Zaproszenie.

Jesteście zaproszeni.

Nie będzie to tradycyjny wykład. Będzie to natomiast multi-medialna prezentacja, w której wykorzystam kilka najlepszych fragmentów z filmów dokumentalnych o Apaczach i podczas której zagram dwa słynne utwory instrumentalne poświęcone Apaczom: „Apache” i „Geronimo”.

Instytut Filologii Angielskiej w Sosnowcu: 7/12/2017.

Pozdrawiam,

Kaz

Kaz Dziamka – Demokracja Irokezów a tak zwana „demokracja” amerykańska.

Mizernie wypada demokracja amerykańska w porównaniu z nowoczesnymi demokracjami. Według Indeksu Demokracji, opracowanego przez międzynarodową organizację The Economist Intelligence Unit, Stany Zjednoczone, zwane dogmatycznie w Ameryce „the greatest country in the world” (najwspanialszy kraj na świecie), plasują się dopiero na 21. miejscu. Indeks posługuje się pięcioma wskaźnikami demokratyczności: jakością procesu wyborczego, funkcjonalnością rządu, udziałem w procesie politycznym, kulturą polityczną i przywilejami obywatelskimi. Pod każdym względem demokracja amerykańska ustępuje – i to znacząco – demokracjom skandynawskim, które są obecnie najlepsze na świecie. Nie jest chyba zaskoczeniem fakt, że spośród pierwszych pięciu najlepszych demokracji, aż cztery to kraje skandynawskie. I to one, a nie USA, powinny być wzorem dla rozpowszechnienia idei demokratycznych na całym świecie, a szczególne w Polsce.1

Przy okazji, obecna III Rzeczpospolita Polska – skrajnie prokatolicka i proamerykańska i jednocześnie patologicznie rusofobiczna, ze swym ciągle skłóconym wewnętrznie rządem i parlamentem – w ogóle nie kwalifikuje się do tzw. pełnych demokracji, tzn. do listy czołowych 19 demokracji świata, którą to listę zamykają Urugwaj i Mauritius. Według Indeksu, polska „demokracja” zaliczana jest to tzw. „flawed democracies” (czyli do demokracji z wadami).

Równie niekorzystne, a nawet kompromitujące dla USA, jest skonfrontowanie amerykańskiego systemu politycznego z niektórymi tradycyjnymi demokracjami Indian amerykańskich, szczególnie z Konfederacją Irokezów, nazywaną też Ligą Sześciu Narodów, w ich ojczystym języku określaną jako Haudenosaunee, czyli „Ludzie Długiego Domu”.

Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że Konfederacja Irokezów to najstarsza na świecie demokracja typu „uczestniczącego”. Na podstawie nowoczesnych badań historycznych (źródeł dokumentalnych, danych astronomicznych i ustnej tradycji Irokezów), można ustalić z dużym prawdopodobieństwem, że ratyfikacja całego zbioru praw Irokezów – którzy nie mieli co prawda języka pisanego, ale polegali skutecznie na wampumach i rzetelnie kontynuowanej tradycji słowa mówionego – miała miejsce w połowie 12. wieku. Równie imponujący jest fakt, że ta bezprecedensowa demokracja przetrwała do dzisiaj, mimo iż groziła jej całkowita zagłada z powodu rabunkowej i morderczej polityki amerykańskich chrześcijan, jak również wskutek rozdzielenia ziem i narodów irokeskich granicą amerykańsko-kanadyjską.

W jaskrawym przeciwieństwie do Konstytucji Irokezów – u których nie było niewolnictwa, a kobiety miały prawa na równi z mężczyznami (niesłychane w tamtych czasach) – konstytucja USA, ratyfikowana w 1787 r., akceptuje niewolnictwo i nie daje prawa głosu kobietom. Te dwie fatalne wady amerykańskiej demokracji zostały naprawione dopiero przez Trzynastą Poprawkę w 1865 r. (zniesienie niewolnictwa po krwawej wojnie domowej) i przez Dziewiętnastą Poprawkę w 1919 r. (przyznanie kobietom prawa do głosowania po długich, żmudnych, ponad sto lat trwających walkach amerykańskich sufrażystek, które, nota bene, zainspirowane były egalitarną pozycją kobiet irokeskich). Ale to bynajmniej nie jedyne krytyczne błędy demokracji amerykańskiej w porównaniu z Konfederacją Irokezów.

W swoim bogato udokumentowanym studium ewolucji demokracji w USA, Exemplar of Democracy (Ideał Demokracji), Donald A. Grinde Jr. i Bruce E. Johansen udowadniają ponad wszelką wątpliwość, że Benjamin Franklin, Thomas Jefferson, Thomas Paine i inni ojcowie państwa amerykańskiego mieli okazję skorzystać, i częściowo skorzystali, z imponującego dorobku demokratycznego Irokezów. Niestety, będąc w znacznej mierze rasistami, seksistami, pogardliwie nastawieni (z wyjątkiem Jeffersona) do demokracji bezpośredniej, ci biali założyciele USA zmarnowali unikalną okazję, by w pełni przeszczepić polityczny geniusz Sześciu Narodów Konfederacji Irokezów: Mohawków, Oneidów, Onandagów, Kajugów, Seneków i Tuscarorów.

W szczególności jedno prawo Konstytucji Irokezów zostało całkowicie i – jak się teraz okazuje –tragicznie zignorowane w Konstytucji USA i obecnie zapomniane. Chodzi tu o bardzo ważny przywilej matek klanowych Konfederacji, które miały prawo postawić w stan oskarżenia i usuwać z urzędu przestępczych przywódców politycznych, czyli sachemów. Cytując Grinde’a i Johansena: „Prawa, obowiązki i kwalifikacje sachemów były dokładnie określone, a matki klanowe mogły postawić w stan oskarżenia i usunąć sachema, który został uznany winnym za jakiekolwiek pogwałcenie reguł sprawowania urzędu, od nieuczęszczania na zebrania po morderstwo”.

Gdyby tylko „ojcowie konstytucji amerykańskiej” byli mniej uprzedzeni do tych, których zwykle określali „dzikusami”, i gdyby potraktowali na serio filozofię polityczną Indian amerykańskich, Stany Zjednoczone – a być może i inne państwa – byłyby dziś beneficjentami bardzo cennej lekcji politycznej, jaką uczy Konstytucja Irokezów. Obecnie, matki żołnierzy amerykańskich, poległych w licznych wojnach i niezliczonych akcjach militarnych, wywołanych przez obecnych i byłych „jastrzębi fotelowych” w Białym Domu, miałyby moralne i legalne prawo do postawienia w stan oskarżenia tych przestępczych „sachemów” z Białego Domu.

W przypadku największej zbrodni 21. wieku – ataku militarnego USA na Irak – prawo przejęte od Irokezów upoważniłoby np. Cindy Sheehan i tysiące innych amerykańskich matek, których dzieci zostały zabite lub ciężko ranne w Iraku, do natychmiastowego postawienia w stan oskarżenia George’a W. Busha i jego doradców. Z powodu poważnej wady obecnego systemu amerykańskiego, który daje prawo usunięcia przestępczego lub niekompetentnego prezydenta tylko Kongresowi, prawo Irokezów, zmodyfikowane dla takiego systemu, dałoby matkom amerykańskim prawo bezpośredniej apelacji do Sądu Najwyższego z pominięciem Kongresu.

W momencie usunięcia z urzędu, Bush i inni przestępcy wojenni, jak Dick Cheney i Donald Rumsfeld, oddani byliby natychmiast w ręce prokuratury i oskarżeni o zbrodnie nie tylko przeciwko narodowi amerykańskiemu, ale również przeciwko narodowi irackiemu i ludzkości w ogóle. W takim przypadku, nie mogliby skorzystać z prawa przywileju czy łaski. Proszę rozważyć skuteczność i przydatność takiej klauzuli prawnej w odniesieniu do innego przestępczego prezydenta USA, Richarda Nixona, który zamiast iść do więzienia, został ułaskawiony przez prezydenta Geralda Forda, co okazało się decyzją tragiczną w jej konsekwencjach. Po prostu, kryminaliści w Białym Domu wiedzą teraz, że mogą popełniać nawet ciężkie zbrodnie i zawsze liczyć na ułaskawienie przez przyszłych prezydentów, moralnie (tak jak oni) nieodpowiedzialnych w ramach niemoralnego systemu politycznego USA, obecnie niereformowalnego i stwarzającego coraz większe zagrożenie nie tyko dla Stanów Zjednoczonych, ale dla całego świata.

Geniusz polityczny Irokezów polega na tym, że dając tak specjalny przywilej polityczny matkom – które w kulturze Irokezów uhonorowane są mianem „Dawczyniami Życia na naszej Matce Ziemi” (Lifegivers of Our Mother Earth) – Irokezi rozwiązali krytyczny problem w polityce: ich metoda pozwala kontrolować, przez apolityczny osąd moralny, wieczną tendencję w polityce do nadużywania władzy, szczególnie wykonawczej. Kobiety irokeskie nie były oficjalnie częścią elit polityczno-militarnych i w związku z tym nie były pod presją ignorowania zasad moralnych dla doraźnych potrzeb politycznych. Nie członkowie Kongresu, nawet nie kobiety zajmujące się zawodowo polityką (jak Hillary Clinton czy Nancy Pelosi), ale właśnie zwykłe obywatelki, matki zabitych i rannych żołnierzy, powinny mieć ostatecznie prawo do postawienia w stan oskarżenia prezydenta i innych przywódców politycznych USA.

Wiadomo, że taki przywilej, jak każdy inny, może być nadużywany. Ale matka, której syn czy córka zginęła w bezsensownej i niemoralnej wojnie, powinna mieć konstytucyjne prawo do wszczęcia procesu karnego wobec tych, którzy odpowiedzialni są za tę wojnę.

Być może to niezwykle prawo demokracji Irokezów jest jedyną skuteczną metodą na kontrolę wykonawczej władzy politycznej w nowoczesnych demokracjach. To właśnie kobiety-matki, „Dawczynie Życia” – a nie zawodowi politycy – powinny być ostoją podstawowych zasad moralnych we wszystkich decyzjach politycznych dotyczących życia ludzkiego. I to właśnie matkom powinien być udzielony bardzo istotny przywilej polityczny kontrolowania i oskarżania przestępców politycznych.

Oczywiście, że jest rzeczą naiwną oczekiwać, iż amerykańska Godzilla militarno-korporacyjna, pożerająca obecnie ok. biliona (1000 miliardów) dolarów rocznie na zbrojenia, zgodzi się na to, aby być pod jakąkolwiek kontrolą matek żołnierzy amerykańskich.

Podstawowym celem Konfederacji Irokezów jest dążenie do pokoju. Podstawowym natomiast celem rządu USA jest wojna i ciągły szantaż militarny wobec tych krajów, które nie chcą poddać się amerykańskiej kontroli korporacyjnej i politycznej. Stąd nieustanne, trudne do zliczenia interwencje militarne USA na całym świecie. Stąd te gigantyczne, absurdalne wydatki na ciągle wzrastające zbrojenia i ciągłe zakładanie nowych baz wojskowych, gdzie tylko uda się wtargnąć amerykańskiej Godzilli. (Polska jest tego kolejnym przykładem, jednym z wielu.)

Tych baz jest obecnie ok. 1000 porozrzucanych na całym globie. Natomiast tych interwencji, często apokaliptycznie morderczych jak np. w Wietnamie czy Iraku, naliczono już co najmniej 70 od czasu tylko II Wojny Światowej.2  Według Jamesa Lucasa (Countercurrents.com), rządy USA od roku 1945 są odpowiedzialne za śmierć ponad 30 milionów ludzi. Około 10 razy więcej, czyli 300 milionów, zostało rannych, często w okrutny, brutalny sposób.

Obecnie tzw. kultura amerykańska jest przesycona militaryzmem, czego dowodem jest choćby aktualna militaryzacja amerykańskiej policji. W USA termin „pacyfista” stał się terminem pogardliwym. Nawet tak humanistyczno-pacyfistyczne organizacje amerykańskie jak Council for Secular Humanism nie mogą pozbyć się mniej lub bardziej ukrytej fascynacji dla amerykańskiego militaryzmu, który w USA przybrał miano nowej religii amerykańskiej.  Na ołtarzu amerykańskiego Boga Wojny, Amerykanie są gotowi poświęcić wszystko: swoje bogactwo materialne, swoją wolność intelektualną i cywilną, nawet swoje dzieci, które tak ochoczo wysyłają na front, gdziekolwiek on jest.

Sytuacja wydaje się być beznadziejna.

Amerykańscy psychopaci w zmilitaryzowanym rządzie USA, w absolutnej większości ludzie kompletnie pozbawieni sumienia i odpowiedzialności moralnej, ciągle planują kolejne wojny, głównie na Bliskim Wschodzie jak i również w Afryce i oczywiście w Europie Wschodniej. Największym jednak horrorem made in USA byłby atak nuklearny na Koreę Północną, który jest przygotowywany przez obecną ekipę rządzącą USA na czele z narcystycznym megalomanem Donaldem Trumpem. Najbliższym „kumplem” Trumpa jest nie kto inny tylko emerytowany generał elitarnego Korpusu Piechoty Morskiej US, James Mattis, nie bez powodu nazywany „Wściekłym Psem” (Mad Dog). To właśnie ten „Wściekły Pies” marzy o ataku na Iran, który to atak miałby równie katastrofalne konsekwencje dla pokoju na całym świecie jak atak na Koreę. I ten „Wściekły Pies”, wybrany przez Trumpa na Sekretarza Obrony, ma teraz olbrzymi wpływ na amerykańską politykę zagraniczną. Tak nisko upadła obecnie amerykańska „demokracja”.

W USA, o czym się z reguły nie mówi w mediach korporacyjnych, prawo do wypowiadania wojny ma tylko Kongres, co jest jasno sformułowane w Amerykańskiej Konstytucji. Artykuł Pierwszy mówi: „Congress shall have power to declare war”, czyli Kongres, nie Prezydent, ma prawo wypowiadać wojnę. Ale problem ten nigdy nie został dostatecznie rozwiązany w USA i dlatego często decyzję o podjęciu działań wojennych podejmuje w USA prezydent, a nie Kongres, jak to miało miejsce np. w bombardowaniu Jugosławii w 1999 (Clinton) czy w ataku rakietowym na Syrię (Trump) w tym roku. Łącznie doliczono się ponad 100 przypadków, kiedy amerykański prezydent prowadził działania wojenne bez oficjalnego zezwolenia Kongresu.

Jest to kolejny powód, dla którego amerykańską „demokrację” powinno się oceniać na podstawie faktów, a nie na podstawie wzniosłych frazesów w Amerykańskiej Konstytucji, Deklaracji Niepodległości i nieustannej propagandzie w amerykańskich mediach, obecnie kontrolowanych i cenzurowanych przez amerykański „establishment” korporacyjno-militarny, który nie ma nic wspólnego z demokracją.

To, że amerykański prezydent może teraz planować i rozkazywać atak militarny na inne kraje i, w istocie rzeczy, po prostu mordować tych, których uważa za „terrorystów” bez żadnego procesu sądowego, jest chyba najbardziej niebezpieczną wadą obecnej amerykańskiej demokracji. Stanowi ona teraz nie przykład nowoczesnej demokracji, a jej totalne zaprzeczenie. Amerykańska „demokracja” stała się teraz zagrożeniem dla wszystkich państw i mieszkańców naszej planety, skoro, dla przykładu, taki ewidentny prostak jak George W. Bush mógł samowładczo rozpocząć krwawą, barbarzyńską wojnę przeciwko Irakowi nawet w sytuacji, kiedy Irak nie stanowił żadnego zagrożenia dla USA. Ani wśród Irokezów, ani w wśród innych indiańskich konfederacji i demokracji (Kri, Czerokezi, Apacze) nie mogło być mowy, aby jedna osoba mogła popełniać tak potworne zbrodnie bez żadnej instytucjonalnej i moralnej odpowiedzialności.

Dlaczego więc ciągle się bezmyślnie powtarza te same puste frazesy o rzekomej wyższości tzw. amerykańskiej „demokracji” i traktuje Konfederację Irokezów jak mało znaczący anachronizm, albo się ją ignoruje i zapomina?

Retorycznym pytaniem jest również to, czy demokracja polska nie skorzystałaby z mądrości filozofii politycznej Irokezów. Nie skorzysta – i dlatego obecnie również żołnierze polscy na usługach Waszyngtonu i NATO giną i będą ginąć w nieustannych wojnach, nieustannie przygotowywanych przez opętanych rządzą władzy i zysków, zwyrodniałych sachemów w Białym Domu.

———————–

1 Obecnie 5 czołowych demokracji to: Norwegia, Islandia, Szwecja, Nowa Zelandia i Dania. W ciągu ostatnich 10 lat, USA spadły z 17. na 21. miejsce i nie należą już do grupy krajów z „pełną demokracją”, których jest obecnie tylko 19. Polska również spadła o kilka pozycji, z 46 (w 2007) na obecne, dalekie 52. miejsce. (Na „szczęście”, wyprzedzamy jeszcze Chorwację i Węgry, ale bardzo nieznacznie.)

2 Chodzi tu o większe operacje militarne kwalifikujące się na działania wojenne. Ale ilość rożnego typu mniejszych operacji wojskowych jest oczywiście o wiele wyższa. Według źródeł podanych przez Johna Stepplinga (który, nota bene, uczył przez kilka lat w Polskiej Szkole Filmowej w Łodzi), tylko w roku 2014, AFRICOM (amerykańska organizacja wojskowa, której celem jest kontrola Afryki) „spenetrowała” prawie każdy kraj afrykański, z wyjątkiem Zimbabwe i Erytrei. Trudno w to uwierzyć, ale w tym samym roku, USA przeprowadziły w Afryce ponad 600 operacji wojskowych. Niezależny amerykański magazyn The Intercept, ujawnił niedawno, że amerykańskie „specjalne oddziały” (Special Forces) są już obecne w ponad 30 krajach afrykańskich.