Zbrojenia zamiast leczenia.

Za: https://odrodzenie.fr/2019/10/05/zbrojenia-zamiast-leczenia/

5 października 2019, Towarzysz Rafał

Służba zdrowia w Polsce znajduje się aktualnie w kryzysie i jest to fakt powszechnie znany. Ośmieszył się więc wicemarszałek sejmu Ryszard Terlecki mówiąc, że nasza służba zdrowia należy do najlepszych w Europie. Być może było to przejęzyczenie, ponieważ według danych należy do jednej z najgorszych.

Problemem jest przede wszystkim niedofinansowanie, mała liczba lekarzy oraz co z tego wynika zamykanie kolejnych oddziałów szpitalnych. Pacjenci odsyłani są z tego powodu do innego szpitala lub po zgłoszeniu się, przewożeni tam karetką pogotowia. Często są to znaczne odległości, a chodzi przecież o ratowanie życia ludzkiego gdzie liczy się każda minuta.

Polski rząd chlubi się tym, że posiada jeden z największych procentowo do PKB udział w wydatkach na zbrojenia. Pochwalił nas przy tym przywódca najbardziej imperialistycznego kraju – USA. Nasz kraj znajduje się w TOP 5 krajów NATO, jeżeli chodzi o finansowanie wojskowości.

Szacunkowe wydatki obronne państw NATO w 2018 r. liczone jako odsetek PKB i porównane z wydatkami z 2014 r.

Jako przykłady takiej inwestycji można wymienić ostatnio plany zakupu myśliwców F-35a, za które zapłacić mamy do 6,5 miliarda dolarów(1). Na dodatek w porównaniu z rokiem 2014 wydatki te ciągle wzrastają, a plany na przyszłość przewidują jeszcze większe wzrosty(2). Do 2026 roku ten wyścig zbrojeń może nas kosztować 165 mld złotych.

Część tych środków mogłaby być przeznaczona na ratowanie naszej służby zdrowia. Zostaną jednak przekazane nie polskim szpitalom, ale zachodnim militarystom, bo to z tych krajów pochodzą megakorporacje handlujące bronią po całym świecie. W przypadku wydatków przeznaczanych na służbę zdrowia w stosunku do PKB jesteśmy poniżej średniej unijnej, w wydatkach na zbrojenia się przodujemy. Rząd zresztą podsyca ciągle militarystyczną propagandę, młodzi ludzie z zadowoleniem ubierają się w odzież tzw. „patriotyczną” nawiązującą do terrorystów wyklętych czy sukcesów polskiego oręża.

Są momenty historii które należy odpowiednio uczcić, jednak należy pamiętać o tragedii wojny. Tutaj natomiast mamy do czynienia z kultem walki zbrojnej, zagrzewania do walki. Jednak czy byłoby to dobrze widziane przez NATO aby w Polsce istniały nastroje antywojenne? Kto wtedy chętnie szedłby bez zastanowienia się na kolejną operację „pokojową”?

Każdy Polak powinien się więc głęboko zastanowić, czy ważniejsze dla niego są wydatki zbrojne i klepanie po plecach przez zachodnich imperialistów, czy dbanie o swoje i innych życie. Bo dziś umiera się na polskim SOR albo czekając lata w kolejce do specjalisty, oraz zbroi się by posłać kolejnych by umierali na wojnie za nie nasze interesy.

(1) https://www.defence24.pl/polska-a-belgia-czyli-ile-beda-kosztowac-f-35-analiza

(2) https://www.rp.pl/Przemysl-Obronny/190229308-Harpia–supermysliwiec-na-czele-listy-wojskowych-zakupow.html+&cd=4&hl=pl&ct=clnk&gl=pl

 

„Balcerowicz, ty złodzieju!”

© AFP 2019 / Stringer

Jarosław Augustyniak

„Balcerowicz, ty złodzieju” to hasło, które od początku wprowadzania w życie planu Balcerowicza w latach 90. towarzyszyło każdemu strajkowi, manifestacji czy akcji protestacyjnej w Polsce.

Po trzydziestu latach, jakie minęły od wyborów z 1989 roku, które zapoczątkowały upadek realnego socjalizmu w Polsce, warto się przyjrzeć temu, co tak naprawdę zaważyło o dalszych losach naszego kraju i ma swoje konsekwencje po dziś dzień. Tym, co zmieniło całkowicie nasz kraj, nie były same wybory, do których żadna siła polityczna nie szła przecież z hasłem powrotu kapitalizmu, biedy i bezrobocia, ale tzw. „plan Balcerowicza”.

Tak naprawdę to plan Jeffreya Sachsa i D. Liptona, doradców Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego. Balcerowicz był raczej tylko jego wykonawcą pod dyktando MFW i Banku Światowego. Mowa o jego „terapii szokowej” dla Polski, podczas której pacjent, czyli polska gospodarka i społeczeństwo, mało co nie zmarł. Terapii, nad którą w rzekomo już w demokratycznym kraju nie odbyła się żadna dyskusja i została zastosowana w skrajnie niedemokratyczny sposób, bez pytania obywateli o zdanie.

Balcerowicz ciągle powraca do polskiej polityki w taki czy inny sposób. Ostatnimi laty występuje jako komentator i krytyk kolejnych rządów, którym zarzuca w ich działaniach oczywiście za mało liberalizacji i prywatyzacji. Jego poglądy na gospodarkę zatrzymały się w końcu lat 80. Gdy w coraz większej ilości miejsc na świecie krytykuje się i odrzuca neoliberalizm, on zdaje się w tych poglądach jeszcze bardziej utwierdzony.

Kilka dni temu w ramach obchodów trzydziestolecia „odzyskania wolności” na łamach Wyborczej odbyła się rozmowa między Leszkiem Balcerowiczem i Lechem Wałęsą. U obu panów nadal po tylu latach brak jakiejkolwiek refleksji i wątpliwości na temat tego, co zrobili, gdy mieli wpływ na nasze i naszego kraju życie.

O ile Wałęsa, który najczęściej nie ma pojęcia, o czym mówi, wtrącił coś o wysokich kosztach społecznych tych tzw. reform, to Balcerowicz, jak przystało na neoliberalnego zabetonowanego dogmatyka, nadal jest dumny ze swoich „dokonań”.

Przez jego plan Polska straciła ogromną szansę na stworzenie systemu społecznie sprawiedliwego, jaki dawał ówczesny stan własności, w której dominowała własność państwowa i spółdzielcza, a dziś jest krajem największych nierówności społecznych w Unii Europejskiej.

Grzegorz Kołodko, antagonista i krytyk Balcerowicza, powiedział kiedyś, że to nie była „terapia szokowa”, ale szok bez żadnej terapii. Z przerażeniem czyta się dziś wspomnienia Balcerowicza, jak ten plan, oparty od początku o błędne wskaźniki, wprowadzał.

Balcerowicz przeprowadzał operację bez żadnego znieczulenia. Otworzył skalpelem ciało pacjenta i nie bardzo wiedząc, co robi, wycinał poszczególne organy, a potem sprawdzał, czy pacjent jeszcze żyje. Postępował dokładnie tak samo jak ci lekarze ze starego dowcipu, którzy sprawdzali, jak na zdolnościach motorycznych odbije się amputacja poszczególnych kończyn muchy.

Po amputacji pierwszej nogi lekarze mówią do muchy: „Mucho, chodź!”. No i mucha ruszyła. Zapisali w zeszycie, że mucha całkiem nieźle sobie radzi z utratą jednej nogi. Tak też postępowali z kolejnymi kończynami. Gdy została jej już tylko jedna, to nadal jeszcze, choć z trudem, mucha po komendzie: „Chodź!” – dalej się przemieszczała.

Dopiero, gdy muchę pozbawiono ostatniej nogi, ta po usłyszeniu komendy: „Mucho, chodź!” – nie ruszyła się z miejsca. Komendę bez skutku powtórzono kilkukrotnie, a następnie w zeszycie zapisano: mucha po utracie ostatniej kończyny, straciła… słuch.

Balcerowicz, by sprawdzić działanie swego planu, na miejski targ wysyłał swoją współpracownice, by kupiła tam mendel jajek.

„Jaja staniały! Pamiętam ten moment, gdy o 8 rano pod koniec stycznia pani Teresa Hildebrandt, która obserwowała targowiska w Polsce, wpadła do mojego gabinetu rozpromieniona. W Lublinie na targu jaja staniały! Na ten komunikat czekałem z napięciem, bo dopiero wtedy mogłem odetchnąć z ulgą – inflacja się cofa, ceny zaczynają spadać dość wyraźnie, a to oznaczało, że plan zaczyna działać” – powiedział w rozmowie z Wyborczą.

„Z Jurkiem Koźmińskim wychodziliśmy z ministerstwa i odwiedzaliśmy okoliczne sklepy, żeby się przekonać, co się dzieje” – kontynuował Balcerowicz.

Plan Balcerowicza w krótkim czasie okazał się katastrofą dla gospodarki i społeczeństwa. Wiele osób, utytułowanych ekonomistów, takich jak Grzegorz Kołodko czy Tadeusz Kowalik, ostrzegało władze o konsekwencjach zbyt szybkich i radykalnych zmian. Inflacja była wysoka, ale w trzech ostatnich miesiącach 1989 roku znacznie się obniżała. O ile jeszcze w październiku było to ponad 50%, to w listopadzie spadła do 23%, a w grudniu do 18%.

Znikała już nadwyżka tzw. pieniądza „bez pokrycia”. Balcerowicz pozostawał na to ślepy i popełniał kolejne błędy w odczytywaniu i rozumieniu bardzo szybko zmieniającej się na lepsze sytuacji gospodarczej i nieumiejętnie przewidywał rozwój wypadków.

Profesor Tadeusz Kowalik nawet osobiście dostarczył do biur Mazowieckiego, Geremka i Balcerowicza, dokument przygotowany przed dwóch znanych ekonomistów, W. Herera oraz W. Sadowskiego pt. „Uwagi do programu dostosowawczego”. Twórcy dokumentu podkreślali m.in. bezzasadność proponowanych w programie środków drenażowych. Ostrzegali, że jednoczesne zastosowanie wszystkich środków spowoduje ogromny wzrost cen. Postulowali, by prognoza inflacji na styczeń 1990 roku była bardziej realistyczna, czyli wyższa. Ostro krytykowali rozmiar ograniczenia wydatków budżetowych i apelowali o zaniechanie pochopnych decyzji likwidacyjnych, które stworzą niepotrzebne i sztuczne bezrobocie.

Wszystko to od Balcerowicza odbijało się jak od ściany. Nie mogło to do niego trafić, bo Balcerowicz był i jest dogmatykiem cechującym się religijną niemal wiarą w ślepe siły tzw. niewidzialnej ręki wolnego rynku. Nie obchodziły go koszty jego terapii, a jedynie to, by zniszczyć to, co było wspólne i jak najszybciej wszystko prywatyzować na co naciskały też różne instytucje światowego kapitalizmu. Tak poważne zmiany planowano w ekspresowym tempie, bez żadnej dyskusji, bez żadnych wątpliwości, by społeczeństwo jak najpóźniej się zorientowało, co mu nowa „demokratyczna” władza zafundowała.

Ale Balcerowicz, niczym mały chłopczyk, który zbudował swój pierwszy latawiec, dobrze się bawił. W rozmowie z Wyborczą z nostalgią wspomina:

Powiem Panu, że ten pierwszy okres reform wspominam z dużą nostalgią. Byliśmy pionierami i w napięciu śledziliśmy, jakich kształtów nabiera gospodarka. To musiały być ciekawe i ekscytujące doświadczenia. Otworzyć pacjentowi klatkę piersiową i patrzeć jak serce mu bije.

Pełne otwarcie polskiej gospodarki na świat poprzez radykalne zmniejszenie barier celnych, masowy import tanich towarów, wwożonych praktycznie bez żadnych celnych i podatkowych ograniczeń skutkował drastycznym wzrostem stopy bezrobocia. Pod tym względem Polska była postrzegana jako drugie, zaraz po Hongkongu najbardziej leseferystyczne państwo świata. Pozbawiona ochrony państwa rodzima produkcja, nie była w stanie oprzeć się konkurencji z Zachodu.

Balcerowicz to dobrze wiedział i liczył zapewne na to, że państwowe zakłady przemysłowe zaczną upadać. Gdy to się nie działo, robił co mógł, by je dobić. Mimo formalnej równoprawności różnych form własności sektor państwowy często był przedmiotem celowych ataków, m.in. w postaci twardej polityki podatkowej („popiwek”). Firmy państwowe były w tym względzie dyskryminowane w porównaniu z przedsiębiorstwami prywatnymi. Jednostkom państwowym odmawiano także kredytów inwestycyjnych, niezależnie od ich kondycji finansowej.

Balcerowicz dobrze wiedział, że jego wymarzona i jedynie słuszna gospodarka prywatna nie powstanie z niczego. Dobrze wiedział, że „pierwszy milion trzeba ukraść”, doprowadzając przedsiębiorstwa państwowe do upadku, by przejmować je za bezcen, czy też wprost przez uwłaszczenie się na tym co nasze, polskie, przez nową i starą nomenklaturę, która się dogadała.

Skutkiem planu Balcerowicza był dramatyczny spadek produkcji, spadek realnych płac i idąca za tym pauperyzacja większości społeczeństwa, oraz ogromny wzrost cen.

Plan Balcerowicza nie miał nic wspólnego z ustaleniami przy „okrągłym stole”. Porozumienia okrągłego stołu zawierały wiele ustaleń, które w ramach innej koncepcji transformacji byłyby istotne dla okresu przejściowego. Np. te dotyczące m.in. warunków życia obywateli, inflacji i dochodzenia do równowagi w gospodarce; ochrony pracy (polityki pełnego zatrudnienia), a także kwestii zadłużenia zagranicznego Polski. Z żadnego dokumentu, jaki powstał przy „okrągłym stole” nie wynikał zamiar przeprowadzenia w Polsce terapii wstrząsowej. Mowa była w nich o ewolucyjnych przemianach, wprowadzanych z troską o społeczeństwo.

Miała występować konstytucyjna zasada wielości równoprawnych form własności, uwolnienie większości cen, udział pracowników w zarządzaniu przedsiębiorstwem, a także rozwój spółdzielczości.

Nasi sąsiedzi, Czesi i Słowacy, nie poszli taką sama drogą wolnorynkowej religii i zmian kosztem zmarnowanego życia całego pokolenia. U siebie przeprowadzali zmiany ewolucyjnie. Ich społeczeństwa nie musiały zapłacić tak wysokich kosztów.

Do dziś w Czechach działają i dobrze prosperują choćby spółdzielnie rolnicze, które powstały na bazie tamtejszych PGR-ów. A trzeba przypomnieć, że rolnictwo indywidualne, odwrotnie niż w Polsce, tam nie było normą. U nas Balcerowicz z dnia na dzień zniszczył PGR-y nie dając ludziom nic w zamian. Do dziś na ich terenach mieszka najwięcej społecznie wykluczonych ludzi.

Rząd Mazowieckiego, który realizował plan Balcerowicza, prowadzonej przez siebie drastycznej polityki nie zamierzał też niczym znieczulać i nie proponował praktycznie żadnej polityki społecznej, która te drakońskie zmiany mogłaby jakoś równoważyć. Chyba, że za taką politykę uznać darmową zupę, którą bezrobotnym, bezdomnym i po prostu głodnym rozdawał ówczesny Minister Pracy, Jacek Kuroń?

Andrzej Lepper do śmierci niemal powtarzał – „Balcerowicz musi odejść”. Niestety on, niczym żywy trup, ciągle powraca.

za: https://pl.sputniknews.com/opinie/2019062010590199-leszek-balcerowicz-plan-ty-zlodzieju-strajk-polska-sputnik/

SENSACJA: Mateusz Piskorski chińskim szpiegiem

Jarosław Augustyniak

Prokuratura, po ponad roku od czasu uwiezienia Mateusza Piskorskiego, doszła do wniosku, że Piskorski jest nie tylko rosyjskim szpiegiem ale również chińskim. W piątek został doprowadzony do prokuratury i w obecności adwokatów, już oficjalnie, postawiono mu nowe zarzuty.

Rok temu, gdy Mateusza Piskorskiego zatrzymano, pisowska prokuratura podała prasie informację, że jest on podejrzewany o szpiegostwo na rzecz Rosji, Chin i Iraku.

Później Chiny i Irak już się w doniesieniach prasowych nie pojawiały. Jednak po roku, bezskutecznych prób fabrykowania dowodów i oskarżeń o szpiegostwo na rzecz Rosji, prokuratura postanowiła do tego wrócić.

Za miesiąc kolejna rozprawa o przedłużenie jego aresztowania. Aktu oskarżenia nie udało się nadal poszyć z tego co przesłała ABW i Ukraińska Służba Bezpieczeństwa. Strategia — zamknąć człowieka a potem coś się na niego znajdzie — nie wypaliła.

Ponieważ swego przeciwnika, partia PiS nie zamierza wypuścić na wolność, a i być może w jeszcze przez te partię nie przejętych do końca sądach, dotychczasowa argumentacja może nie wystarczyć, trzeba było wymyślić coś nowego co to aresztowanie będzie przynajmniej udawało, że uzasadnia.

Na ostatniej rozprawie, pisowska prokurator Anna Karlińska argumentowała jeszcze, że Mateusz Piskorski musi pozostać w odosobnieniu, ponieważ, jak to ujęła — „…niech sąd spojrzy jakie on ma poglądy!”.

Jakby tego było mało, dodała kolejny ARGUMENT OSTATECZNY: „przecież broni go na swojej stronie rosyjski portal Sputnik!”.

Jaki to miało wpływ na decyzje sądu? Trudno powiedzieć, ale każdy nie tylko normalny sędzia ale i zwykły człowiek powiedziałby, że to jakiś absurd i kompletna kompromitacja prokuratury. Trzeba się więc zabezpieczyć, bo wkurzone na PiS środowisko sędziowskie, zmianami, które władza mu szykuje, może się jej w końcu przeciwstawić. Z braku powodów do dalszego uwięzienia, sędzia postanowi tak jak powinien postanowić już na pierwszej rozprawie, wypuszczając Piskorskiego na wolność. Ten będzie wtedy mógł znów wyrażać publicznie swe poglądy, których ta władza się tak boi.

Nie rezygnując więc z „wątku rosyjskiego”, co do którego adwokaci zgodnie twierdzą, że kontynuowany już raczej nie będzie, ale i przyznać się do błędu, a tak naprawdę celowego przestępczego represyjnego działania, nie można, prokuratura zaczęła oficjalnie w miniony piątek, wątek chiński.

Mógłbyś drogi czytelniku pomyśleć, że może tym razem pisowska prokuratura ma jakieś mocniejsze dowody na jego szpiegowską działalność? A raczej — ma dla odmiany jakiekolwiek dowody!?

Otóż podstawą podejrzeń o chińską agenturalność Mateusza Piskorskiego jest jego poparcie jakie wyraził w jednym ze swoich publicystycznych tekstów dla idei powstania chińskiego „Nowego Jedwabnego Szlaku”.

Idea chińska, co oczywiste, wspiera chińskie interesy. Ale „Nowy Jedwabny Szlak”, który na wszelkie sposoby stara się storpedować PiS, z nami, czy bez nas, ale wtedy ze szkodą dla polskich interesów, gdy znajdziemy się na jego peryferiach, i tak powstanie.

My zostaniemy z ręka w nocniku w sojuszu z amerykańskim Imperium, zakupionym od niego za miliardy przestarzałym złomem i dwa razy droższym amerykańskim gazem transportowanym stateczkami z Ameryki. W naszym polskim interesie jest więc to, by nasz kraj stał się elementem tego Szlaku.

Niestety, nie jest to zgodne z interesem USA, które po realizacji tego projektu zostaną zwyczajnie gospodarczo wypchnięte z euroazjatyckiego kontynentu, bo jakby ten szlak nie poprowadzić to przez terytorium amerykańskie się nie da.

Powiedzą Państwo, że to trochę mało, by zarzucać komuś szpiegostwo? Też tak myślę. Może więc Piskorski został zwerbowany w Polsce przez chińskie służby i skłoniony do napisania tego tekstu? Tego w zarzutach nie było.

Zamiast tego, prokuratura zarzuciła mu, że… pojechał do Chin. Co oczywiście oznaczać musi, że tam został zwerbowany i niczego już udowadniać nie trzeba. Odradzam więc wycieczki do Chin, bo po powrocie można trafić do polskiego więzienia.

Co ciekawe, to właśnie w piątek w Warszawie gościliśmy delegację chińskich parlamentarzystów, a rozmowy dotyczyły pogłębienia współpracy handlowej i transportowej. A jak transportowej, to o czym rozmawiano jak nie o „Nowym Jedwabnym Szlaku”? Przedstawiając Piskorskiemu zarzuty szpiegostwa na rzecz Chin, właśnie w tym dniu, rząd chciał dać chyba sygnał Chinom, że rozmawiać może, ale współpracy żadnej nie oferuje krajowi, który ma u nas swoich agentów.

Czy to zapewni PiS-owi wystarczające argumenty na to, by niejako od nowa, bo nowe zarzuty, liczyć jego tymczasowe aresztowanie? By następnie już za rok, gdy nagle ABW i prokuratura, przypomną sobie, że rok temu zarzucały mu przecież służbę w interesach Iraku i zacząć wszystko od nowa?

Lada dzień pisowski prezydent podpisze uchwalona głosami posłów PiS ustawę o ustroju sądów powszechnych, która w pełni podporządkuje sądy partii rządzącej. To minister Ziobro po nowelizacji będzie mianował i odwoływał prezesów sądów. Odwołany prezes będzie się wprawdzie mógł odwołać do Krajowej Rady Sądownictwa, ale ustawę o niej PiS też zmienił. Zasiadać w niej będą teraz sami ludzie PiS. Czterech wybranych przez Sejm posłów PiS i dwóch senatorów PiS (bo przecież innych Sejm i Senat nie wybiorą), 15 sędziów wybranych przez posłów PiS spośród starannie przez PiS wyselekcjonowanych, minister Ziobro we własnej osobie, pisowski prezydent w osobie swego przedstawiciela, Prezes Sądu Najwyższego wybrany przez PiS, Prezes Naczelnego Sądu Administracyjnego wybrany dla odmiany przez… PiS. Będą niezależni?

Skończy się więc udręka pani prokurator Karlińskiej, która by wykonać polityczne zamówienia PiS musi wymyślać przed sądem coraz większe, coraz bardziej obrażające inteligencję przeciętnego człowieka bzdury, by to zamówienie zrealizować.

Sędzia mający rozpatrywać kolejne jej żądania przedłużenia aresztu, dostanie teraz instrukcje od prezesa sądu (przypominam — mianowanego przez PiS). Na sali sądowej tylko mrugną do siebie z Karlińską okiem, bo grają przecież w jednej drużynie.

Dlatego jeśli za rok pojawi się choćby zarzut szpiegostwa na rzecz Krainy Muminków, sędzia klepnie aresztowanie, albo pożegna się z karierą, awansem i będzie musiał się zgodzić na przeniesienie na prowincję.

Ustawa wprowadza co prawda losowanie sędziów do konkretnych spraw, ale nie kto inny jak Ziobro (minister PiS), może ustalić kategorię spraw, w których losowania nie będzie, a do sprawy sędziego przydzieli posłuszny mu, bo mianowany przez niego prezes. Bądźmy pewni, że sprawy przeciwników politycznych proamerykańskiej partii PiS na pewno znajdą się w takiej kategorii.

Jak źle działają polskie sądy, wszyscy dobrze wiemy. Pod pozorem ich usprawnienia, które trafia w społeczne oczekiwania, PiS dokonuje zamachu na niezależność trzeciej władzy. Zapewne, przynajmniej na początku, Ziobro zwolni kilku prezesów spośród tych opieszałych, czy tych biorących za duże łapówki, a prywatne sprawy zwykłych ludzi ruszą z miejsca. Gawiedź będzie bić brawo i prosić o więcej. Jednak w tym samym czasie wiezienia zaczną się zapełniać opozycjonistami. Może nie więzienia, bo w więzieniach odbywa się wyroki po sądowych procesach, a tu chodzi o odosobnienie politycznych przeciwników.

Być może powstanie nowa Bereza Kartuska, która przed wojną była takim polskim obozem koncentracyjnym, w którym sanacja izolowała swych przeciwników? 

Piskorski jako balon próbny mający dać odpowiedź władzy jak na represje polityczne zareaguje społeczeństwo, sprawdził się.

Społeczeństwo milczy.

Milczały też prawie cały czas media. Nie tylko te reżimowe, ale i te tzw. niezależne.

Teraz Ziobro społeczeństwu rzuci na pozarcie kilku skompromitowanych prezesów, a o takich w Polsce nietrudno, nagłośnią to w reżimowych mediach i zyskają poklask. Bo robią porządek! Bo wprowadzają prawo i sprawiedliwość dla zwykłych ludzi!

Tak, na spokojnie, bez większych sprzeciwów rodzi się dyktatura.

Dyktatura sanacji czy dyktatura Hitlera nie powstawały pod lufami karabinów, nawet jeśli ta pierwsza powstała na skutek zamachu stanu. Obie miały społeczne poparcie i przyzwolenie. Jakoś je tworzono.

Po objęciu rządów w Niemczech przez NSDAP, zwykli ludzie w umęczonych Wielkim Kryzysem Niemczech szybko odczuli poprawę swej sytuacji życiowej. Hitler to nie tylko zbrodniarz jakiego znamy z historii. Hitler to na początku był całkiem dobry organizator życia gospodarczego. Podziwiany przez cały świat a następnie kopiowany w rozwiązaniach gospodarczych typu „New Deal” i natchnienie keynesowskiej ekonomii, szybko wyprowadził Niemcy na prostą. „Hitler dał im pracę i „pomoc zimową”.

Każda niemiecka rodzina żyjąca w niedostatku mogła liczyć na pomoc państwa w postaci regularnie dostarczanego do jej domu worka ziemniaków. PiS dał biednym 500 złotych. Może nie miał ziemniaków?

Niemcy kochali za to Hitlera, a polskie rodziny chwalą rząd Beaty Szydło. PiS doskonale te nastroje wyczuwa i potrafi cynicznie wykorzystać, by zrealizować swe hasło — cała władza w ręce PiS! Właśnie rzecz w tym, że w cieniu tych dobrych dla ludzi rzeczy, dzieją się inne, coraz bardziej mroczne, a historia tworzenia dyktatur ciągle się powtarza.

I choć opozycja milczy nadal w sprawie aresztowanego na podstawie zwykłych insynuacji Piskorskiego, to po aresztowaniach członków „Zmiany” do których już nawołuje publicznie np. Stanisław Janecki, były redaktor naczelny tygodnika „Wprost”, a dziś współpracownik pisowskich mediów „wSieci” i „wPolityce”, akolita partii rządzącej i rzecznik interesów amerykańskiego Imperium, dla niej też się w Berezie miejsce znajdzie.

To tylko kwestia czasu. Czasu, który swoją bezczynnością pozwolimy tej dyktaturze okrzepnąć.

P.S. Skarga Piskorskiego do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu przyjęta już 2 miesiące temu do rozpatrzenia, została odrzucona bez rozpoznania.

Nigdy wcześniej w swojej historii, przyjętej już skargi, Trybunał nie odrzucał bez merytorycznego rozpatrzenia. Nie wiadomo nadal na jakiej podstawie podjął taką decyzję i wycofał się z wcześniejszej. Czy interweniował rząd Szydło? Piskorski czeka na pisemne uzasadnienie tej decyzji.

Jarosław Augustyniak, polski publicysta, Warszawa

za: https://pl.sputniknews.com/polska/201707175895579-SENSACJA-Mateusz-Piskorski-chinskim-szpiegiem-Jaroslaw-Augustyniak/

“Gra o Tron” nad Wisłą – Jezus oficjalnie królem Polski.

 

 

za: https://pl.sputniknews.com/opinie/201611194261837-Polska-prezydent/

W sanktuarium w Łagiewnikach dokona się dziś widowisko polityczno-religijne, będące kuriozum na skalę światową. Odczytany zostanie Jubileuszowy Akt Przyjęcia Chrystusa za Króla i Pana. W obecności Prezydenta RP.

Wydawałoby się, że Polska nie jest państwem wyznaniowym. W Konstytucji RP znajduje się nawet zapis o rozdziale kościoła od państwa. Na pewno jednak obecna władza nie zamierza tracić czasu na wgłębianie się w Ustawę Zasadniczą. Postanowiła więc pomieszać porządek religijny ze świeckim i zdecydowała się na intronizację Jezusa Chrystusa na Króla Polski. To miło ze strony prezydenta Dudy, że zechciał podzielić się władzą. W internecie już roi się od żartów i pytań o nowy ustrój — czy Polska stanie się monarchią konstytucyjną? Czy władza będzie dziedziczna? Czy zapanuje feudalizm? Czy można już definitywnie rozwiązać Trybunał Konstytucyjny? Niestety, ani rząd ani prezydent nie kwapi się odpowiadać na te pytania. Kancelaria Prezydenta milczy na temat tego, jaka będzie rzeczywista rola Andrzeja Dudy w dzisiejszych kuriozalnych wydarzeniach.  Intronizacja to pomysł bazujący na kulcie błogosławionej Rozalii Celakówny, która na początku XX wieku miała doznawać wizji, w których Jezus Chrystus domagał się od polskich władz, aby uznały go za jedynego władcę. Kult odrodził się po II wojnie światowej i jest przez polski kościół pielęgnowany, ponieważ stanowi rzadki przykład sytuacji, gdy władza kościelna może zamanifestować swój wielki wpływ na życie polityczne i swoją nad nim wyższość. Z tych okazji chętnie korzystano — choć na mniejszą skalę. Pomniejsze intronizacje miały już miejsce m.in. na Jasnej Górze w 1997 roku i w Świebodzinie w 2000. Teraz jednak wydarzenia z Łagiewnik przebiją dotychczasowe intronizacje skalą, w dodatku świetności doda im obecność prezydenta. Polska kibicka w Marsylii na meczu pomiędzy reprezentacjami Polski i Szwajcarii podczas Mistrzostw Europy w piłce nożnej.  Stosunki Kijów-Warszawa w rzeczywistości są sztucznie narzucane W 2006 roku, za pierwszych rządów PiS, w Sejmie rywalizowały ze sobą dwa stronnictwa posłów zaangażowanych religijnie. Jedni domagali się koronowania Chrystusa na Króla Polski, drudzy — intronizowania samego Serca Jezusowego, które też jest przedmiotem kultu. Kilka razy Episkopat sam panował wyznaniowe zapędy rządzących — w 2008 i 2012 roku wydawał opinię, jakoby „ogłaszanie Jezusa Chrystusa Królem Polski było niewłaściwe i niepotrzebne”. Najwyraźniej jednak zmienił zdanie pod wpływem Dobrej Zmiany. Od dawna przywrócenie monarchii w Polsce postuluje polityk skrajnej prawicy Janusz Korwin-Mikke. Wygląda na to, że poczyniony został pierwszy krok w tym kierunku. Julia Baranowska, polska publicystka, Warszawa

I dopięli swego, żyd „królem Polski”, widać królowanie żydówki to za mało. Do osiągnięcia pełnego sukcesu o który zabiegali od tylu wieków i reanimacji monarchii potrzebowali pary królewskiej, ciekaw jestem tylko kiedy ożenek? A władza jak będzie przekazywana, bo chyba nie dziedzicznie? Biorąc pod uwagę fakt że to matka z synem czyli jest w tym element kazirodztwa ale kto by tam szukał logiki i konsekwencji a już tym bardziej moralności w religii. Zresztą panuje obecnie ideologia gender więc i jej zwolennicy będą mieli coś dla siebie. Żydzi i katolicy zapewne w amoku. Ciekaw jestem kiedy reanimują nieboszczkę inkwizycję, rozpoczną się tortury a niebo rozświetlą łuny płonących stosów, będzie można zaoszczędzić nieco na oświetleniu ulic na wsiach i miastach. Bo więzienia za niedługo zaczną się zapełniać nieprawomyślnymi.  😉
przemex

Przekleństwo wyklętych.

Polska

Mateusz Piskorski

Kult tzw. żołnierzy wyklętych przestaje już być kwestią politycznych debat i dyskusji, a staje się częścią oficjalnej ideologii państwowej współczesnej Polski.

 Trudne historyczne wybory i — delikatnie mówiąc — kontrowersyjne działania leśnych ludzi po II wojnie światowej strzelających do swoich rodaków nie są też problemem dociekań badaczy — historyków i politologów.

Wszelka dyskusja kończy się tam, gdzie zaczyna się dogmat, a w tym przypadku to dogmat stanowiący wyróżnik oficjalnej ideologii Warszawy. Jakie są konsekwencje polityki historycznej opartej na apoteozie działań zbrojnych przeciwko Polsce Ludowej? Różnorodne i przejawiają się one w bardzo różnych sferach życia publicznego.

Czasem trudno zrozumieć, jak w stosunkowo krótkim okresie czasu doszło do przekształcenia się podziemnej i antysystemowej narracji historycznej w ideologię mainstreamu. Winę za to w największym stopniu ponosi emanacja opcji lewicowej i postkomunistycznej na polskiej scenie politycznej — dogorywający dziś poza parlamentem Sojusz Lewicy Demokratycznej. Zakompleksiona i pełna przekonania o własnej niższości socjaldemokracja zaraz po pierwszych sukcesach wyborczych (wybory parlamentarne w 1993 i 2001 roku, wybory prezydenckie w 1995 i 2000 roku) uznała, że musi się stosować do żądania publicystki „Gazety Wyborczej” Ewy Milewicz, która zwracała się wprost do jej działaczy z legendarnym hasłem „wam mniej wolno„.

Podkuliwszy pod siebie ogon, tzw. lewica ustąpiła całkowicie pola w sferze polityki historycznej (nawiasem mówiąc, nie tylko) niszowej antykomunistycznej prawicy, która ochoczo wzięła się za pisanie najnowszej historii Polski na nowo. Nie chodziło przy tym o to, że nikt im tego nie zabraniał (a jakże, wolność słowa), lecz bardziej o to, iż lewica, mając wszystkie dostępne w Polsce instrumenty medialne, polityczne i oświatowe nie podjęła najmizerniejszej nawet próby pokazania polskiej historii najnowszej w zdecydowanie innym świetle.

Zamiast to uczynić, poddała się całkowicie narracji skrajnej antykomunistycznej prawicy, a nawet w pewnych punktach zaczęła tą obcą sobie narrację powielać (vide Leszek Miller zabiegający skutecznie o rehabilitację Ryszarda Kuklińskiego). Kult tzw. żołnierzy wyklętych, łącznie ze zgodą na nadanie członkom formacji zbrojnych po II wojnie światowej takiej właśnie nazwy, rozpostarł się zatem błyskawicznie od wyrażającej milczącą zgodę nań lewicy, przez centroprawicę (politycy Platformy Obywatelskiej propagowali go z równym zapałem, jak dziś czyni to Prawo i Sprawiedliwość), aż po skrajną prawicę. Przeszedł błyskawiczną drogę rozwoju od rewizjonistycznej bibuły do poziomu kultury masowej, w której uosobienie wulgarnego kiczu w popkulturze niejaka Doda pieje peany na cześć „antykomunistów” ramię w ramię z prezydentem Dudą. Interpretacja historii a la Duda & Doda, jak nietrudno się domyśleć, nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek refleksją i minimalną choćby próbą pochylenia się nad skomplikowanymi momentami najnowszej historii Polski.

Kuriozalność całej tej sytuacji pogłębia fakt, iż chwałę „wyklętych” głoszą oni bezapelacyjnie i do końca. Nie ma zatem znaczenia, czym dany „wyklęty” się wsławił; może być nawet mordercą kobiet i dzieci, jak  uczczony ostatnio marszem w Hajnówce Romuald Rajs ps. „Bury”. Prezydent Andrzej Duda wycofał swój patronat nad sabatem poświęconym tej ponurej postaci wyłącznie z uwagi na skrajnie nacjonalistyczne środowiska, które stały za jego organizacją. Czcicielom „wyklętych” nie przeszkadzają historyczne fakty i wiedza o dokonanych przez wielu z nich mrożących krew w żyłach zbrodniach. Tym gorzej dla faktów — zdają się mówić. „Wyklętym” ma być każdy, kto strzelał do powojennej ludowej władzy, niezależnie od tego, czy przy okazji nie mordował, gwałcił i torturował, przede wszystkim swoich własnych rodaków.

Zadziwia też ewidentna sprzeczność politycznych tradycji, na które powołują się wyznawcy kultu „wyklętych”, z ich obecną narracją historyczną. Narodowcy z jednej strony nieustannie nawiązują do myśli i dorobku twórcy narodowej demokracji Romana Dmowskiego, by z drugiej wychwalać oderwane od prezentowanego przezeń realizmu politycznego marzenia o III wojnie światowej, która miała rzekomo wybuchnąć zaraz po II i stanowić uzasadnienie kontynuowania działań zbrojnych na wyzwolonych spod okupacji III Rzeszy terenach Rzeczypospolitej. Jarosław Kaczyński powtarza, jak istotne jest silne i sprawne państwo, a z drugiej jego partia, ministrowie i prezydent apoteozują działania terrorystyczne prowadzone przez anarchiczne, często bandyckie podziemie. Centryści z PO mówią o rozwiązywaniu sporów drogą ewolucyjną, a wychwalają pod niebiosa oddziały rozstrzeliwujące rzeczywistych i wyimaginowanych komunistów — „wrogów narodu”. W oparach standardów nowej polityki historycznej znalazła się nawet rzekomo twarda opozycja pod patronatem „Gazety Wyborczej” — partia Razem odmawia uczczenia pamięci polskich uczestników hiszpańskiej wojny domowej, do którego doszło mimo to w Warszawie w dniu święta „wyklętych”.

Trudno dziś powiedzieć, na ile zmasowana kampania fałszowania powojennych lat historii Polski, przyniesie długotrwałe efekty. Wygląda na to, że większość społeczeństwa nowy mit odrzuci, lub będzie wobec niego obojętna. Słowa i okolicznościowe deklaracje Dody, Dudy i pomniejszych wyznawców mitu „wyklętych” będą miały wszakże bieżące konsekwencje. Pierwszą z nich może stać się mentalne opuszczenie przez Polskę obozu zwycięzców II wojny światowej i zestawienie jej z państwami gloryfikującymi działalność kolaborancką. Dobrym tego przykładem w kulturze masowej jest przekaz popularnych powieści kryminalnych Marka Krajewskiego. Bohater jego książek, przedwojenny policjant ze Lwowa, po wojnie strzela do polskich i radzieckich żołnierzy wespół z oddziałami zbrodniczej UPA. Ukraińscy nacjonaliści stają się zatem w tej interpretacji sojusznikami szlachetnych „wyklętych”, a banderowskie zbrodnie idą w niepamięć w obliczu wspólnego wroga. Międzynarodowe następstwa takiego akcentowania tragicznych elementów powojennych polskich dziejów są oczywiste: dalsze pogorszenie relacji z Rosją, której tożsamość oparta jest na heroicznej walce z hitlerowskimi Niemcami, czy Białorusią, której obywatele już dziś nie kryją niesmaku wobec faktu uczczenia w Hajnówce autora czystek etnicznych na Podlasiu, wspomnianego „Burego”.

Skutkiem wewnętrznym, o ile Polacy rzeczywiście emocjonalnie zaangażują się pod wpływem propagandy w kult „wyklętych”, będzie natomiast przekonanie o tym, że bunt przeciwko władzy państwowej może przybierać radykalne i agresywne formy. W przypadku pogorszenia się sytuacji społeczno-gospodarczej radykałowie stwierdzić mogą przecież, iż czasy wymagają, by do przedstawicieli władz strzelać, jak robili to ich „wyklęci” idole. Mit żołnierzy wyklętych jest zatem przekleństwem polskiej polityki. Stanowi gloryfikowanie działań co najmniej nieprzemyślanych, a czasem wręcz terrorystycznych. Czas pokaże, czy kiedyś pojawi się szansa na rzetelną, naukową, historyczną analizę wszystkich zjawisk pierwszych lat powojennej Polski.

Uzupełnienie: