabwe i Erytrei. Trudno w to uwierzyć, ale w tym samym roku, USA przeprowadziły w Afryce ponad 600 operacji wojskowych. Niezależny amerykański magazyn The Intercept, ujawnił niedawno, że amerykańskie „specjalne oddziały” (Special Forces) są już obecne w ponad 30 krajach afrykańskich.

 

Strasburg zajmie się Piskorskim.

Pierwszy raz polski sąd „łaskawie” zgodził się też, by sam Mateusz Piskorski mógł wziąć udział w rozprawie, na której dotychczas, niczym w Średniowieczu, decyzje o jego uwięzieniu zapadały bez jego obecności.

W Sądzie Apelacyjnym w Warszawie 8 czerwca rozpatrywano kolejne zażalenie Mateusza Piskorskiego na postanowienie sądu o przedłużeniu jego tymczasowego aresztowania.

Ta rozprawa była jednak inna niż wszystkie poprzednie.

Zażalenie rozpoznawał Sąd Apelacyjny w składzie aż 3 sędziów.

Mateusz Piskorski

Pierwszy raz polski sąd „łaskawie” zgodził się też, by sam Piskorski mógł wziąć udział w rozprawie, na której dotychczas, niczym w Średniowieczu, decyzje o jego uwięzieniu zapadały bez jego obecności.

Piskorskiego przywieziono do budynku sądu już o godzinie dziesiątej, mimo że posiedzenie sądu zostało wyznaczone dopiero na godzinę trzynastą.

Dano mu w ten sposób czas w czytelni, by zaznajomił się z materiałami zgromadzonymi przez prokuraturę, mającymi uzasadniać żądanie odebrania mu wolności.

Na rozprawie mógł przemówić we własnej obronie.

I przemawiał na zmianę ze swym adwokatem, przez przeszło godzinę.

Dla postronnego obserwatora wszystko mogło wyglądać zupełnie tak, jakby rzecz się działa w jakimś normalnym demokratycznym kraju, a nie w III RP.

Tym razem zadbano już o wszelkie pozory legalizmu trwającego już ponad rok bezprawia i Piskorski przez godzinę mógł mówić do… ściany. Mógł mówić, ale nikt go przecież nie słuchał.

Pozory to tylko pozory i niech nas one nie zmylą.

Nie chodzi w nich ani o prawo, ani o sprawiedliwość, ale jedynie o to, by PiS pokazało światu, że w Polsce, będącej już za łamanie prawa na celowniku różnych europejskich instytucji, nie łamie się praw człowieka, a każdy obywatel ma prawo do uczciwego procesu, co zresztą inne narody Europy wywalczyły już sobie w czasach Oświecenia.

Po co i dla kogo to przedstawienie?

Skąd ta zmiana?

I dlaczego dopiero teraz?

Czyżby w państwie PiS jakiś sędzia przejrzał w końcu na oczy, zreflektował się i zrozumiał w jakim bezprawiu każą mu brać udział? Nic podobnego!

Wyjaśnienie jest proste i niewiele wspólnego ma z państwem prawa.

 
  Mateusz Piskorski w Sądzie Apelacyjnym w Warszawie, 08.06.2017 r.

Ma to natomiast ewidentnie związek z faktem, że adwokaci Piskorskiego złożyli do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu skargę na polski wymiar sprawiedliwości o czym pisałem na łamach Sputnika już kilka miesięcy temu.

Otóż dzień po majowej rozprawie, na której przedłużono Piskorskiemu areszt, eufemistycznie nazywany „tymczasowym”, ze Strasburga przyszła odpowiedź, że Trybunał przyjął sprawę Piskorskiego do rozpoznania.

To już jest ogromny sukces, ponieważ 95% skarg kierowanych do tego Trybunału, już na etapie zapoznawania się sądu ze sprawą, jest przez ten sąd odrzucana i nie nadaje się im dalszego biegu.

Przyjmując skargę Piskorskiego Trybunał uznał, że skarga ta ma wiarygodne podstawy i warta jest tego, by się nią zająć.

Tym samym na polskich sędziów, prokuratorów i pracowników bezpieki zamieszanych w uwięzienie Mateusza Piskorskiego padł strach, że i oni mogą kiedyś za to zapłacić.

Jeśli Piskorski wygra sprawę w tym Trybunale, a wszystko na to wskazuje, Państwo Polskie będzie zmuszone zadośćuczynić wyrządzone mu krzywdy i wypłacić wysokie odszkodowanie… z kieszeni polskiego podatnika.

Wszyscy będziemy płacić za bezprawie PiS.

Dyspozycyjni prokuratorzy, ubecy z ABW, sędziowie którzy nie byli w stanie zameldować prezesowi wykonania zadania, pożegnają się z awansem, spotka ich może degradacja i oddelegowanie na prowincję, a kiedyś, gdy ta władza już przeminie, miejmy nadzieję także odpowiedzialność karna.

Z Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu nie ma żartów i co ważne, polskie władze nie mają na niego żadnego wpływu.

Nawet Niemcy, gdy do obozów przyjeżdżali przedstawiciele Międzynarodowego Czerwonego Krzyża na inspekcję, robili podobne szopki, dając tego dnia osadzonym czystą bieliznę i dodatkową porcję brukwi na obiad. To i polscy sędziowie mogli poudawać, że wysłuchują Piskorskiego. Co im szkodzi?

Nikt tego nie usłyszy, co powiedział pierwszy więzień polityczny PiS, bo sprawa nadal jest rozpoznawana przy drzwiach zamkniętych, a zasada jawności procesu  nadal go nie dotyczy.

Sędziowie dosyć długo się naradzali, czym zrobili nadzieję oczekującym pod salą przyjaciołom Piskorskiego, by następnie wyrazić „krytyczne poparcie” dla decyzji podjętej przez poprzedni skład orzekający.

W dosyć długim ustnym uzasadnieniu, sąd ten sam sobie zaprzeczał.

Przyznał, że co prawda dopuszczono się mnóstwa zaniedbań i popełniono wiele błędów proceduralnych odmawiając Piskorskiemu udziału w poprzednich rozprawach, nie pozwalając się mu zapoznać i odnieść do stawianych mu zarzutów i uzasadnień prokuratury dla żądania odebrania mu wolności, to jednak go nie uwolnił i orzekł dalszy pobyt w areszcie wydobywczym.

Zapewne w nadziei, że następnym razem, już w sierpniu, gdy znów będzie trzeba areszt przedłużać, coś już z niego prokuratura wydobędzie i sklei z tego jakiś akt oskarżenia? Sąd wie, widział już, że Piskorski to przecież nie cyborg, a każdego człowieka można w końcu złamać.

Mateusz Piskorski

Wszystko to znajdzie się niewątpliwie także w uzasadnieniu pisemnym, o którym ci sędziowie już dobrze wiedzą, że musi być ładnie napisane, bo będzie czytane także przez sędziów w Strasburgu.

Muszą więc robić dobrą minę do złej gry.

Muszą też teraz bardziej uważać i trochę mniej to prawo łamać, bo ktoś już patrzy na ich ręce.

Sąd zrobił pokazówkę, w której uderzył się we własne piersi tak, by w Strasburgu usłyszeli, że może i „trochę” tej niesprawiedliwości Piskorskiego spotkało; może i pozbawiono go paru praw, które mają inni podejrzani i oskarżeni, ale teraz sędziowie już obiecują poprawę, że będą bardziej zwracać uwagę na literę prawa i przy każdym następnym przedłużeniu aresztowania, na rozprawy Piskorskiego będą już zapraszać.

Skrytykowali poprzednie orzeczenia, by następnie… przyznać im rację, przyklepując to co najważniejsze, czyli dalszą izolację. Dlaczego? Bo tak! Bo nadal mogą!

Dla współpracowników i przyjaciół Piskorskiego była to natomiast pierwsza po roku okazja, by go w końcu zobaczyć i choć chwilę z nim porozmawiać.

Na pierwszy rzut oka wychudł, ale na twarzy nie zabrakło mu także uśmiechu zmieszanego z hardym, pełnym odwagi i determinacji wzrokiem kogoś, kto wie z kim i o co walczy.

Stojąc zakuty w kajdanki, w asyście policjantów przed drzwiami sali rozpraw, zwrócił się do swoich przyjaciół, by się nim nie przejmowali. Z nim wszystko w porządku, a najważniejsza jest dla niego „Zmiana”, partia, którą dwa lata temu założył, a której w „demokratycznym państwie prawa” nadal nie można zarejestrować.

Cieszę się, że wy się trzymacie, że trzyma się >>Zmiana<<, bo dzięki temu ja też wierzę, że to wszystko ma sens — powiedział.

Złożył też do kamery krótkie oświadczenie, w którym oskarżył Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego, że działa gorzej niż UB w czasach stalinowskiego terroru, a przestępne działania, które wobec niego podejmuje, wykonuje wprost na zlecenie Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) i amerykańskiej Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA).

Zaznaczył, że posiada na to dowody, które ujawni, gdy tylko będzie miał ku temu możliwość.

Zakończył słowami — Wiedzcie i bądźcie tego pewni, że w Polsce nie ma już polskich służb specjalnych.

Jarosław Augustyniak, polski publicysta, Warszawa

za: https://pl.sputniknews.com/polska/201706095635767-Piskorski-oskarza-ABW-Jaroslaw-Augustyniak-Strasburg/