Wenezuelski gambit.

Najgorszy blef Trumpa, najcięższa próba Maduro.

To miał być wstrząs: błyskawiczny cios polityczny, który zmiecie „dyktatora” Maduro. Jest „kraj w ruinie” i „zniewoleni ludzie”. Jest czarny charakter, który można o wszystko obwinić. Jest młody, szlachetny wybawiciel. Jest wreszcie „przywódca wolnego świata” przybywający z odsieczą. Co poszło nie tak? Po Białym Domu niesie się krzyk frustrata: “Gdzie jest moja Wenezuela?”

Wygląda na to, że koordynowany z Waszyngtonu przewrót w Wenezueli, prowadzony oczywiście pod hasłami “wolności i demokracji”, daleki będzie od blitzkriegu. Dwa dni po tym, jak Donald Trump oficjalnie uznał Juana Guaido, nikomu wcześniej na świecie nieznanego przewodniczącego Zgromadzenia Narodowego, za tymczasowego prezydenta kraju, pucz wyraźnie stracił impet. Ambitny plan obalenia Nicolasa Maduro bierze w łeb, bo – jak się właśnie okazuje – pozbawiony był planu. Jedynym zapleczem Amerykanów na miejscu jest chaotycznie działająca, niejednorodna prawicowa opozycja, skupiona ad hoc wokół nowego, namaszczonego przez Waszyngton lidera, zdolna jedynie do zwołania kolejnej demonstracji przeciwko “dyktatorowi” Maduro.

Wóz albo przewóz

Po tym, jak wojsko jednoznacznie opowiedziało się po stronie legalnie wybranego prezydenta, Stany Zjednoczone nie mają żadnych innych kart do zagrania oprócz rozwiązania ostatecznego w postaci bezpośredniej interwencji zbrojnej. Bardzo wątpliwe jest, by Trump się na nie zdecydował, bo prawdopodobnie z każdym dniem bardziej będzie do niego docierać świadomość, że jego “marszem na Caracas” kieruje czyste “chciejstwo”. Tym mniej jest to możliwe w sytuacji, gdy armia wiernie trwa przy władzy, Chiny i Rosja bez cienia zawahania poparły Maduro, a Władimir Putin od niedawna wspiera Wenezuelę wojskowo.

Guaido sam ogłosił, że reprezentuje jedyną demokratyczną instytucję w kraju, stanie zatem na czele „rządu tymczasowego”. Udzielając mu poparcia Amerykanie spodziewali się pewnie, że sprowokuje to władzę do gwałtownych represji i podzieli wojsko, a im da casus belli. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Decydującą próbą sił może się okazać spór o amerykański korpus dyplomatyczny. W odpowiedzi na poparcie próby niekonstytucyjnego przejęcia władzy przez Waszyngton 23 stycznia Maduro zerwał stosunki z USA. “Posunęli się za daleko” – oznajmił tłumowi swoich zwolenników zebranemu wokół pałacu prezydenckiego. “Niech się stąd zabierają!” Dał amerykańskim dyplomatom 72 godziny na spakowanie manatków i opuszczenie jego kraju. Sekretarz Stanu USA Mike Pompeo początkowo odniósł się do tej decyzji lekceważąco. Stanął na stanowisku, że Maduro nie ma prerogatyw pozwalających mu wyrzucać kogokolwiek z kraju, bo nie nie jest pełnoprawnym prezydentem. Próbował zatem oprzeć powodzenie puczu na grze legitymizacją, popisując się w istocie jedynie arogancją, ponieważ wysłał tym samym komunikat: “Będziemy robić w waszym kraju, co chcemy, przecież nie ma kto nam zabronić”. Zagroził, że Stany Zjednoczone są gotowe użyć “wszelkich środków”, by chronić swoich przedstawicieli. Rzecz w tym, że nie mają realnych środków.

Pompeo sam chyba prędko dostrzegł słabość tego blefu – dzień później Departament Stanu “stanowczo zalecił” jednak swoim ludziom w Caracas opuszczenie kraju. Jeżeli Trump „odpuści” sprawę dyplomatów, będzie to znaczyło, że odpuszcza wszystko. Nie będzie miał jednocześnie żadnego problemu w robieniu dobrej miny do złej gry: kilkukrotnie okazywał się już mistrzem odwracania kota ogonem na Twitterze. Stroszenie piórek jest jak na razie jedyną taktyką użytą przez USA w tej grze, dlatego przegrają – zainteresowane strony potrzebują konkretów. Agencje donoszą o przedstawicielach USA opuszczających już Wenezuelę. Nie dali się ubłagać nawet apelom samego “tymczasowego prezydenta”.

Ponieważ Trump grzmiał, że “wszystkie opcje są na stole”, część publicystów w mediach niechętnych zarówno Maduro, jak i Trumpowi wszczęło alarm, że oto naciąga katastrofa nowej interwencji zbrojnej. Że Irak, Afganistan i Syria nikogo niczego nie nauczyły. To nie tak. Syria zaczęła się od starannie, przez wiele lat wcześniej planowanej wojny hybrydowej. Nic takiego nie miało miejsca w Wenezueli i sytuacja pokazuje, że na razie się nie wydarzy. Atut w postaci realnej możliwości użycia siły przez zbuntowane wojsko jest czynnikiem niezbędnym, by przejęcie władzy nastąpiło – niezależnie od tego, po czyjej stronie leży racja – bo też o żadną rację tu nie chodzi. Chodzi o ropę naftową.

Waszyngton boso, ale w ostrogach

Pobożne życzenie, że armia Maduro przestraszy się oficjalnego oświadczenia Białego Domu uznającego Guaido – bo chyba nie niego samego, ani kolejnej demonstracji zwołanej 23 stycznia przez opozycję – i przejdzie na stronę Amerykanów, świadczy o postępującym odrealnieniu ekipy Trumpa. “Przywódca Wolnego Świata” straszył Wenezuelę najazdem, odkąd objął urząd i przez chwilę wydawało się, że traktuje sprawę poważnie. New York Times informował jesienią, że amerykańscy oficjele spotkali się z generałami armii wenezuelskiej, oferując im pomoc w ewentualnym przejęciu władzy. Propozycja została jednak odrzucona. Wojskowi wykazali się dobrą intuicją – jeżeli nie ze względów pryncypialnych, to chociażby dlatego, że niedługo potem plan ich niedoszłych partnerów w spisku ujrzał światło dzienne na łamach wiodącego światowego medium. Z takimi amatorami nie wchodzi się w układy. Armia doskonale widzi też, że opozycja nie ma społeczeństwu do zaoferowania nic poza obsesją wyrwania chavizmu z korzeniami – chavizmu, który obecną pozycję zapewnił wielu oficerom. Dlatego odrzuciła również zaloty ze strony przeciwników Maduro w Caracas.

Amerykanie nie będą mieli okazji rozegrać z powodzeniem scenariusza z 2002 r. Zamach stanu zmontowany przez ekipę Busha opierał się jednak na realnym buncie części wojskowych przeciwko Hugo Chavezowi. Miało już wtedy dojść do zaprzysiężenia marionetkowego prezydenta, plan spalił jednak na panewce, kiedy prawie milionowy tłum chavistów wyległ na ulice Caracas bronić swojego przywódcy. Armia się wówczas zreflektowała i zamknęła sprawę. Prezydent Chavez okazał się z kolei nad wyraz łaskawy.

Nicolas Maduro cieszy się zaledwie ułamkiem popularności swojego legendarnego poprzednika. Utracił zaufanie Wenezuelczyków podczas ostatnich kilku lat naznaczonych nieustannym kryzysem, z którego nie próbował znaleźć zdecydowanego wyjścia. Uliczne potencjały jego zwolenników i przeciwników z grubsza się równoważą, jednak i tych okoliczności Waszyngton nie był w stanie wyzyskać.

Po pierwsze dlatego, że nie potrafi racjonalnie ocenić sytuacji. Niedawno okazało się, że John Bolton prosił we wrześniu Pentagon o ostrzelanie rakietami dalekiego zasięgu terytorium Iranu w odpowiedzi na incydent w Iraku. Ta ekipa zdecydowanie “nie ogarnia”. Trump miał na swoje rozkazy Rexa Tillersona, który był wcześniej szefem Exxon Mobil, korporacyjnego giganta, od lat marzącego o odzyskaniu terenów roponośnych w Wenezueli. Prezydent sprawia jednak wrażenie, jakby z rozmysłem starał się pozbywać wszystkich, którzy mogą pomóc mu zachować jakikolwiek związek z rzeczywistością. Nic dziwnego, że uznał teraz namaszczenie Juana Guaido na przywódcę “wolnej Wenezueli” za magiczny sposób na zmianę układu sił w Caracas. Ponieważ zmiana nie nastąpiła, trudno wykluczyć, że teraz Bolton każe Pentagonowi zaatakować Wenezuelę, lecz w takiej sytuacji zapewne znów odejdzie z kwitkiem.

Z drugiej strony, obiektywna rzeczywistość społeczno-polityczna w kraju rządzonym przez Maduro nie daje podstaw do decydującego rozstrzygnięcia na korzyść interwentów. Prawdą jest, że duża część obywateli, również chavistów, ma dosyć Maduro z powodu jego niekompetencji, braku charyzmy i woli politycznej do bezkompromisowego wypchnięcia Rewolucji Boliwariańskiej z letargu, z którym sam Chavez chciał skończyć. Wenezuelczycy, którzy w przeciwieństwie do światowych mediów głównego nurtu pamiętają zarówno życie w materialnym upodleniu przed Chavezem, jak i zamach na niego w 2002 r., nie pozwolą, by ich kraj stoczył się z powrotem na uwłaczającą im pozycję folwarku amerykańskich miliarderów. Dobrze wiedzą, czego Stany chcą od ich kraju – przeważnie są świadomi, że ich terytorium kryje największe złoża ropy na ziemi. Kto wie, być może nachalne promowanie Guaido przez Waszyngton zaszkodziło jego wizerunkowi w oczach samych Wenezuelczyków.

Teoretycznie pozostaje jeszcze możliwość „interwencji zastępczych” ze strony Kolumbii i Brazylii. Prezydenci obu krajów są wrogo nastawieni do Maduro i podważali prawomocność jego władzy. W trakcie zeszłorocznej kampanii wyborczej Jair Bolsonaro zapowiadał wprost, że zrobi wszystko, by „uwolnić” Wenezuelę od Maduro. Po objęciu urzędu zamilkł na ten temat, udzielając jedynie poparcia Guaido. Rząd Kolumbii zdementował pogłoski, jakoby planował interwencję w Wenezueli, ale było to zanim świat się dowiedział o Juanie Guaido. Ani Brazylia, ani Kolumbia nie wykonają jednak oficjalnie żadnego kroku bez sygnału z Waszyngtonu. Prezydent Maduro ostrzegał jednocześnie, że na Florydzie za wiedzą Boltona szkolą się kolumbijscy paramilitares, trzeba więc liczyć się próbą rozpętania wojny hybrydowej na terytoriach przygranicznych. Jeśli jednak armia wenezuelska pozostanie wierna prezydentowi, interwencja zbrojna w celu zmiany władzy w Caracas na pełną skalę nie wchodzi w grę.

Im gorzej, tym lepiej

Co jednak z legitymizacją obu stron? Czy Maduro jest rzeczywiście okrutnym dyktatorem, a opozycja skupiona dziś wokół Guaido – emanacją “Woli Ludu”, jak nawet nazywa się jego partia? Nie. Wenezuelskie standardy demokratyczne są rzeczywiście słabe. Trudno jednak oczekiwać, że po próbie przewrotu w 2002 r. chavizm będzie się bronił wyłącznie środkami czysto demokratycznymi przed ludźmi, którzy wówczas w pełni poparli siłowe usunięcie Chaveza. Trudno bronić się w pełni demokratycznymi środkami przed obłąkańcami, którzy zwolenników Maduro palili już żywcem, przed tymi, którzy z helikoptera obrzucali granatami budynki rządowe. Wściekła przemoc opozycyjnych sił ulicznych jest tak dobrze udokumentowana, że o jej istnieniu zmuszona była była napisać nawet „Gazeta Wyborcza”. W relacji z “triumfalnych” marszy stronników Guaido 23 stycznia, nie dało się przemilczeć palenia aut na ulicach i dewastacji mienia w Caracas.

Również czołowi politycy opozycyjni nastawieni są wyłącznie konfrontacyjnie: obalenie Maduro dzięki pomocy USA stanowi ich jedyny program dla kraju. Od lat nie zajmują się niczym innym, regularnie kursując jednocześnie do Stanów na spotkania głównie z republikańskimi senatorami otwarcie nawołującymi do obalenia wenezuelskiego przywódcy za wszelką cenę. W USA wśród lobbystów tej sprawy wyróżnia się przede wszystkim senator Marco Rubio, który chyba najczęściej przyjmuje gości z Wenezueli. Zaraz za nim sytuuje się “niezastąpiony” John Bolton, który najchętniej obaliłby wszystko i wszystkich poza granicami USA.

Trudno wyłącznie według standardów demokratycznych traktować partie polityczne, które nigdy nie zająknęły się nawet na temat sankcji, jakimi Stany Zjednoczone duszą i tak ledwo zipiącą gospodarkę Wenezueli. Nigdy też nie próbowały nakreślić chociażby pomysłu na walkę ze spekulacją i wywozem towarów, które rujnują kraj. Polityka, której przyświeca zasada “im gorzej, tym lepiej” w pełni określała sposób działania opozycji, od kiedy wygrała wybory parlamentarne w 2015 r. Wykrwawienie chavizmu przez doprowadzenie kryzysu do skrajności – to ich jedyny plan. Reprezentują najbogatsze rodziny w Wenezueli, więc spokojnie przetrwają zapaść, którą zgotują reszcie. Oni chcą amerykańskich sankcji! Wiedzą, że to działa: nawet kongres USA otrzymał raport, gdzie czarno na białym stwierdzono, że sankcje tylko pogłębiają kryzys w Wenezueli. To ta cyniczna strategia ukształtowała sytuację, w której możliwe jest to, że wszystkie liberalne media bezmyślnie powtarzają śpiewkę Trumpa: Maduro wybrany bezprawnie, Zgromadzenie Narodowe ostoją demokracji.

Obecny impas polityczny wynika z faktu, że ZN nie uznaje prezydenta, a prezydent ZN. Trzy lata temu Zgromadzenie zostało pozbawione uprawnień ustawodawczych przez Sąd Najwyższy, ponieważ opozycja nie godziła się na tymczasowe zawieszenie mandatów trzech deputowanych, którzy zostali w 2015 r. wybrani w okręgach, gdzie doszło do nieprawidłowości wyborczych. Opozycja otrzymała możliwość wprowadzenia na ich miejsce innych posłów ze swoich list, zdecydowała się jednak grać va banque i nie ustępować ani na krok. W efekcie od stycznia 2016 r. działalność ZN pozostaje w zawieszeniu, część prerogatyw ustawodawczych przejął Sąd Najwyższy, a prezydent Maduro w tym czasie starał się oprzeć politycznie na Zgromadzeniu Konstytucyjnym – ciele powołanym w wyborach 2017 r. ZK jest przez mainstream medialny wyśmiewane jako instytucja wyłącznie marionetkowa, chociaż zgodnie z założeniami chavizmu ma ucieleśniać charakterystyczną dla niego szerszą ideę demokracji, wykraczającą poza parlamentaryzm.

Blokada ustawodawstwa zainicjowana przez samą opozycję dała jej następnie pretekst do zaostrzenia konfrontacji politycznej w 2017 r. kiedy podczas starć ulicznych padło blisko 200 ofiar śmiertelnych. W dalszej kolejności przyszedł bojkot wyborów prezydenckich w 2018 r., o których błędnie piszą niektóre polskie media, że kandydaci opozycji nie zostali dopuszczeni do udziału w nich, czy nawet wtrąceni do więzienia. To brednie. Poszło o to, że do startu w wyborach nie został dopuszczony głównie Henrique Capriles – frontman opozycji – bo ciążył na nim wyrok sądowy. To była ostatnia prosta, na której w pełni ujawniły się niszczycielskie intencje opozycji i charakter tej formacji. Jej delegacja prowadziła negocjacje z rządem w sprawie porozumienia wyborczego na neutralnym gruncie, w Republice Dominikany. Osiągnięto nawet warunki porozumienia. Jednak dzień przed podpisaniem go przez obie strony, projekt został odrzucony przez opozycję po interwencji przedstawicieli USA.

Tak rozpoczął się bojkot wyborów, mogący mieć na celu wyłącznie pogłębienie istniejącego kryzysu. Nie mówi się w tym przypadku o bojkocie demokracji – od tej chwili zaczęła obowiązywać narracja o “sfałszowanych wyborach prezydenckich” w Wenezueli. Większość liberalnych demokracji świata faktycznie ich nie uznała. W tych okolicznościach Nicolas Maduro, który praktycznie pozbawiony konkurencji swobodnie wygrał głosowanie 20 maja 2018 r. został zaprzysiężony na kolejną kadencję 10 stycznia 2019 r. Dzień później Juan Guaido, nowo wybrany przewodniczący pozostającego w zawieszeniu ZN, ogłosił, że Maduro obejmuje urząd bezprawnie. Za to on, jako głowa podstawowego konstytucyjnego organu władzy, zgodnie z ustawą zasadniczą jest gotów stanąć na czele rządu tymczasowego, który “przywróci demokrację” w Wenezueli. Według Agencji Reutera podjął tę decyzję po uprzednim wykonaniu co najmniej dwóch rozmów telefonicznych z wiceprezydentem USA Mikem Pence’em. Niecałe dwa tygodnie później, w dniu wielkiej manifestacji opozycji, Biały Dom ogłosił go prezydentem tymczasowym Wenezueli, obiecując mu jednocześnie pełne wsparcie dyplomatyczne i ekonomiczne. Zaraz potem uznanie popłynęło od wszystkich prawicowych rządów w Ameryce Łacińskiej. Z kolei Hiszpania, Francja i Niemcy postawiły Maduro ultimatum: ogłosi w ciągu tygodnia nowe wybory, albo z poprą Guaido. W tonie przyjaznym dla uzurpatora wypowiedziała UE ustami Donalda Tuska. Tak Guaido stał się uosobieniem “wolności i demokracji”.

Patrząc na wszystko z perspektywy czasu, trudno oprzeć się wrażeniu, że wydarzenia rozgrywały się według scenariusza chilijskiego z okresu rządów Allende: najpierw wojna ekonomiczna, potem interwencja. A raczej miały się tak rozegrać. W interwencji zabrakło jednak konkretu, czyli wenezuelskiej junty. Nie widać na nią szans. Stawka gry pozostaje jednak podobna jak w Chile.

Craig Murray, potępiając cyniczne postępowanie światowych przywódców, trzeźwo zauważył, że “za jego czasów” rządy uznawały prawomocność tych władz państwowych, które faktycznie kontrolowały terytorium swojego kraju – taka była zasada dyplomacji wykazującej minimalne zainteresowanie rzeczywistością. Skąd więc skłonność liderów “wolnego świata” to uznawania tych, którzy zwyczajnie odpowiadają im politycznie? Jasne przecież, że jedynym przywódcą Chin nie ogłoszą nagle prezydenta Tajwanu. Wyszli zwyczajnie z założenia, że imperialistyczny blef Trumpa przysporzy korzyści ich globalnej agendzie liberalnej. A przynajmniej mogli w to wierzyć przez dwa dni, dopóki media nieomal nie zamilkły na temat Juana Guaido, który dla świata powoli staje się na powrót nikim. Ostatnia wiadomość dotycząca go w dniu 25 stycznia jest dość komiczna i mówi tylko, że obiecał Maduro “amnestię”, jeżeli ten złoży urząd. Telewizja Univision, która o tym doniosła, poinformowała jednocześnie, że miejsce pobytu Guaido pozostaje nieznane.

Obronić dziedzictwo Chaveza

Czy domniemany “rząd tymczasowy”, który ma podobno powstać, miałby dla Wenezuelczyków jakąkolwiek ofertę poza posłuszeństwem Waszyngtonowi? Tak. Po ogłoszeniu się głową państwa przez Guido, opozycja opracowała ogólne założenia do ustawodawstwa, które miałoby obowiązywać w okresie “przejścia do demokracji”. Jego najważniejszy fragment brzmi:

“Zniesione zostaną centralna kontrola, arbitralne metody wywłaszczenia i tego rodzaju środki (…) W tym celu scentralizowane metody sterowania gospodarką zastąpione zostaną modelem wolnorynkowym na podstawie prawa każdego obywatela Wenezueli do pracy w warunkach gwarantujących prawo własności i wolną przedsiębiorczość (…) Spółki publiczne zostaną poddane restrukturyzacji umożliwiającej efektywne i przejrzyste zarządzanie, m.in. poprzez partnerstwo publiczno-prywatne”

Należy dodać do tego rozważane przez Guaido zwrócenie się o pomoc w finansowaniu jego „rządu” do MFW, co w sposób oczywisty oznacza gotowość do neoliberalnych reform. Cel jest więc jasny: przywrócenie stosunków społecznych sprzed prezydentury Chaveza, cofnięcie całej postępowej polityki. Koniec marzeń o równości, o życiu w minimum bezpieczeństwa materialnego, o kształceniu dzieci, koniec szans biednych na dostęp do służby zdrowia. Powrót do Wenezueli posiadanej na własność przez wąską elitę najbogatszych.

Wspomniany wcześniej Craig Murray, były brytyjski dyplomata, obecnie ekspert i publicysta sympatyzujący z ruchami postępowymi, jednoznacznie uznający Maduro na stanowisku prezydenta, przypomina, że praktyka chavizmu oparta została na dwóch naczelnych imperatywach: 1) W kraju o największych na świecie zasobach ropy ludzie nie powinni głodować gnieżdżąc się w slumsach, 2) CIA nie powinna rządzić Wenezuelą. Oba te pryncypia są obecnie zagrożone. Tak, prezydent Maduro jest współodpowiedzialny za zaniedbania, które sprowadziły zagrożenie na te filary. Jednocześnie tylko on w Wenezueli nawołuje i zaprasza do dialogu, którego celem jest rozwiązanie dręczącego kraj dziejowego kryzysu politycznego i gospodarczego – zarówno na obszarze krajowym jak i międzynarodowym. Na szczęście za tym podejściem opowiedział się bezwzględnie sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres. Sytuacja w gronie Narodów Zjednoczonych na pewno nie jest jeszcze rozstrzygnięta, bo Mike Pompeo stara się przekonać do uznania Guaido członków Rady Bezpieczeństwa. Na szczęście też Stanom Zjednoczonym nie udało się przeforsować rezolucji przeciwko Maduro na forum Organizacji Państw Amerykańskich.

Moc waszyngtońskiego blefu właśnie się wyczerpuje. A moc chavizmu nie wyczerpie się tylko wtedy, gdy cały czas będzie parł naprzód: poza redystrybucyjne półśrodki, poza paternalistyczne szopki z “kochanym prezydentem” w roli pół-bóstwa – za to do pełnej demokracji uczestniczącej, do uwolnienia się od „burżuazji boliwariańskiej”, do nowych stosunków produkcji, do socjalizmu XXI wieku. Droga jeszcze daleka, ale poczyniono już tyle wysiłku, że zawracać na pewno nie warto.

Autorstwo: Paweł Jaworski
Źródło: Strajk.eu

za: https://wolnemedia.net/wenezuelski-gambit/

Reklamy

Kiedy Rosja wyswobadza Syrię od ISIS, USA ratują ISIS przed Rosją, a zachodnie media wszystko to ignorują.

za: https://pracownia4.wordpress.com/2017/09/16/kiedy-rosja-wyswobadza-syrie-od-isis-usa-ratuja-isis-przed-rosja-a-zachodnie-media-wszystko-to-ignoruja/

Joe Quinn
Sott.net

We wrześniu 2015 r. ISIS panoszyło się po Syrii, od czterech lat zabijając ludność cywilną i niszcząc miasta i wsie. W owym czasie istniały uzasadnione obawy, że wkrótce Syryjska Arabska Armia zostanie pokonana przez ISIS i siły „rebelianckie”, a rząd Asada obalony. Było tak pomimo faktu, że koalicja skupiona wokół USA już od niemal roku „bombardowała ISIS”, czego dziwnym skutkiem było umacnianie się dżihadystów i powiększanie się kontrolowanych przez nich obszarów w Syrii i Iraku. Oczywiście teraz jest zupełnie jasne, że ta banda płatnych najemników, zwana ISIS, w ogóle była w stanie zagrozić Syrii wyłącznie dzięki potężnym środkom finansowym, zbrojeniu i szkoleniu dostarczanym przez USA i ich sprzymierzeńców znad Zatoki Perskiej.

Jednak od kiedy 30 września 2015 r. rozpoczęła się interwencja wojsk rosyjskich, liczebność ISIS i innych grup dżihadyjskich „rebeliantów” oraz kontrolowane przez nich terytorium zaczęły się gwałtownie kurczyć, pomimo ciągłego wsparcia dla ISIS i rebeliantów ze strony rządu USA. Po wyzwoleniu Aleppo przez siły rosyjskie pod koniec ubiegłego roku wojsko syryjskie, z rosyjskim wsparciem, odniosło następne zwycięstwa, łącznie z najnowszym, i być może ostatecznym, jakim było wyzwolenie w ubiegłym tygodniu syryjskiego miasta Dajr az-Zaur.

Być może to przeoczyliście, ale w ciągu ostatnich dwóch lat zachodnie media i zachodnie rządy konsekwentnie ignorowały, bądź wręcz krytykowały, sukcesy wojsk syryjskich, walczących pod osłoną rosyjskiego wsparcia z powietrza. Nie ma w tym oczywiście nic zaskakującego, jeśli wziąć pod uwagę, że ISIS to armia zastępcza USA i państw Zatoki Perskiej, z konkretnym zadaniem prowadzenia wojny przeciwko narodowi syryjskiemu, zniszczenia Syrii jako kraju i stworzenia jej od nowa według zachodniej wizji jako wasala Imperium. W tych nielicznych sytuacjach, kiedy skomentowanie osiągnięć syryjskich i rosyjskich wojsk było na rękę zachodniej prasie, cynicznie je potępiała jako „rosyjską agresję” albo „Asad zgładza własny naród”.

Wyzwolenie w tym tygodniu Dajr az-Zauru jest jednym z tego przykładów. Chociaż nie było konkretnych potępień, trudno będzie znaleźć nawet jedno doniesienie w amerykańskich mediach głównego nurtu na temat najnowszej wiadomości, że rosyjski atak powietrzny na podziemne centrum dowodzenia w pobliżu miasta zabił 40 członków ISIS, w tym czterech dowódców polowych. Wśród znanych zabitych bojowników znalazł się ścigany przez wiele krajów Abu-Mohammed al-Szimali, samozwańczy „emir Dajr az-Zauru”.

Al-Szimali, obywatel Iraku urodzony w Arabii Saudyjskiej (co za niespodzianka!) i były członek Al-Kaidy, w 2015 r. ślubował lojalność ISIS (w zamian za tłusty czek) i stał się znany z przemycania terrorystów do Syrii (w imieniu USA i Arabii Saudyjskiej). Ale dla podtrzymania tej farsy Al-Szimali został uznany za „priorytetowego ściganego” przez amerykański Departament Stanu, który w 2015 roku oferował kwotę 5 milionów dolarów za informacje, które doprowadziłyby do schwytania go. Kilka europejskich agencji wywiadowczych twierdziło również, że Al-Shimali był powiązany z paryskimi atakami w listopadzie 2015 roku. Moglibyście zatem pomyśleć, że po otrzymaniu informacji, że ten brutalny zabójca, odpowiedzialny za tak wiele rzezi w Syrii i Francji, został wyeliminowany z akcji, Departament Stanu USA i rząd francuski odłożą na bok swoją śmieszną antyrosyjska ideologię i publicznie pogratulują rosyjskim i syryjskim wojskom i rządom za to godne podziwu osiągnięcie. Mylilibyście się. Nie mają nic do powiedzenia; w rzeczywistości prawdopodobnie mają poważny problem z kontrolowaniem chęci krzyczenia, że cholerni mordercy zlikwidowali część ich ulubionych wtyczek.

 

Gulmurod Chalimow, człowiek Pentagonu w ISIS w Syrii albo w Rosji, czy gdziekolwiek się go umieści

 

Ale będą trzymali język za zębami i mają ku temu dobry powód – chodzi o to, żeby przypadkiem nie przyciągnęło uwagi nazwisko innego „dowódcy ISIS”, zabitego w tym samym obiekcie: to Gulmurod Chalimow, tadżycki i islamski dowódca wojskowy, który „uciekł do ISIS” w 2015 roku, po tym jak przeszedł kilkuletnie szkolenie w USA w ramach programu wsparcia antyterrorystycznego stworzonego przez Biuro Bezpieczeństwa Dyplomatycznego, komórkę Departamentu Stanu USA. Po „ucieczce” Chalimow powiedział, że planuje powrót do domu, żeby ustanowić szariat w swoim środkowoazjatyckim kraju i wybrać się na dżihad do Rosji. Co za zbieg okoliczności. Oczywiście dla Pentagonu i CIA wydanie miliardów dolarów z kieszeni podatników na szkolenie i zbrojenie dżihadystów nie jest niczym nowym.

Jest jeszcze jedna drobna kwestia – według anonimowego „źródła dyplomatycznego” co najmniej kilkunastu dowódców polowych ISIS, w tym dwóch „europejskiego pochodzenia”, zostało ewakuowanych z Dajr az-Zauru samolotem sił powietrznych USA pod koniec sierpnia, kiedy stało się jasne, że miasto przejdzie w ręce armii syryjskiej. Zazwyczaj sceptycznie oceniam informacje pochodzące od „anonimowych źródeł dyplomatycznych”, ale w tym wypadku to oświadczenie jest wiarygodne, wziąwszy pod uwagę to, co wiadomo o bezpośrednim wsparciu amerykańskim dla dżihadystów w Syrii. W czerwcu tego roku dowódca wojsk rosyjskich w Syrii, generał Siergiej Surowikin, powiedział, że bojownikom ISIS pozwolono opuścić dwie wsie położone na południowy zachód od Rakki i przemieścić się w stronę Palmyry. Surowikin powiedział, że koalicja USA, wraz z sojuszniczymi Kurdami, „są w zmowie z przywódcami ISIS, którzy poddają obszary znajdujące się pod ich kontrolą i przenoszą się do prowincji, w których operują syryjskie siły rządowe”.

Ale przypuszczam, że nie powinienem skarżyć się zbytnio lub zbyt dużo oczekiwać od psychopatycznych podżegaczy wojennych w Pentagonie i CIA, ich obrzydliwych przyjaciół w Arabii Saudyjskiej i zachodnich mediów, które są ramieniem propagandowym wszystkich trzech. Ich skromny plan zmiany reżimu w Syrii drogą lewej wojny domowej spalił na panewce dzięki rosyjskiemu wojsku pod naczelnym dowództwem Władimira Putina oraz nie lada wysiłków libańskiego Hezbollahu i irańskich milicji. Nic już nie może tego zmienić, nawet amerykański „plan b” wyrzeźbienia państwa kurdyjskiego w północnej Syrii.

Choć twórcy rzeczywistości w Waszyngtonie mogą pomyśleć, że sojusznicza kurdyjska enklawa w północnej Syrii i Iraku może zabezpieczyć dalsze amerykańskie „posiadanie na własność” Bliskiego Wschodu i zapobiec wzrostowi Rosji i Iranu jako dominujących potęg w regionie, jest to dosłownie i w przenośni marzenie ściętej głowy. Jeśli z Syrii i Iraku zostanie wykrojony Kurdystan, odbędzie się to tylko za zgodą Iranu, Turcji, Syrii i Iraku, które mają bardzo dobre powody (i skuteczne środki), aby nie dopuścicie do ustanowienia kurdyjskiego kraju. Zarówno sytuacja geopolityczna, jak i rzeczywistość geograficzna oznaczają zatem, że  w takiej sytuacji ​​oficjalne państwo kurdyjskie byłoby sprzymierzone z najbliższymi sąsiadami, a nie z imperialnymi podżegaczami i wpadającymi bez zapowiedzi obcinaczami głów.

Joe Quinn jest współautorem książek 9/11: The Ultimate Truth (z Laurą Knight-Jadczyk, 2006 r.) i Manufactured Terror: The Boston Marathon Bombings, Sandy Hook, Aurora Shooting and Other False Flag Terror Attacks (z Niallem Bradleyem, 2014 r.), autorem i prezenterem The Sott Report Videos i współgospodarzem cotygodniowej audycji radiowej „Behind the Headlines” w ramach Sott Talk Radio network.

Uznany internetowy eseista od 10 lat pisze wnikliwe analizy dla Sott.net. Jego artykuły ukazały się na wielu alternatywnych stronach poświęconych wydarzeniom na świecie, internetowe stacje radiowe przeprowadzały z nim wywiady, gościł też w irańskiej telewizji Press TV. Jego artykuły można również znaleźć na jego prywatnym blogu JoeQuinn.net.

Tłumaczenie: PRACowniA

Porozmawiajmy o Korei.

za:https://pracownia4.wordpress.com/2017/04/14/porozmawiajmy-o-korei/

Caleb Maupin
New Eastern Outlook
3 maja 2016

Często, kiedy ktoś po raz pierwszy spotyka mnie albo poznaje moje poglądy polityczne, pyta, czy popieram Koreę Północną. Zawsze odpowiadam tak samo: „Nie, nie popieram Korei Północnej. Popieram całą Korę”.

Wśród przeciętnych Amerykanów, a nawet wśród wielu z tych, którzy mają się za aktywistów i lewicowców, panuje spora dezorientacja, jeśli chodzi o Koreańską Republikę Ludowo-Demokratyczną (KRLD) i jej historię. Za każdym razem, kiedy następuje eskalacja napięć na Półwyspie Koreańskim, poziom niezrozumienia jakby się podwyższa. Amerykańskie media nie podejmują prób edukacji społeczeństwa i wytłumaczenia, dlaczego Korea jest podzielona – a często wręcz wypaczają informacje bądź rażąco kłamią.

Dlaczego Korea jest podzielona?

Przed II wojną światową Półwysep Koreański był okupowany przez Japonię, która dopuszczała się tam przerażających zbrodni. Koreanki były zmuszane przez japońskie wojsko do niewolnictwa seksualnego.

Kiedy w marcu 1919 roku pacyfistycznie nastawieni chrześcijanie w Korei zaczęli protestować przeciwko Japonii, zabito ponad 7 tys. z nich. Na pokojowy akt społecznego nieposłuszeństwa wojsko japońskie odpowiedziało podpaleniem losowo wybranych szkół i skazało setki niewinnych dzieci, które nie miały nic wspólnego z protestami, na śmierć w ogniu. Japończycy uwięzili i poddali torturom dziesiątki tysięcy Koreańczyków – wystarczył cień podejrzenia o powiązania z pacyfistycznym antyjapońskim ruchem protestacyjnym.

Kiedy pokojowe próby nie powiodły się, Koreańczycy chwycili za broń i zwrócili się przeciwko japońskiemu okupantowi. W latach 20. i 30. ubiegłego wieku Kim Ir Sen i kilku innych przeszli polityczne i wojskowe przeszkolenie przeprowadzone przez Związek Radziecki. Partie komunistyczne chińska i koreańska często blisko ze sobą współpracowały. Uzbrojeni koreańscy i chińscy komuniści, kiedy walczyli o swoje podstawowe prawa przeciwko japońskim okupantom, otrzymali od ZSRR broń i fundusze.

Kiedy w 1945 roku skończyła się II wojna światowa, północna część Półwyspu Koreańskiego została wyzwolona przez wojska radzieckie. Południowa część Półwyspu dość szybko znalazła się pod okupacją wojsk amerykańskich. W północnej części kraju główne partie ruchu oporu wobec Japonii – w tym komuniści, socjaldemokraci, rewolucjoniści ludowi, chrześcijanie i wiele innych – połączyły się w 1948 roku w Partię Pracy Korei (PPK).

Po zakończeniu wojny w Korei panowało powszechne przekonanie, że odbędą się powszechne wybory, w ramach których każda partia polityczna, z bardzo popularną PPK włącznie, będzie mogła uczestniczyć w stworzeniu nowej konstytucji.

Jednak na południowej części Półwyspu została ustanowiona dyktatura wojskowa. Władzę przejął Li Syng Man (Syngman Rhee) [który w okresie 1905-1945, z kilkuletnią przerwą, mieszkał i studiował w USA] i brutalnie zdusił całą opozycję. Dyktatura Li Syng Mana była otwarcie wspierana przez Stany Zjednoczone, m.in. przy wykorzystaniu przysłanych w tym celu tysięcy amerykańskich żołnierzy.

Kiedy aktywiści – demokraci i działający na rzecz pracowników – mieszkający na wyspie Czedżu powstali przeciwko Li Syng Manowi, domagając się obiecanych im pod koniec wojny wolnych wyborów, siły Syng Mana, z pomocą amerykańskiego wojska, wspólnie dokonały rzezi tysięcy niewinnych cywilów. W odpowiedzi na powstanie zabito 30 tysięcy ludzi – mniej więcej co dziesiątego mieszkańca wyspy.

W reakcji na amerykańską okupację wojskową południowej części Korei, anulowanie wolnych wyborów i rzeź niewinnej ludności cywilnej przez wojsko amerykańskie, Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna, stworzona na północnej części półwyspu, wysłała na południe wojsko w nadziei na zjednoczenie kraju i pozbycie się wojsk USA.

Odpowiedź na próbę ponownego zjednoczenia kraju przyszła w postaci makabrycznej „akcji policyjnej” ONZ, lepiej znanej pod nazwą wojna koreańska. USA zbombardowały w północnej części Półwyspu każdy budynek, który miał więcej niż jedną kondygnację. W celu wywołania masowych powodzi na terenach cywilnych zbombardowane zostały zapory wodne. Zabito 3-4 miliony Koreańczyków.

W 1953 roku ogłoszono rozejm, ale Stany Zjednoczone, wbrew wcześniejszej umowie, nigdy nie podpisały traktatu pokojowego. Formalnie wojna koreańska nigdy się nie zakończyła, a USA nawet nie uznały rządu KRLD za legalny [wciąż uznają rząd Korei Południowej za jedyny legalny rząd koreański].

„Demokracja” w Korei Południowej?

Od 1945 roku południowa część Półwyspu Koreańskiego była przez większość czasu rządzona przez zatwardziałych dyktatorów wojskowych. Li Syng Man i Park Chung-hee nawet nie stwarzali pozorów bycia demokratami. Byli brutalnymi, represyjnymi wojskowymi autokratami, w pełni wspieranymi przez Stany Zjednoczone. Od zakończenia II wojny światowej w południowej Korei przebywały dziesiątki tysięcy amerykańskich żołnierzy, często wykorzystywanych do brutalnego zduszania demokratycznych buntów przeciwko dyktaturze Li Syng Mana i Parka.

W 1980 roku, po serii buntów studenckich, protestów robotników i innych przejawów eskalacji napięć wśród społeczeństwa, Korea zmieniła kurs w stronę mniej opresyjnego rządu. Jednak nawet dzisiaj rządu w południowej Korei nie można uważać za wzór obrońcy „praw człowieka”.

Zjednoczona Partia Postępu (ZPP), jedyna rzeczywiście opozycyjna partia w południowej Korei, została siłą rozłamana przez rząd w 2013 roku.  Pięciu kandydatom z ZPP, którzy wygrali miejsca w parlamencie, nie pozwolono pełnić funkcji. Deputowany z ZPP Lee Seok-ki został skazany na 12 lat więzienia. Wyrok opierał się na zapisie dźwiękowym rozmowy na temat możliwych opcji w hipotetycznej sytuacji wybuchu wojny pomiędzy USA i KRLD.

W 2012 roku młody Koreańczyk Park Jung-geun został skazany na 10 miesięcy więzienia za zwykłe zacytowanie na Twitterze oficjalnej informacji podanej przez media KRLD. Park dodał sarkastyczne, antykomunistyczne komentarze i w oczywisty sposób nie był zwolennikiem swoich rodaków z północy. A mimo to trafił do więzienia.

Ustawodawstwo dotyczące bezpieczeństwa narodowego w południowej części Półwyspu narusza wszelkie „prawa człowieka” i „swobodę wypowiedzi”. W południowej Korei wszelkie wypowiedzi wspierające KRLD, a nawet te ogólnikowo pozytywnie odnoszące się do marksizmu albo socjalizmu, są bardzo poważnym przestępstwem. Koreańczycy żyją w strachu – boją się otwarcie mówić o historii swojego kraju, nieprzerwanej obecności amerykańskich żołnierzy czy nawet o powszechnie dyskutowanych koncepcjach politycznych, takich jak walka klasowa. Powiedzenie czegokolwiek o rodakach z północy, co w jakikolwiek sposób da się zinterpretować jako pozytywne, może zgodnie z koreańskim prawem oznaczać więzienie albo tortury.

Obecnie prezydentem „Republiki Korei” w południowej części kraju jest Park Geun-hye, córka wspomnianego wcześniej dyktatora wojskowego Parka Chung-hee, który jest odpowiedzialny nie tylko za śmierć dziesiątek tysięcy niewinnych ludzi, ale też rutynowo stosował tortury, odpowiedzialność zbiorową i takież kary, odwet na członkach rodzin i inne skrajne pogwałcenia praw człowieka.

Park Guen-hye nie próbuje zdystansować się od ojca ani od jego autokratycznych praktyk i dobrze udokumentowanych zbrodni przeciwko ludzkości. Zamach stanu ojca, kiedy ten przemocą usunął legalnie wybrany rząd i ustanowił brutalną dyktaturę, przedstawia jako „rewolucję w celu ocalenia kraju” od komunizmu.

Pomimo tak paskudnego ucisku, media USA rutynowo nazywają „Republikę Korei” na południu „demokratyczną”.

Warunki na północy

W latach 60., 70., a nawet wczesnych 80. ubiegłego wieku KRLD, w północnej części kraju, miała bardzo silną gospodarkę.

Oczywiście ten fakt był automatycznie odrzucany przez przeciętnego Amerykanina jako oburzająca propaganda, ale jest on potwierdzony przez BBC.

Artykuł na stronie internetowej BBC obwieszcza:

„W pewnym okresie centralnie planowana gospodarka dobrze działała – rzeczywiście, w początkowych latach po utworzeniu po wojnie Korei Północnej rezultaty były znakomite.

Po zakończeniu dewastującej wojny koreańskiej (1950-53) masowa mobilizacja społeczeństwa, wraz z radzieckim i chińskim wsparciem technicznym i pomocą finansową, spowodowały wzrost gospodarczy z rocznym współczynnikiem sięgającym 20, a nawet 30 procent.

Jeszcze w latach 70. Korea Południowa bladła w cieniu ‘cudu gospodarczego’ po północnej stronie granicy”.

Kryzys niedożywienia w KRLD w latach 90. był rezultatem rozpadu ZSRR. Obszary rolne Korei w całości znajdują się na południu Półwyspu, natomiast jego północna część  to głównie obszary górskie. Bez ropy ze Związku Radzieckiego funkcjonowanie rolnictwa w KRLD było bardzo utrudnione. Sankcje nałożone przez USA niemal uniemożliwiły KRLD wymianę towarów na rynkach zagranicznych, czego rezultatem był głód.

Klęskę głodu w latach 90. Koreańczycy nazywają „ciężkim marszem”, a winą zań obarczają Stany Zjednoczone i nałożoną przez nie blokadę ekonomiczną i wojskową. Sytuacja w północnej części Półwyspu w latach 90. była bardzo zła i każdy inny rząd prawdopodobnie by upadł pod taką presją. [W zależności od źródła liczba ofiar głodu szacowana jest na kilkaset tysięcy do miliona, często też można spotkać liczbę 3,5 miliona bądź większą. Interesujące dane na ten temat przytacza Piotr Badura – przyp.]

Stopniowo KRLD zdołała się podnieść po tych dramatycznych latach. Obecnie Korea Północna prowadzi wymianę handlową z Rosją, Iranem, Wenezuelą, Chinami i innymi krajami. Gospodarka rolna KRLD została zreorganizowana i kraj jest obecnie w stanie inwestować w budownictwo, w tym mieszkaniowe, oraz w infrastrukturę dla społeczeństwa.

Wydatki na obronę pozostają wysokim priorytetem i prawie każdy pełnoletni Koreańczyk jest w jakiś sposób zaangażowany w wojsko. Ci, którzy krytykują z tego powodu KRLD, zapominają, że ten kraj jest zupełnie dosłownie w stanie wojny z USA. Wzdłuż jego granicy rozmieszczone są dziesiątki tysięcy amerykańskich żołnierzy. Wojsko USA rutynowo ćwiczy zrzucanie bomby atomowej na KRLD, a generał armii USA Douglas MacArthur publicznie groził zrobieniem tego podczas wojny koreańskiej.

Koreańczycy na północy generalnie czują, że proliferacja broni jądrowej znacznie zwiększyła bezpieczeństwo ich kraju. Teraz, kiedy KRLD ma bombę atomową, jest mniej prawdopodobne, że USA ją zaatakują albo dokonają inwazji i przeprowadzą „zmianę reżimu”, o której często mówią. [KRLD wycofała się (eng.) z traktatu o nierozprzestrzenianiu broni atomowej w styczniu 2003 roku. I tutaj, też po ang.]

Krytyka KRLD pod kątem „praw człowieka” często zupełnie ignoruje kontekst i historię Korei. W wojnie koreańskiej zginęły ok. 3-4 miliony Koreańczyków i jak dotąd nie został podpisany żaden traktat pokojowy. W latach 90. spora liczba Koreańczyków zmarła z niedożywienia narzuconego krajowi przez USA. Naród KRLD dosłownie walczy o życie z dobrze uzbrojonym i najsilniejszym rządem na świecie. Dzięki Stanom Zjednoczonym już straciły życie miliony ludzi w Korei.

Nie można oczekiwać, by jakikolwiek kraj, otoczony i stojący przed tak skrajnym zagrożeniem, był wolnym, otwartym społeczeństwem, z debatami i dyskusją. KRLD jest państwem zamkniętym, znajdującym się w stanie wojny, walczącym o przetrwanie. Nikt rozsądny nie będzie twierdził, że jest rajem na ziemi albo idealnym modelem cywilizacji. W skrajnie nieprzyjaznej sytuacji KRLD trwa – głównie dzięki politycznemu geniuszowi koreańskiej Partii Pracy i jej umiejętności zmobilizowania społeczeństwa i utrzymania jego lojalności.

Amerykańskie media często przedstawiają przywództwo KRLD jako prymitywnych nacjonalistów albo zwolenników supremacji. Ci, którzy dają się złapać na to, że – jak głoszą amerykańskie media – KRLD jest w jakiś sposób „rasistowska”, powinni zwrócić uwagę na fakt, że kraj ten często solidaryzuje się z uciskanymi narodami.

W latach 70. KRLD wspierała w USA Czarne Pantery. Przyszła z pomocą Palestyńczykom. Wspierała także naród Zimbabwe, kiedy walczył przeciwko Imperium Brytyjskiemu i państwu apartheidu i osadników, zwanemu „Rodezja”. KRLD wspierała naród Angoli w walce przeciwko portugalskiemu kolonializmowi. Udzieliła nawet wsparcia wojskowego Nelsonowi Mandeli i Afrykańskiemu Kongresowi Narodowemu, kiedy USA przedstawiały ich jako „terrorystów”.[KRLD potępiła również ostatni atak lotniczy USA na Syrię, nazywając go „niewybaczalnym”.]

Antyazjatycki rasizm i propaganda wojenna

Nienawiść do KRLD zdaje się być niemal kompulsywna w USA, gdzie media rutynowo powtarzają oburzające i zupełnie bezpodstawne oskarżenia pod adresem tego kraju.

Według amerykańskich mediów Koreankom nie wolno jeździć rowerami. To twierdzenie jest bardzo łatwo obalić. Co więcej, Koreanki nie tylko jeżdżą rowerami, ale zdobyły też złote medale w dyscyplinach olimpijskich, takich jak strzelanie do tarczy i podnoszenie ciężarów.

Amerykańskie media bez zająknienia powtarzają, jakoby na północnokoreańskim urzędniku wysokiego szczebla wykonano egzekucję, „rzucając go na pożarcie dzikim psom”. Jak wykazano, źródłem tej odrażającej historii jest satyryczna publikacja w Chinach, która nigdy nie próbowała stwarzać wrażenia prawdziwej.

Hollywood masowo produkuje filmy w stylu „Czerwonego świtu”, „Olimpu w ogniu”  czy „Wywiadu ze słońcem narodu”, mające demonizować KRLD, dehumanizować jej społeczeństwo i psychicznie przygotowywać amerykańską publiczność na wojnę. Ilość i skala skrajnych przekłamań i fałszowania wszystkiego, co wiąże się z sytuacją na Półwyspie Koreańskim, powinny szokować i niepokoić każdego rozsądnego człowieka.

Wielu Amerykanów pochodzenia azjatyckiego mówi, że sposób, w jaki KRLD jest przedstawiana w amerykańskich mediach, powinien być postrzegany jako obraźliwy nie tylko w stosunku do Koreańczyków, ale i wszystkich Azjatów. Anty(północno)koreańska hollywoodzka produkcja „Wywiad ze słońcem narodu”, która wywołała międzynarodowe napięcia, zawierała szydzenie białych aktorów z koreańskiego akcentu. Film również wyraźnie przedstawiał koreańskie kobiety – które wiele wycierpiały będąc zmuszane przez Japończyków do seksualne niewolnictwa i gwałcone przez amerykańskich żołnierzy podczas wojny koreańskiej – jako nic ponad narzędzia do zaspakajania potrzeb seksualnych białych mężczyzn, rzucających w dodatku chamskie komentarze na temat ich ciała. Wyszydzanie akcentu, stylu ubrań i innych rzeczy odnoszących się do KRLD wpasowuje się w przestarzałą koncepcję „azjatyckiego despotyzmu”. Swego czasu mniej więcej w ten właśnie sposób prasa USA i zachodniej Europy przedstawiała chińskich, wietnamskich i nawet rosyjskich przywódców. [KRLD miała do tego filmu jeszcze poważniejsze zastrzeżenia, zarzucając producentom, że promują w nim terroryzm i zamordowanie przywódcy suwerennego kraju, i złożyła skargę w ONZ.]

Kryjące się w podtekście tych oszczerstw i szyderstw przesłanie jest takie, że ludzie azjatyckiego pochodzenia to prymitywni barbarzyńcy, którzy w naturalny sposób pożądają autokracji i potrzebują białych, którzy by ich na siłę „cywilizowali” i uczyli o „demokracji”. Podczas gdy skrajne demonizowanie przywódców KRLD jest najbardziej rażącym przykładem, stara rasistowska karykatura „azjatyckich despotów” i „mongoloidalnych tyranów” stopniowo znów zyskuje na popularności, tym razem w odniesieniu do Xi Jinpinga w Chinach i Władimira Putina w Rosji.

Przez ostatnie 50 lat KRLD nawoływała do pokojowego zjednoczenia Półwyspu Koreańskiego. Przywódcy Partii Pracy Korei proszą teraz jedynie o to, co do czego zgodzono się po zakończeniu II wojny światowej. Chcą ogólnonarodowych wyborów, w których będzie mogła wziąć udział każda partia, łącznie z komunistyczną. Chcą też, żeby amerykańskie wojska opuściły ich kraj.

Nie są to ani radykalne, ani wygórowane oczekiwania. Wniosek KRLD zasadniczo brzmi: „Pozwólcie Koreańczykom rządzić Koreą”. Nie ma w tym żadnego „ekstremizmu”, „szaleństwa” czy „niepoczytalności”.

Koreańczycy są ludźmi — tak jak Amerykanie, zachodni Europejczycy, Rosjanie, Irańczycy, Chińczycy i inni. Jednak są narodem, który został prawie na stulecie podzielony, zdegradowany i poddany niezwykłemu upokorzeniu przez obce mocarstwa.

Naród Półwyspu Koreańskiego, tak na północy, jak i na południu, zasługuje na nasze wsparcie i szacunek, a nie na dalszą demonizację i szyderstwa. Używanie przez amerykańskie media tak daleko idących kłamstw i rasizmu w przedstawianiu sytuacji na Półwyspie Koreańskim powinno spotkać się z globalnym oburzeniem.

——–
Caleb Maupin jest analitykiem politycznym i aktywistą mieszkającym w Nowym Jorku. Studiował nauki polityczne w Baldwin-Wallace College i był zaangażowany w ruch Occupy Wall Street. Pisze głównie dla magazynu internetowego „New Eastern Outlook”.

Tłumaczenie: PRACowniA

 

Komentarze Pracowni

Wokół Półwyspu Koreańskiego robi się coraz bardziej gorąco. Wygląda na to, że „doktryna powstrzymywania” znalazła kolejnego adresata – Chiny. USA/Pentagon / „głębokie państwo” w USA starają się otoczyć Chiny swoimi bazami i bronią atomową, tak jak otoczyły Rosję. Jednym z etapów jest umieszczenie THAAD i broni atomowej w Korei Południowej. Garść linków:

Zygmunt Białas – Co się dzieje w Korei Północnej (wrzesień 2016)

Trochę więcej historii: Zrozumieć Koreę Północną

Sputnik:

Trump wysłał „armadę” na Półwysep Koreański; obszerniej: RT (eng.)

Jak Trump zamierza powstrzymywać Koreę Północną?

Not Our Fault: North Korea Says Washington to Blame for Escalating Tensions

According to South Korea’s Yonhap News Agency, the North Korean statement said, „By relentlessly bringing in a number of strategic nuclear assets to the Korean Peninsula, the US is gravely threatening the peace and safety, and driving the situation to the brink of a nuclear war.” Regarding the strike in Syria, they said „the US. is carrying out military strikes and menacing acts against a sovereign state while calling for peace through strength.”

Who is mad about THAAD? And Why?

The THAAD missile system being erected in a contract with Lockheed-Martin, in cold war terms, is a „strike enabling system.” Once the system is completed, the US and South Korean forces that are already in the Peninsula are free to launch an attack on North Korea, China, or Russia. The THAAD system, modeled after Israel’s Iron Dome, would prevent retaliation strikes aimed at disabling the attackers. THAAD enables the US and South Korea to begin striking countries in the region, while shielding themselves from any response. Furthermore, THAAD includes a radar system that will closely monitor regional activity, not only in North Korea, but also in northern China.

Historia rozmieszczania THAAD na defence24.pl

No i hit miesiąca: NBC News, 7 kwietnia. Fragmenty:

„Wielu czołowych urzędników wywiadowczych i wojskowych poinformowało NBC News, że Rada Bezpieczeństwa Narodowego przedstawiła prezydentowi Trumpowi opcje reagowania na program nuklearny Korei Północnej – w tym rozmieszczenie amerykańskich pocisków nuklearnych w Korei Południowej lub zabicie dyktatora Kim Jong-una. […]

Pierwszym i najbardziej kontrowersyjnym rozwojem działań jest rozmieszczenie broni nuklearnej w Korei Południowej. Stany Zjednoczone 25 lat temu wycofały z Korei Południowej całą broń jądrową. Przywrócenie bomb – prawdopodobnie do bazy sił powietrznych Osan Air Base, mniej niż 50 mil na południe od stolicy Seulu, oznaczałoby pierwsze zagraniczne rozmieszczenie broni jądrowej od końca zimnej wojny, co byłoby niewątpliwie prowokacyjnym ruchem.” (ten fragment tłumaczenia za prisonplanet.pl)

I dalej, za NBC:

Inną opcją jest namierzenie i zabicie Kim Dzon Una i innych wyższych przywódców kraju, w tym decydujących o pociskach rakietowych i  broni atomowej. Jednak, według byłego ambasadora USA w RK Marka Lipperta przyjęcie takiego podejścia ma swoje złe strony… Dyskusje o zmianie reżimu i dekapitacji… często wywołują zaniepokojenie Chińczyków i w efekcie podjęcie przez nich kroków w przeciwnym kierunku niż ten, do którego chcielibyśmy ich przymusić.

Według Stavridisa, byłego dowódcy NATO, „dekapitacja jest zawsze kuszącą strategią … jednak należy sobie zadać pytanie, co się stanie następnego dnia”.

Trzecia opcja to tajna operacja, infiltrowanie Korei Północnej przez siły specjalne USA i Korei Południowej w celu sabotażu albo zlikwidowania kluczowej infrastruktury – na przykład wysadzenia mostów. CIA w rozmowie z NBC powiedziała [oczywiście], że nie zapewni ‘żadnego doradztwa’ dla takiej opcji.

Zdumiewające, że coś takiego pojawiło się w massmediach. Rzecz jasna było to tylko przedstawienie opcji (do odrzucenia, może) w celu uzyskania zgody na opcję, o którą naprawdę chodzi. Ciekawe, czy wczorajsze zrzucenie monstrualnej bomby na Afganistan ma z tym coś wspólnego?

I na koniec: W grudniu ub. roku dwaj amerykańscy żołnierze, stacjonujący w Korei Południowej, zostali złapani na przeszmuglowaniu z Kalifornii 4 kg metamfetaminy w opakowaniach płatków śniadaniowych. Wartość narkotyku oszacowano na 12 milionów dolarów. Korea Pd. nie jest szczególnie zadowolona z istnienia tego procederu. Przejęta dawka wystarczyłaby na zaspokojenie nałogu (lub rozpoczęcie brania) dla 130 tys. osób. Jeden z żołnierzy został właśnie postawiony w stan oskarżenia. O tym polskie media milczą. Można się za to naczytać, jak to w Korei Północnej produkuje się metamfetaminę na masową skalę – a to jako środek na odchudzanie dla tłuściochów, a to na zlikwidowanie uczucia głodu dla masowo niedożywionych obywateli… A uzależnione są 2/3 mieszkańców KRLD. Tylko 2/3?

Retoryka wojenna na temat Iranu i „zlecony przez Trumpa” atak w Jemenie: III wojna światowa wcale się nie zbliża – ta wojna toczy się TERAZ

© kokpit.aero -- Niepotwierdzone zdjęcie przedstawiające wrak przemiennopłata US MV-22 Osprey, który miał „twarde lądowanie” podczas „niespodziewanego nalotu na Al-Kaidę” w prowincji Al-Bajda, w środkowym Jemenie, 28 stycznia 2017

© kokpit.aero — Niepotwierdzone zdjęcie przedstawiające wrak przemiennopłata US MV-22 Osprey, który miał „twarde lądowanie” podczas „niespodziewanego nalotu na Al-Kaidę” w prowincji Al-Bajda, w środkowym Jemenie, 28 stycznia 2017

za: https://pracownia4.wordpress.com/2017/02/28/retoryka-wojenna-na-temat-iranu-i-zlecony-przez-trumpa-atak-w-jemenie-iii-wojna-swiatowa-wcale-sie-nie-zbliza-ta-wojna-toczy-sie-teraz/

Niall Bradley
Sott.net

Retoryka amerykańskiego rządu w stosunku do Iranu osiągnęła ostatnio poziom nienotowany od czasów administracji Busha, a powodem tego zdaje się być ciąg wydarzeń z ostatnich kilku tygodni, jakie miały miejsce w Jemenie i jego okolicach. Ataki USA z użyciem dronów i naloty na jemeńskie obiekty były przeprowadzane przed, w trakcie i po inauguracji Trumpa, ale uwagę amerykańskich mediów przyciągnął dopiero atak jednostki specjalnej USA (Navy Seals 6) w środkowym Jemenie 28 stycznia b.r.

Dwa dni po inauguracji Trumpa amerykańskie drony „zabiły w Jemenie pięciu przywódców Al-Kaidy”. Operacja odbyła się bez wiedzy Trumpa (a więc i bez jego zgody), ponieważ jego poprzednik uwolnił Pentagon od nadzoru wykonawczego w zakresie działań wojennych z wyłącznym użyciem dronów. Machina wojenna USA jest, w pewnym sensie, rozumna. Zazwyczaj działa bez oficjalnego przywództwa, decyzji czy udziału „cywilnego rządu”. To samo dotyczy wielu ataków dronowych, przeprowadzonych w „okupowanych przez ISIS Syrii i Iraku” w okresie przed inauguracją oraz w pierwszych dniach prezydentury Trumpa.

Tak więc chociaż większość ludzi może zakładać, że w okresie między usunięciem starej administracji i wprowadzeniem nowej wszystkie takie operacje byłyby wstrzymane, wcale tak się nie dzieje, co jest dość wyraźnym dowodem, że polityka zagraniczna USA funkcjonuje niezależnie od Białego Domu.

Nocny atak Navy Seals w środkowym Jemenie

Później jednak rozegrało się coś, co najwyraźniej angażowało Trumpa. W niedzielę 29 stycznia US Central Command (CENTCOM) opublikował nieprawdopodobną informację prasową, w której stwierdzano, że „28 stycznia w Jemenie, podczas nocnego nalotu na Al-Kaidę Półwyspu Arabskiego (AQAP), zginął jeden żołnierz amerykański, a czterech innych zostało rannych”. W operacji, jak podano, zabito szacunkowo „14 członków AQAP i zdobyto informacje, które mogą zapewnić wgląd w planowane przyszłe zamachy terrorystyczne”. Aha, i samolot przemiennopłatowy US MV-22 Osprey, wykorzystany w operacji, „miał twarde lądowanie”, więc musiał zostać „zniszczony na miejscu [przez samoloty marynarki wojennej USA]”.

© Unknown -- Zabita w nalocie: Nora al-Aliki, 8-letnia córka Anwara al-Aliki, amerykańskiego muzułmańskiego imama, który został zabity w Jemenie w amerykańskim ataku dronowym w 2011 roku

© Unknown — Zabita w nalocie: Nora al-Aliki, 8-letnia córka Anwara al-Aliki, amerykańskiego muzułmańskiego imama, który został zabity w Jemenie w amerykańskim ataku dronowym w 2011 roku

Naturalnie ten alarmujący rozwój wypadków sprowokował mnóstwo pytań, na które anonimowi urzędnicy amerykańskiego wywiadu z największą ochotą odpowiedzieli w kolejnych „przeciekach” do mediów. W tym momencie historia przedstawia się tak, że siły specjalne USA, w połączeniu z „siłami specjalnymi Zjednoczonych Emiratów Arabskich” (którym, nawiasem mówiąc, przywodzi niejaki Mike Hindmarsh, były szef australijskiego SAS), przeprowadziły przed świtem nalot na wieś Jakla, „znaną twierdzę AQAP” w prowincji Al-Bajda, w południowo-wschodnim Jemenie. Ich zadaniem było „zebranie jak najwięcej informacji wywiadowczych na temat AQAP w celu umożliwienia przyszłych rajdów i ataków przeciwko tamtejszej Al-Kaidzie”.

Lokalne źródła doniosły, że w operacji zginęło aż 57 osób, w tym osiem kobiet i ośmioro dzieci. Jednym z tych dzieci była podobno 8-letnia córka Anwara al-Aliki, „genialnego terrorysty i radykalnego islamskiego duchownego” (i obywatela Stanów Zjednoczonych), który zginął w ataku dronowym w Jemenie w 2011 roku za „wpływanie” na (spiskowanie z? „dżihadykalizację”?) 16-letniego syna bogatego nigeryjsko-brytyjskiego bankiera Farouka Abdulmutallaba, niesławnego „bieliźnianego zamachowca” [nieco późniejszy artykuł o Farouku przetłumaczony na Pracowni tutaj]. CENTCOM zadbał, aby podkreślić to powiązanie w swoim komunikacie prasowym, wskazując, że – poza owym dziwacznym incydentem na pokładzie samolotu z Amsterdamu do Detroit w Boże Narodzenie 2009 roku – AQAP jest również odpowiedzialny za „zamach podczas bostońskiego maratonu i atak na biura Charlie Hebdo w Paryżu”.

CENTCOM opublikował również nagranie filmowe, będące według niego „małą próbką informacji wywiadowczych, jakie pozyskano na miejscu”, to znaczy w „punkcie zbornym, centrum propagandy i węźle logistycznym siatki terrorystycznej AQAP”. Film „demonstruje sposób wytwarzania trójnadtlenku trójacetonu (triacetone triperoxide, TATP) – materiału wybuchowego, stosowanego w licznych atakach terrorystycznych, w tym w próbie ataku ’bucianego zamachowca’ z 2001 roku oraz w atakach w środkach transportu w Londynie w roku 2005”. Pentagon został jednak zmuszony zdjąć to wideo, gdy ktoś zwrócił uwagę, że ich „ważne informacje wywiadowcze” zostały szeroko rozpowszechnione 10 lat temu przez firmę wywiadowczą SITE Rity Katz, prywatną amerykańsko-izraelską firmę szpiegowską, która tak samo dużo zrobiła dla nagłaśniania „planów terrorystycznych” dżihadystów, co Syryjskie Obserwatorium Praw Człowieka dla demonizowania Baszara al-Asada.

© Unknown -- Prezydent Trump z córką Ivanką w drodze na pogrzeb Williama Owena z Navy Seal

© Unknown — Prezydent Trump z córką Ivanką w drodze na pogrzeb Williama Owena z Navy Seal

Wieś, o której mowa, według Baraa Shibana z brytyjskiej grupy Reprieve, zajmującej się prawami człowieka, już w grudniu 2013 r. została zaatakowana przez amerykańskie drony, które zabiły gości weselnych. Pan młody, który przeżył tamten atak, tym razem zginął wraz z synem i córką. Nora al-Aliki, córka „terrorystycznego geniusza”, (która być może, ale niekoniecznie, sama była obywatelką USA) według relacji jej dziadka Nassera al-Awlakiego wykrwawiła się na śmierć dwie godziny po otrzymaniu postrzału w szyję. On sam i inni ocalali mówią, że wieś wcale nie była „twierdzą AQAP”, a raczej wioską rodzinną szejków plemiennych, którzy w rzeczywistości walczą przeciw wspieranemu przez Saudów i USA rządowi Jemenu (obalonemu w wyniku zamachu stanu w styczniu 2015 roku rzez rządzący ruch kierowany przez Hutich, co przyspieszyło „saudyjską” interwencję, zmierzającą do „przywrócenia legalnego, demokratycznie wybranego rządu”– ironia, która całkowicie umyka autokratycznym władcom Zatoki Perskiej, przywołującym tę „słuszną sprawę”). Dziadek Awlaki powiedział, że „oficjalny” rząd (na wygnaniu w Arabii Saudyjskiej) za pośrednictwem swoich sił w Adenie dostarczał broń jemu i jego rodzinie do walki przeciwko Hutim.

 

© South Front

© South Front

 

Ci bojownicy nie tylko są doskonale uzbrojeni – NBC poinformowało o podejrzeniach, że ktoś dał im cynk o nalocie. Według Pentagonu zespół Sealsów spotkał się z ciężkim ostrzałem („strzelały do nas nawet kobiety”), a wychodząc z założenia, że to oni [bojownicy] sprawili przemiennopłatowi MV-22 Osprey „twarde lądowanie” (a nie „zniszczyły go na miejscu” samoloty marynarki USA), jest całkiem prawdopodobne, że zaatakowani mieli również pod dostatkiem ciężkiej broni.

Choć rzecznik Trumpa charakteryzuje operację jako „udaną”, anonimowi oficjele wywiadu USA za „niemal wszystko, co poszło źle”, obwiniają Trumpa, informując media, że „Trump zatwierdził swoją pierwszy tajną operację antyterrorystyczną bez wystarczających informacji wywiadowczych, wsparcia naziemnego czy odpowiednich przygotowań zabezpieczających”. W rezultacie misja skończyła się wylądowaniem w „umocnionej bazie Al-Kaidy, z dostępem chronionym przez zaminowany pas i czuwających snajperów oraz z większym niż się spodziewano kontyngentem uzbrojonych islamskich ekstremistów”. Dla dopełnienia tej paskudnej historii, ci sami oficjele twierdzą, że misja była planowana kilka miesięcy wcześniej, rozważana przez administrację Obamy, ale ostatecznie została odłożona do czasu inauguracji Trumpa „ze względów operacyjnych”.

© Naval Special Warfare Command/kpt. Jason Salata -- młodszy chorąży marynarki William 'Ryan' Owens zginął w Jemenie w nocnym nalocie, który najwyraźniej został schrzaniony ponad wszelkie pojęcie

© Naval Special Warfare Command/kpt. Jason Salata — młodszy chorąży marynarki William ‚Ryan’ Owens zginął w Jemenie w nocnym nalocie, który najwyraźniej został schrzaniony ponad wszelkie pojęcie

Amerykańskie społeczeństwo zostało nagle skonfrontowane z nową rzeczywistością – bezpośrednią obecnością amerykańskich żołnierzy w rejonie konfliktu w Jemenie, a Trump – którego kampania wyborcza bazowała między innymi na powstrzymaniu militarnych awantur za granicą – znalazł się z zakrwawionym nożem w ręce. Przypomina mi to, jak JFK radził sobie z historią z „Zatoką Świń” podczas swoich pierwszych kilku miesięcy prezydentury. Dla nas obecnie wydarzenie to zredukowało się do tego, że albo Kennedy nie wiedział, co kręciła CIA, albo też odkrył ich plan w ostatniej chwili i zablokował wsparcie powietrzne, konieczne dla powodzenia operacji. Jednak dzięki badaniom przedstawionym w książce Davida Talbota Devil’s Chessboard (Diabelska szachownica) mamy teraz dowody, że dyrektor CIA Allen Dulles nigdy nie chciał sukcesu operacji w Zatoce Świń. Sabotował ją od samego początku, ponieważ jego główną misją było „zwrócenie społeczności wywiadowczej przeciwko Kennedy’emu”, który, między innymi przewinami, groził zniweczeniem „ich” polityki zagranicznej.

W każdym razie za misję w Jemenie „odpowiedzialna” jest administracja Trumpa, choć nie możemy tego traktować dosłownie. Pentagon poważnie zabiega, żebyśmy uwierzyli, że po 8 latach prowadzenia przezeń okresowych nalotów powietrznych oraz ataków z użyciem pocisków manewrujących i dronów przeciwko jemeńskiej ludności cywilnej i powstańcom w supernowoczesnej wojnie toczonej w najbiedniejszym kraju Bliskiego Wschodu – kiedy przez cały ten czas ani razu (oficjalnie) nie ryzykowano życiem amerykańskich żołnierzy – nagle, zaledwie tydzień po objęciu prezydentury przez Trumpa, tenże Pentagon powierzył nadzór wykonawczy i planowanie operacyjne wyraźnie wariackiej misji „pozbierania twardych dysków” od „terrorystów AQAP”, ukrywających się w wiosce z trudem położonej na obszarze opanowanym przez lojalistów wspieranych przez Arabię Saudyjską… prezydentowi Donaldowi „Wschodzącej Gwieździe” Trumpowi. Mam poważne wątpliwości co do tego, że został on w pełni wprowadzony w szczegóły operacji, a następnie „dał jej zielone światło”. Nic lepiej nie ilustruje braku posiadania realnej władzy przez amerykańskich prezydentów – zwłaszcza w zakresie polityki zagranicznej – niż nieprzerwane (a w tym wypadku najwyraźniej bezmyślne) działania zbrojne prowadzone przez USA, NATO i monarchie Zatoki Perskiej w okresie przechodzenia od rządów Obamy do Trumpa.

Siła ognia Jemenu (Hutich)

© Unknown – Furgonetki z zamontowanymi działami, używane przez powstańców Huti przeciwko siłom walczącym pod przywództwem „Saudów”. Skąd oni je biorą?

© Unknown – Furgonetki z zamontowanymi działami, używane przez powstańców Huti przeciwko siłom walczącym pod przywództwem „Saudów”. Skąd oni je biorą?

Zmieńmy teraz obiektyw i spójrzmy na inne wydarzenia, rozgrywające się ostatnio w południowej części Półwyspu Arabskiego.

Dwa dni przed amerykańskim nalotem powstańcy Huti zestrzelili saudyjski śmigłowiec Apache w pobliżu miasta portowego Mokka nad Morzem Czerwonym, w południowo-zachodniej części kraju. W grudniu ub. roku inny arabski śmigłowiec Apache został zestrzelony przez Hutich, tym razem w południowej prowincji Arabii Saudyjskiej Nadżran. W rzeczywistości Huti przeprowadzili dziesiątki transgranicznych ataków na cele wojskowe zlokalizowane głębiej na terytorium Arabii Saudyjskiej, zwłaszcza od sierpnia ubiegłego roku. Większość z nich obejmowała ostrzał bliskiego zasięgu i walki o kontrolę nad miastami przygranicznymi i przyczółkami, ale Huti odpalali również rakiety balistyczne w saudyjskie bazy wojskowe. W ciągu zaledwie jednego skoordynowanego ataku na początku grudnia Huti równolegle zlikwidowali co najmniej 4 saudyjskie bazy wojskowe i centra dowodzenia na południu królestwa pociskami balistycznymi, a następnie intensywnym ostrzałem. Liczba saudyjskich ofiar nie jest znana, ale jest oczywiste, że ich siły dotkliwie to odczuły.

Zaledwie dwa dni temu pojawiły się doniesienia, że pocisk balistyczny wystrzelony z Jemenu skutecznie trafił w saudyjską bazę wojskową w Al-Mazahimiyah, 60km od Rijadu. AMN News podało, że w ataku użyto pocisków ziemia-ziemia, zwanych „Burkan-2”, będących „wariantem rosyjskiego pocisku Scud. Nie ma jak dotąd oświadczenia Saudyjczyków w tej sprawie, aczkolwiek okoliczni mieszkańcy pisali w mediach społecznościowych, że słyszeli wybuchy. Wczoraj irańska PressTV cytowała rzecznika Hutich, który potwierdził wystrzelenie rakiet i pokazał ich zdjęcia sprzed momentu odpalenia:

 

© Wojsko Jemenu (siły Hutich) via AMN News

© Wojsko Jemenu (siły Hutich) via AMN News

A to jest podobno klip z pociskami wystrzelonymi w stronę Rijadu:

 

 

Jeśli informacje zostaną potwierdzone, będzie to oznaczać istotną poprawę w stosunku do poprzednich prób wystrzelenia pocisków w Arabię Saudyjską przez Hutich. 27 października 2016 roku wystrzelili pocisk Burkan-1 w główne lotnisko w Dżuddzie – położonej bliżej Sany, stolicy Jemenu, niż Rijad – na saudyjskim wybrzeżu Morza Czerwonego. Wcześniej, 11 października, pocisk balistyczny mierzył w At-Ta’if, w pobliżu Mekki, gdzie znajduje się saudyjska baza sił powietrznych im. króla Fahda. Według Saudyjczyków oba ataki zostały udaremnione przez baterie systemów obrony przeciwrakietowej Patriot, dostarczonych przez USA.

© Unknown, archiwa – zdjęcie okrętów marynarki Iranu

© Unknown, archiwa – zdjęcie okrętów marynarki Iranu

10 października Pentagon poinformował, że dwa pociski zostały wystrzelone w okręt USS Mason, znajdujący się w pobliżu jemeńskiego wybrzeżu Morza Czerwonego, ale „wpadły do wody, zanim dotarły do statku”. Dwa dni później Pentagon stwierdził, że USS Mason i USS Ponce zostały zaatakowane rakietami przez Hutich i że statki wzięły udział w „wymianie ognia”. Huti – którzy za każdym razem, kiedy przeprowadzają ataki, wydają oświadczenia prasowe – zaprzeczyli wystrzeleniu rakiet w którykolwiek z tych statków, mówiąc, że nigdy nie strzelają do statków znajdujących się poza ich wodami terytorialnymi, i oskarżyli Amerykanów o wymyślenie tych historii, żeby uzasadnić interwencję w imieniu nieskutecznej „saudyjskiej koalicji”. Następnie USA „wzięły odwet”, odpalając pociski manewrujące Tomahawk z USS Nitze i niszcząc trzy instalacje radarowe Hutich. Co ciekawe, 13 października Iran wysłał flotę okrętów wojennych do Zatoki Adeńskiejw celu ochrony statków handlowych przed piractwem”, a Pentagon powiedział Fox News, że w tym czasie w okolicy przebywał chiński okręt i rosyjski statek szpiegowski”.

Mój kolega Joe Quinn pisał [na Pracowni tutaj], że podobno Huti wysadzili saudyjską fregatę klasy Al-Madina przy pomocy „samobójczych łódek załadowanych nawozem”, i to na otwartym morzu, 30 stycznia, czyli dwa dni po nalocie amerykańskich Sealsów. To nie był przypadek. Oczywiście jest to trudne do zweryfikowania – Saudyjczycy i ich sojusznicy mają naturalną tendencję do minimalizowania swoich strat, podobnie jak Huti mogą wyolbrzymiać swoje sukcesy – ale Huti twierdzą, że był to jedenasty statek saudyjskiej koalicji, jaki trafili w ciągu dwóch lat stawiania oporu saudyjskiemu natarciu. Takie ataki nie mogą odbyć się bez specyficznych instalacji radarowych, jakie USA podobno zabrały z powrotem do domu w październiku, więc albo USA nie dostały wszystkich instalacji, albo Huti są ponownie zaopatrywani w urządzenia o zaawansowanej technologii. Tym, co rozpoczęło powyższą sekwencję zdarzeń był udany atak rakietowy Hutich na wyprodukowany przez USA i pływający pod banderą Emiratów hybrydowy katamaran HSV-2 Swift, znowu w pobliżu czerwonomorskiego portu Mokka w cieśnienie Bab al-Mandab na początku października 2016 r. Podobno Huti całkowicie zniszczyli ten statek:

 

 

Zauważyliście, jaką technologię radarową mają? Użyty pocisk wygląda na „C-802, ulepszoną wersję eksportową chińskiego pocisku przeciwokrętowego Eagle Strike YJ-82”.

© Emirates News Agency – Wrak dostarczonego przez USA statku „ZEA”, zniszczonego w ataku rakietowym „Hutich” u jemeńskich wybrzeży Morza Czerwonego na początku października 2016 r.

© Emirates News Agency – Wrak dostarczonego przez USA statku „ZEA”, zniszczonego w ataku rakietowym „Hutich” u jemeńskich wybrzeży Morza Czerwonego na początku października 2016 r.

Ostatnio intensywne walki są toczone w południowo-zachodnim krańcu kraju, gdzie głównym celem dla obu stron jest kontrola nad cieśniną Bab al-Mandab. W ostatnich starciach Saudyjczycy ponieśli poważne straty. Irańska agencja Fars News donosi, że w ubiegłym tygodniu w regionie zostało zabitych około 450 „wspieranych przez Arabię Saudyjską bojowników”, w tym drugi w hierarchii dowodzenia dowódca polowy saudyjskiej koalicji (Saeed al-Samati al-Sabihi) oraz „wynajęci przez Saudyjczyków zagraniczni najemnicy, częściowo z krajów arabskich”. Huti twierdzą również, że zlikwidowali jeszcze inną kluczową instalację, na wyspie Zukar na Morzu Czerwonym – kolejnym pociskiem balistycznym – „zabijając co najmniej 80 saudyjskich i emirackich żołnierzy i oficerów”. [Lokalizacja wyspy Zukar jest zaznaczona na zamieszczonej wyżej mapce.] Przekazujące te informacje źródło wojskowe Hutich dodało, że saudyjskie centrum operacyjne dla operacji związanych z Bab el-Mandab „znajduje się w Erytrei i przebywają tam oficerowie i eksperci z Izraela, Arabii Saudyjskiej i ZEA”. Co ciekawe, informator zapytany o nalot amerykański w prowincji Al-Bajda w dniu 28 stycznia powiedział, że prawdopodobnie sygnalizuje on nową strategię USA dążenia do podziału kraju wzdłuż istniejących linii walk.

Mógłbym tak bez końca. Poszukajcie na Youtube „huti trafili arabskie czołgi” [ang: houthis hit saudi tanks], a dostaniecie dziesiątki filmów przedstawiających siły sojuszu Huti-Saleh niszczące czołgi Bradley i Abrams w całym Jemenie na przestrzeni mniej więcej ostatniego roku. Straty saudyjskiej koalicji w czołgach były tak ciężkie, że USA muszą wysłać im setki dodatkowych. W okresie swoich dwóch kadencji Obama nadzorował sprzedaż broni i sprzętu wojskowego dla Arabii Saudyjskiej na wartość 115 miliardów dolarów. Nie wiem, jaką część tej kwoty stanowi opłacanie najemników, ale wiadomo, że bliskowschodnie media rutynowo informowały o potężnej liczbie ofiar wśród tysięcy zagranicznych najemników Saudów. Według jednego z raportów w marcu ub. roku zabito ponad 4000 z nich. Niesławna prywatna amerykańska armia DynCorp podobno weszła do gry za 3 miliardy dolarów. Już w grudniu 2015 r. brytyjskie władze męczyły się, żeby wyjaśnić, dlaczego byli żołnierze brytyjscy, walczący teraz pod banderą ZEA, byli znajdowani martwi w Jemenie.

Imperium USA kontra sojusz euroazjatycki

Dwa kluczowe wąskie gardła transportu wodnego po dwu stronach Półwyspu Arabskiego

Dwa kluczowe wąskie gardła transportu wodnego po dwu stronach Półwyspu Arabskiego

Jak wyjaśnialiśmy w tym artykule, saudyjscy monarchowie i emirowie krajów Zatoki Perskiej nie mają własnych wojsk. Ich armie i broń są zachodnie (głównie amerykańskie) pod niemal każdym względem. Ich „wojska narodowe” są obsadzone żołnierzami, pilotami, zespołami wsparcia i wyższymi oficerami wywodzącymi się z szeregów armii USA, Wielkiej Brytanii, Australii i innych krajów zachodnich. Dzięki obsesji USA na punkcie „interoperacyjności” sprzedawanej broni, „saudyjskimi” operacjami mogą skutecznie zdalnie kierować amerykańscy, brytyjscy i izraelscy dowódcy, jednocześnie sprzedając to jako „saudyjską wojnę”. Nie jest saudyjska –  jest to całkowicie zachodnia wojna o kontrolowanie Jemenu, a tym samym jednego z kluczowych „wąskich gardeł” szlaku żeglugowego w handlu towarami i energią na naszej planecie – cieśniny Bab al-Mandab, która przez Morze Czerwone łączy Ocean Indyjski z Morzem Śródziemnym.

Ale to wszystko jest już dość dobrze znane – Stany Zjednoczone i ich sojusznicy niezbyt dobrze ukrywają swoje zaangażowanie w Jemenie. Nowością jest jednak to, co w tym konflikcie robi „strona przeciwna”. W tej wojnie nie chodzi oczywiście o „zwalczanie Al-Kaidy”, której obcinacze głów, jak wiemy – dzięki ujawnieniu machinacji w Syrii – pracują dla Arabii Saudyjskiej, Kataru, a w ostatecznym rozrachunku – dla zachodnich interesów. I nie chodzi oczywiście o „zwalczanie piratów”, jak niemal szyderczo twierdzili Irańczycy. Pomiędzy ich pociskami balistycznymi, wspomaganymi systemami radarowymi, transportowymi i wdrażania, przenośnymi systemami obrony powietrznej i przeciwczołgowej i furgonetkami doposażonymi w działa, a jak się wydaje niekończącymi się dostawami broni ręcznej, żeby z powodzeniem opierać się i pokonać przeważającą (do tej pory) siłę ognia skierowaną przeciw nim, stało się jasne, że ci dzielni Jemeńczycy, opierający się masowym bombardowaniom z powietrza, otrzymują poważne wsparcie z zagranicy.

© AP -- Listopad 2016 r., generałowie Pekinu i Teheranu podpisują umowę o współpracy w „przeprowadzeniu wspólnych ćwiczeń wojskowych” i „stworzeniu zbiorowego ruchu w celu przeciwstawienia się zagrożeniu terroryzmem”. Jest to kod dla hasła „połączmy siły i przenieśmy globalną zastępczą ‘wojnę z terrorem’ do USA”.

© AP — Listopad 2016 r., generałowie Pekinu i Teheranu podpisują umowę o współpracy w „przeprowadzeniu wspólnych ćwiczeń wojskowych” i „stworzeniu zbiorowego ruchu w celu przeciwstawienia się zagrożeniu terroryzmem”. Jest to kod dla hasła „połączmy siły i przenieśmy globalną zastępczą ‘wojnę z terrorem’ do USA”.

Z pierwotnej „koalicji Decisive Storm” krajów muzułmańskich, które poparły saudyjską inwazję na Jemen, wstrzymało się tylko jedno państwo Zatoki Perskiej: Oman, a jest on prawdopodobnie tym mułem, który przenosi większość broni rebeliantów w strefę wojenną. Ale sam Iran z Omanem nie byłyby w stanie zrobić tego bez protekcji sił na tyle dużych, by mogły trzymać w szachu moc wojskową USA. Myślę, że mamy tutaj „triumwirat” Moskwa-Pekin-Teheran, na pełnych obrotach przeciwstawiający się „zachodniemu imperium”.

Myślę, że budowniczowie imperium USA nie przewidywali tak długiego ciągnięcia się tej wojny, kiedy w styczniu 2015 r. dawali Saudyjczykom zielone światło do szybkiego zmuszenia Jemenu nalotami do uległości. W wyniku nieoczekiwanych sukcesów Hutich w Pentagonie i w Rijad szaleje paranoja. Na rządy USA i Wielkiej Brytanii spada sporo krytyki od obywateli za sprzedaż Saudyjczykom takich ilości broni (przy tak niewielkich  korzyściach), przymuszając je, by przynajmniej oficjalnie ograniczyły swoje zaangażowanie operacyjne. To w świetle ich dotkliwych porażek w Jemenie powinniśmy rozważać najnowszą retorykę wojny przeciwko Iranowi.

„Bombardować, bombardować Iran” (w Jemenie)

© Unknown – „To... to... to nie może się dziać naprawdę!”

© Unknown – „To… to… to nie może się dziać naprawdę!”

Doradca ds. Bezpieczeństwa Narodowego Michael Flynn – który, jak na ironię, był łojony przez amerykańskie media za bycie „rosyjskim agentem” do czasu inauguracji Trumpa – oddał pierwszą salwę, kiedy ogłosił, że Iran „otrzymał ostrzeżenie” za „testowanie rakiet balistycznych” na swoim własnym podwórku, co, jak powiedział, „naraziło na niebezpieczeństwo życie Amerykanów”. Ale to nie pociski balistyczne na irańskim podwórku go martwią – martwią go latające wszędzie pociski balistyczne Hutich; pociski, które są wyraźnie są dostarczane Hutim przez Rosję i Chiny za pośrednictwem Iranu. Flynn oskarżył również Iran za „przekazywanie broni i wspieranie terroryzmu”, wyraźnie odnosząc się do irańskiego wsparcia dla Hutich w Jemenie. Amerykańskie media – jak zawsze z pomocą jakiś anonimowych funkcjonariuszy wywiadu wojskowego, którzy „nie są uprawnieni do rozmawiania z mediami” – wypełniły resztę tej historii odwołaniami do rzekomych „ataków Hutich” na okręty USA w październiku, wykorzystanych przez USA do uzasadnienia bezpośredniej interwencji w imieniu swojego nieskutecznego pełnomocnika (Arabii Saudyjskiej). Ataki te prawdopodobnie nie miały miejsca, więc między wierszami USA mówią: „nasze saudyjskie siły zostały zaatakowane przez Iran, a to daje nam prawo do odwetu bezpośrednio przeciwko Iranowi”. Tyle tylko, że nie daje, i oni to wiedzą. Bardzo dobrze znają zasady gry, ponieważ sami je stworzyli. A poza tym, nie mogą z tym nic zrobić, bo wiedzą, że każdy potencjalny konflikt z Iranem bezwarunkowo, w taki czy inny sposób, zaangażuje Rosję i Chiny.

Druga salwa przyszła trzy dni później, kiedy nowy sekretarz wojny obrony USA James Mattis oświadczył, że Iran jest „największym na świecie sponsorem terroryzmu” – jasne,  pewnie nawet wszechczasów! Gdybyście, próbując zrozumieć, co Mattis miał na myśli, dysponowali tylko publiczną narracją o islamskim terroryzmie, Al-Kaidzie i ISIS, można by wam wybaczyć myślenie, że facet oszalał (lub po prostu zachował się odpowiednio do swojego przezwiska). No bo przecież Iran walczy przeciwko ISIS, al-Nusrze i wszystkim innym dżihadowskim armiom najemników w Syrii i Iraku. Ergo, Iran robi, co do niego należy, żeby zapobiec przyszłym atakom terrorystycznym na Zachodzie. Ale jeśli zrozumiecie, że Mattis nawiązywał do roli, jaką Iran odgrywa w używaniu Hutich do „sprawienia Saudyjczykom ich własnego Wietnamu”, jak to się mówi, to zrozumiecie też wagę deklaracji Mattisa. I wtedy też zrozumiecie, dlaczego następnie biadolił:

Ignorowanie tego [irańskiego przywiązania do terroryzmu”] nic dobrego nie przyniesie. Nie pomoże zbycie tego, a jednocześnie nie widzę żadnej potrzeby zwiększenia liczebności sił, jakie mamy obecnie na Bliskim Wschodzie. Zawsze możemy to zrobić, ale nie sądzę, żeby w tej chwili to było konieczne”.

© Unknown -- Hasan Rouhani, prezydent Iranu: „Ameryko, rozszyfrowaliśmy zasady twojej gry. Teraz nadszedł nasz czas”.

© Unknown — Hasan Rouhani, prezydent Iranu: „Ameryko, rozszyfrowaliśmy zasady twojej gry. Teraz nadszedł nasz czas”.

Mogą wypowiadać publicznie „mocne słowa”, jednocześnie dyskretnie podsyłając więcej pieniędzy, najemników i broni na Bliski Wschód, ale na tym koniec. W przeciwnym razie, jeśli „podejmą bezpośrednią walkę z Iranem w Jemenie”, sytuacja się odwróci i Jemen stanie się „Wietnamem” Ameryki. Kiedy bezpośrednio zaangażuje się siły USA w starcie z „przebranymi” siłami rosyjsko-chińsko-irańskimi, ryzyko natychmiast niesłychanie wzrośnie. Więc Trump podpisał się pod nowymi sankcjami przeciwko Iranowi, zaś Netanjahu pognał do Londynu z petycją do brytyjskiego rządu, by ten dołożył kolejne sankcje, wzywając wszystkie „odpowiedzialne kraje” do nałożenia kolejnych sankcji i wykorzystując swoją konferencję prasową z premier May do ostrzeżenia świata, że „Iran dąży do unicestwienia Izraela, dąży do podboju Bliskiego Wschodu, zagraża Europie, zagraża Zachodowi, zagraża światu”.

Jest już za późno dla Imperium na wywiązanie się z takich słownych pogróżek pod adresem Iranu. Trump może tweetować do późna w nocy, że Iran „igra z ogniem”, ale to nie zmienia faktu, że Iran ma teraz możliwości wojskowe, żeby zabezpieczyć się przed amerykańskim bombardowaniem. Na froncie finansowo-gospodarczym, dzięki cierpliwym posunięciom dyplomatycznym Iranu i jego sojuszników w ciągu ostatniej dekady, „irański układ jądrowy” (który oczywiście miał niewiele wspólnego z bronią nuklearną) został uzgodniony w ubiegłym roku. Ten dżin już wyszedł z butelki: już są zaplanowane potężne kontrakty handlowe i inwestycyjne między Iranem a korporacjami i rządami – zarówno za Wschodu, jak i Zachodu. Jeśli już, to Iran jest ośmielony ostrymi protestami w Waszyngtonie, Londynie i Tel Awiwie: jego reakcją było testowanie kolejnych pocisków i systemów radarowych oraz nałożenie sankcji na „osoby z USA sponsorujące terroryzm”.

Kubusiu (to do Jima M.), to III wojna światowa, ale inna niż się spodziewaliśmy

© Unknown – „System petrodolarowy” rozpada się

© Unknown – „System petrodolarowy” rozpada się

Kuchmistrze Pax Americana są zdesperowani. Cały ich system opiera się na petrodolarze i kontroli kurków ropy na Bliskim Wschodzie. Jeśli stracą Jemen, jest jak w banku, że Iran zastąpi Arabię Saudyjską jako nowy regionalny „zwycięzca”. Iran będzie wówczas w stanie pełnić dominującą rolę w obu głównych bramach szlaku żeglugowego w regionie – w cieśninach Bab al-Mandab i Ormuz. Następnie zastąpi Arabię Saudyjską w roli głównego bliskowschodniego dostawcy ropy naftowej i gazu, a tym samym odziedziczy pozycję „globalnego kurka energii”. Dom Saudów, którego rządy są zdefiniowane przez jego uzależnienie od Anglo-Amerykanów, prawdopodobnie będzie skończony. Izrael może pocałować na pożegnanie swoje państwo apartheidu, ponieważ jest zmuszony współpracować ze swoimi arabskimi sąsiadami na równych zasadach. A wszystko to razem oznacza przerwanie zachodniej hegemonii i kładzie kres trzem wiekom globalnej dominacji krajów anglosaskich.

Ale wybiegamy za daleko w przyszłość. Pozostaje wciąż wiele niewiadomych i sporo może się wydarzyć.

To, co obserwujemy w Jemenie – i w Syrii, i Iraku, i gdzie indziej – to stopniowe wypieranie USA z Bliskiego Wschodu, dzięki skoordynowanym posunięciom ze strony Rosji, Chin i Iranu. Wyobrażanie sobie „III wojny światowej” jako „wielkiego widowiska” rozgrywającego się pomiędzy wielkimi mocarstwami, które kończy się nuklearnym holokaustem, utrzymuje ludzi w strachu i „na boku” i odwraca ich uwagę od paskudnego biznesu dzielenia naturalnych (w tym ludzkich) zasobów planety, a także od codziennego horroru, jaki sprowadza to na miejsca takie jak Jemen, Libia i Syria. To nie wojna światowa, w której „zwycięzca bierze wszystko” – to wojna proxy z kalkulowanym ryzykiem. Kraje spoza Zachodu nauczyły się ukrytych (do niedawna) reguł gry i teraz stosują te zasady, żeby odwrócić sytuację na niekorzyść Imperium.

„III wojna światowa”, jaka rzeczywiście się toczy – i toczyła się od czasu 9/11 – to trwająca cywilizacyjna walka pomiędzy „Zachodem” i „całą resztą”.

Tłumaczenie: PRACowniA

Podgórski: Czy grozi nam III Wojna Światowa?

Podgórski: Czy grozi nam III Wojna Światowa?

 

We wschodnim basenie Morza Śródziemnego następuje koncentracja amerykańskich i rosyjskich sił marynarki wojennej i lotnictwa. Analiza Krzysztofa Podgórskiego.

„Wyczerpały się rezerwy zaufania w relacjach rosyjsko-amerykańskich”  – szef niemieckiego MSZ  Frank Walter Steinmeier.

„Ryzyko konfrontacji militarnej jest poważne, największe od dekad”  – przewodniczący monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa Wolfgang Ischinger.

„Ogólna sytuacja na dany moment jest, jak myślę, bardzo zła, możliwie, że najgorsza od 1973 roku (przyp. aut. – czyli od czasów wojny arabsko – izraelskiej  „Yom Kippur” ) – ambasador Rosji przy ONZ Witalij Czurkin.

Trzy cytaty z ostatnich dni obrazują rosnące napięcie i konfrontacyjny kurs polityki Moskwy i Waszyngtonu. Co jest źródłem tego sporu, gdzie ulokowane są „punkty zapalne” i co na naszych oczach robią siły zbrojne obu mocarstw?

Koniec supremacji imperium, początek świata wielobiegunowego?

Kluczem do zrozumienia źródeł kryzysu w relacjach Rosja – Waszyngton nie należy upatrywać w konkretnym wydarzeniu typu wojna w Syrii czy niekonstytucyjne przejęcie władzy przez ugrupowania proamerykańskie w Kijowie i związana z nim rebelia we Wschodniej Ukrainie oraz rosyjska aneksja Krymu.

Po upadku i rozpadzie ZSRR Stany Zjednoczone weszły w pozycję światowego hegemona. Świat bipolarny zamienił się w jednobiegunowy. „Światowy żandarm” określał standardy, prowadził interwencje i wojny, niektóre nawet bez mandatu ONZ (Irak, Afganistan, Jugosławia, Libia, Syria). Rosja, gospodarczy wrak i polityczny bankrut, staczała się w okresie groteskowej prezydentury mającego problemy alkoholowe Borysa Jelcyna na margines światowej polityki. Jednak po wyborze na prezydenta Rosji Władymira Putina ten upokorzony kolos zaczął się dźwigać. Ukrócenie samowoli oligarchów, odzyskanie kontroli państwa nad kluczowymi elementami gospodarki, hossa cenowa na surowce pozwoliły reformować kraj. Wdrożono rewolucyjną reformę armii oraz ambitny program zbrojeń, nastawiony na nowe technologie. Zwycięstwa  militarne w Czeczeni i w konflikcie  z Gruzją, przywróciły rosyjskiej armii poczucie własnej wartości i siły. Wraz ze wzrostem siły ekonomicznej i militarnej wzrosły polityczne ambicje Moskwy. Znajdując wsparcie ze strony Chin rosyjskie kierownictwo zaczęło forsować koncepcję „świata wielobiegunowego”. Świata ze znaczącą oczywiście rolą odrodzonej Rosji. Co oczywiste, dla rządzących USA elit, rosyjskie pomysły są nieakceptowalne.

W tych warunkach, USA i kraje zachodu otwarcie wsparły niekonstytucyjny przewrót państwowy w Kijowie, zwany II Majdanem. Wywołało to bezprecedensową reakcję Moskwy, która poczuła się śmiertelnie zagrożona ekspansją NATO  ku swym granicom. W tych warunkach Rosja dokonała, fakt że przy wielkim poparciu lokalnej ludności, sprzecznej z prawem międzynarodowym aneksji Krymu. Moskwa wykorzystując kazus Kosowa, gdzie kraje zachodu wyżej postawiły zasadę prawa międzynarodowego, o prawie do samostanowienia narodów, niż zasadę nienaruszalności granic, uznaje ten krok za uzasadniony i prawnie dopuszczalny.

Rosja ewidentnie wsparła też rebelię we Wschodniej Ukrainie, a wobec zagrożenia jej spacyfikowania przez armię ukraińską,  w sierpniu 2014, „urlopowicze”  z rosyjskiej armii rozbili pod Iłowajskiem znaczące siły ukraińskie. Rebelianci i „wschodni wiatr”,  wyszli na tyły tzw. batalionów ochotniczych sformowanych z bojówkarzy „Prawego Sektora” i neofaszystów z partii Svoboda, doprowadzając do klęski Ukraińców i zawarcia rozejmu.  Obowiązujący aktualnie rozejm tzw. Mińsk II, nie satysfakcjonuje nikogo. Na Donbas płynie zaopatrzenie i środki finansowe dla ludności z Rosji oraz uzbrojenie i „doradcy” do powstańczych armii. Z drugiej strony obywatele USA zostali członkami rządu ukraińskiego, oraz administracji, częściowo ją kontrolując. Przykładem spektakularnym jest Michaił Saakaszwili obywatel USA, były prezydent Gruzji, dziś Gubernator Odessy – kluczowego obszaru Ukrainy drugiego jej miasta pod względem wielkości i największego portu Morza Czarnego. Tu również z USA płynie uzbrojenie, „doradcy” i wsparcie finansowe. Różnica potencjałów Ukrainy i zbuntowanej części Donbasu są przeogromne. W ocenie specjalistów, rozwiązanie militarne ze strony Kijowa to tylko kwestia czasu. Najprawdopodobniejsza jest operacja na wzór chorwackiej ofensywy „Burza” („Olujia) przeprowadzonej w sierpniu 1995, w wyniku której, Chorwacja rozbiła samozwańczą Republikę Serbów w Krajinie.

Dla Rosjan, permanentna ekspansja NATO na wschód, wbrew, jak twierdzą, porozumieniom związanym ze zgodą ZSRR na zjednoczenie Niemiec, traktowana jest za śmiertelne niebezpieczeństwo. O ile wejście w skład Paktu Północnoatlantyckiego Polski, Czech, Słowacji, Bułgarii, Rumunii, Węgier było dla Moskwy bolesne, ale akceptowalne, o tyle przyjęcie Litwy, Łotwy , Estonii zapaliło na Kremlu „czerwone światło”. Zagrożenie wejściem do NATO Ukrainy to już wizja infrastruktury NATO i wojsk USA na wysokości Wiaźmy i Rostowa, to tylko kilkaset kilometrów od Moskwy. Żaden prezydent Rosji nie będzie przyglądał się temu bezczynnie. Tym bardziej, że nie jest prowadzony jakikolwiek dialog z Kremlem. Po prostu Moskwa ma przyjąć do wiadomości suwerenne decyzje innych państw, w tym o wstąpieniu do NATO. Rosja tę suwerenność i niezależność Kijowa podważa, uznając jej władze za marionetki Waszyngtonu, które uzyskały władzę w kraju w drodze niekonstytucyjnej. W drodze, zdaniem Rosjan,  inspirowanego i sfinansowanego z zagranicy przewrotu.

W tej sytuacji nie dziwi, że Rosja tworzy na pograniczu z Ukrainą, dotychczas mającym symboliczne znaczenie, potężne trzy zgrupowania wojskowe. Formuje 1 armię pancerną gwardii i nowe dywizje wokół Wiaźmy, Smoleńska  i Rostowa. To tu rosyjscy planiści wojskowi widzą zagrożenie dla swego kraju.

Po obu stronach „lont” się tli, a linia rozgraniczenia wojsk ukraińskich i samozwańczych republik – Donieckiej Republiki Ludowej i Ługańskiej Republiki Ludowej permanentnie jest w ogniu, giną cywile i żołnierze. Sytuacja jest napięta i w każdej chwili, przy niekorzystnej konfiguracji przypadków, może zamienić się w pełnowymiarowy konflikt zbrojny. Za plecami powstańców jest Rosja, za plecami Ukrainy USA i NATO.

Pomimo tego napięcia, sytuacja w wyniku mediacji tzw. czwórki normandzkiej oraz rozejmu Mińsk II nadzorowanego przez OBWE wydaje się pod kontrolą. Częściową, ale kontrolą społeczności międzynarodowej, o czym o wojnie w Syrii powiedzieć się nie da.

Syryjska „beczka prochu”

Apogeum swego rodzaju amerykańskiego mesjanizmu politycznego była próba zaszczepienia zachodnich standardów politycznych i praw człowieka w Północnej Afryce i na Bliskim Wschodzie. Przybrało to nazwę tzw. „Arabskiej  Wiosny”. Była to próba obalenia rządzących, świeckich, wielokroć skorumpowanych dyktatorów i wprowadzenia demokracji na wzór zachodni. Niestety, w warunkach demokratycznych władza zaczęła trafiać w ręce radykałów islamskich, co zdestabilizowało Tunezję, Maroko, Egipt i doprowadziło do powstania tzw. państw upadłych jak Libia, Syria czy Irak, w których władze centralne kontrolują tylko część terytorium. Zaczął się szerzyć terroryzm, a w kierunku Europy z ogarniętych wojnami krajów popłynęła rzeka uchodźców. W Libii obserwujemy całkowity rozpad tego kraju. W tych warunkach „do gry” przystąpiła Rosja. Prezydent Putin rozpoczął swoistą krucjatę w celu zabezpieczenia i przywrócenia status quo. Duże dostawy taniej broni ciężkiej wsparły rząd w Bagdadzie walczący z Państwem Islamskim. Setki czołgów T-72, śmigłowce szturmowe MI-28, samoloty szturmowe SU-25 czy rakietowe miotacze ognia TOS-1 „Buratino” dały Irakijczykom oręż do walki z wahabicką rebelią. To właśnie stąd wdzięczni Irakijczycy, mimo sojuszniczej współpracy z USA, swobodnie przepuszczają przez swoje terytorium samoloty wojskowe Rosji zmierzające do Syrii. Nie gorsze relacje nawiązała Rosja z Egiptem, gdzie wojskowa junta obaliła demokratycznie wybrane władze islamistów i toczy krwawe walki z islamistami na Synaju. Rosjanie wspierają Egipt wywiadowczo i uzbrojeniem, właśnie trwają na Półwyspie Synaj wspólne manewry wojsk powietrzno – desantowych Rosji i Egiptu. Rosjanie uzgadniają też odtworzenie do roku 2019 swojej bazy morskiej w Egipcie w Sidi Barrani.

Rosja dysponuje już bazą lotniczą w Syrii w Chmejmim. Dwa tygodnie temu Moskwa podjęła decyzję o przekształceniu dzierżawionego od Syryjczyków portu w Tartu z czasowego miejsca bazowania, na potężną bazę morską floty rosyjskiej na Morzu Śródziemnym. Rosyjska interwencja w Syrii rozpoczęta w roku 2015 diametralnie zmieniła przebieg wojny domowej, wspieranej z zewnątrz. Prezydent Asad, mając wsparcie rosyjskiego lotnictwa oraz wojsk Iranu powoli odzyskał przewagę i dziś sukcesywnie spycha tak dżihadystów z syryjskiej  Al-Kaidy (An-Nusra – dziś nazywająca się Dżabhat Fateh asz-Szam) jak i tzw. umiarkowaną opozycję sponsorowaną przez zachód na czele z USA oraz terrorystów z Daesz.

Trwa kluczowa bitwa tej wojny, bitwa o największe miasto – Allepo. Jeśli zbuntowane wschodnie dzielnice zdobędzie armia rządowa i jej sojusznicy z Iranu, Iraku, Libanu i Palestyny, to ostateczne zwycięstwo prezydenta  Baszara Asada będzie kwestią czasu. Miliardy dolarów płynące przez lata do syryjskiej zbrojnej opozycji z Jordanii, Arabii Saudyjskiej, Wielkiej Brytanii i USA „pójdą w błoto”. Opozycja mająca przejąć Syrię i jej pola naftowe i gazowe zostanie unicestwiona. Scenariusz libijski,  jaki zaplanowano dla Syrii w kilku stolicach, może się nie ziścić. Stąd też taka skala gróźb pod adresem Rosji płynąca z Londynu i Waszyngtonu. Rosjanie są jednak zdeterminowani, na kolejne groźby USA utworzenia „strefy zakazu lotów” czy przeprowadzenia nalotów na pozycje armii syryjskiej odpowiadają zwiększaniem swojej obecności wojskowej i przerzucaniem konkretnych typów uzbrojenia. Napięcie stale rośnie, porozumienie zawarte 9 września w Genewie wynegocjowane przez Siegieja Ławrowa i Johna Kerry’ego, zostało przez elity rządzące w USA uznane za niekorzystne dla interesów Stanów Zjednoczonych. 5 pakietów dokumentów stanowiących jego fundament, regulujących rozejm, zasady walki z Daesz i An-Nusra oraz „mapa drogowa” politycznego rozwiązania kryzysu syryjskiego w ocenie Waszyngtonu zbyt znacząco uwzględniały postulaty Rosji. Szczególny opór nastąpił ze strony wojskowych. Analitycy uznali umowę zawartą w Genewie za nieakceptowalną politykę kapitulancką na rzecz Putina i rządzonej przez niego Rosji. Sabotowanie porozumienia przez Pentagon i „pomyłkowe” zbombardowanie wojsk syryjskich w Deir Ez Zor, doprowadziły do spektakularnego zerwania dróg porozumienia Moskwy i Waszyngtonu w sprawie Syrii.

Spirala wzajemnych oskarżeń narasta, z USA i Wielkiej Brytanii płyną ostre słowa, mówiące o odpowiedzialności Rosji za zbombardowanie konwoju ONZ i zbrodnie wojenne dokonywane w Syrii. Berlin i Londyn głośno mówią o wprowadzeniu kolejnych sankcji gospodarczych i politycznych przeciwko Moskwie, w związku z jej, w ich ocenie,  niekonstruktywną i agresywną postawą w Syrii.

Na sugestie bombardowań czy ataków rakietami manewrującymi na Syryjczyków Rosjanie odpowiadają nie mniej stanowczo. Generał Igor Konaszenkow – rzecznik rosyjskiego MON sugeruje sztabowcom Pentagonu analizę możliwości bojowych rosyjskich systemów przeciwlotniczych rozmieszczonych w Syrii i niedwuznacznie mówi, że Rosjanie nie zostawią syryjskiego sojusznika w obliczu ataku na pastwę Amerykanów. Więcej, Moskwa kieruje ku Syrii potężną ilość okrętów.

rosyjska-flota-marsz-z-siewieromorska-do-tartu

Rosyjska flota płynie ku Syrii

Marynarka wojenna Rosji rozpoczęła gigantyczny manewr siłami czterech flot w wyniku czego, za około 20 dni we wschodnim basenie Morza Śródziemnego dojdzie do skoncentrowania potężnych sił nawodnych wspartych okrętami podwodnymi, pływających pod banderą św. Andrzeja. 15 października z bazy Floty Północnej w Siewieromorsku, znajdującej się opodal Murmańska na Półwyspie Kola wypłynął w kierunku Syrii zespół największych okrętów rosyjskiej marynarki, na czele z okrętem flagowym – lotniskowcem „Admirał floty radzieckiej Kuzniecow”, krążownikiem „Piotr Wielki”, dwoma fregatami  „Siewieromorsk” i „Wiceadmirał Kułakow” oraz okręty wsparcia i zabezpieczenia.

Warto się zatrzymać dłużej, aby zaprezentować potencjał tego, co płynie. „Admirał floty radzieckiej Kuzniecow” to jedyny rosyjski lotniskowiec. Na pokładzie okrętu bazuje grupa lotnicza w składzie 14 myśliwców SU-33, 12 samolotów wielozadaniowych MIG-29 KR oraz grupa śmigłowców zwalczania okrętów podwodnych Ka-27/Ka-29  oraz debiutujące w tej roli, śmigłowce uderzeniowe Ka-52K „Aligator”. Okręt dysponuje też silnym uzbrojeniem przeciw okrętowym, w postaci 12 wyrzutni rakiet P-700 „Granit” dysponujących zasięgiem aż 650 km i przenoszących opcjonalnie głowicę przeciwpancerną o masie 750 kg lub głowicę jądrową o sile 500 KT. Rakiety P-700 „Granit” przeznaczone są do zwalczania dużych okrętów, głównie lotniskowców przeciwnika.

Krążownik „Piotr Wielki” to jednostka typu „Orłan” projekt 1144. Rosja posiada dwie jednostki tego typu, ale tylko jedną sprawną, „Admirał Nachimow” znajduje się w remoncie. Krążowniki projektu 1144 to największe okręty w tej klasie na Świecie, ich wyporność to 26 000 t, dla porównania amerykańskie krążowniki typu „Ticonderoga” to tylko 9000 t. Rosyjski kolos uzbrojony jest w 20 wyrzutni rakiet P-700 „Granit” do walki z okrętami. Dodatkowo ma 12 wyrzutni przeciwlotniczych pocisków dalekiego zasięgu S-300F i 2 wyrzutnie OSA-M, do walki z samolotami. Okręty podwodne i torpedy, rosyjski  krążownik może zwalczać dwoma wyrzutniami rakietowych wyrzutni bomb głębinowych RBU-1000  i dwoma RBU-12000 oraz 2 zestawami wyrzutni po pięć torped kalibru 533 mm. Dodatkowo „Piotr Wielki” ma także dwa działa 130 mm i 8 zestawów  3K87 „Kortik”  składających się z zautomatyzowanych działek 30 mm i rakiet krótkiego zasięgu, służących do zwalczania przeciwokrętowych  pocisków skrzydlatych. Okręt osiąga prędkość 31 węzłów dzięki dwom reaktorom jądrowym. Awaryjnie okręt wyposażony jest jeszcze 2 turbiny parowe. Załoga to 727 oficerów i marynarzy oraz 15 lotników, bo na krążowniku bazują 3 śmigłowce Ka-27 PŁ

Wielkim okrętom towarzyszą dwie fregaty , wg nomenklatury Rosjan  duże okręty zwalczania okrętów podwodnych projektu 1155. Na okrętach zainstalowano 2 poczwórne wyrzutnie rakiet przeciw okrętowych „Rastrub-B” o zasiegu 90 km i prędkości 290 m/s. Okręt w ramach wyposażenia do walki z okrętami podwodnymi posiada dwa poczwórne aparaty torpedowe kalibru 533 mm wyrzutnie bomb głębinowych RBU-600. Fregata projektu 1155 oprócz tego ma dwie pojedyncze armaty 100 mm AK-100, rakiety przeciwlotnicze i systemy zwalczania celów powietrznych w tym rakiet przeciw okrętowych „Kindżał”. „Siewieromorsk” i „Wiceadmirał Kułakow” to nie jedyne okręty, jakie eskortują zespół Floty Północnej idącej ku Syrii. Wraz z okrętami bojowymi płyną okręty zabezpieczenia, holowniki oceaniczne, tankowce.

14 października, cieśniny duńskie przeszły dwie korwety typu Stierieguszczij projektu  20380, należące do Floty Bałtyckiej i obrały kurs na Morze Północne. Korwety „Bojkij” i „Sojkij” to jedne z najnowocześniejszych rosyjskich okrętów. Zaprojektowane jako jednostki trudno wykrywalne dla radarów o futurystycznych kształtach,  wyposażone są w groźne rakiety przeciw okrętowe Ch-35. Dwa bloki po cztery wyrzutnie pocisków „Uran” (Ch-35U) mających zasięg 260 km, uzupełniają rakietowo artyleryjski system przeciwlotniczy „Kortik-M”, działo 100 mm A-190 i pierwszy raz zastosowany na świecie okrętowy system obrony przeciwtorpedowej „Pakiet NK”. Korwety dołączą prawdopodobnie do zespołu floty płynącego z Siewieromorska do Syrii.

Równolegle z Sewastopola, Flota Czarnomorska skierowała na Morze Śródziemne 3 okręty rakietowe w tym dwa bardzo nowoczesne  21631 typu „Bujan M” : „Zielonyj Doł” i „Sierpuchow”. Oba okręty wyposażone są m.in., w 8 wyrzutni zawierających opcjonalnie albo rakiety manewrujące 3M-54 „Kalibr” rażące cele lądowe w odległości do 2500 km , albo ultra nowoczesne rakiety  przeciw okrętowe  P-800 „Oniks” o zasięgu 500 km i prędkości 750 m/s.

W Tartu (Syria) bazuje zaś grupa okrętów w tym krążownik rakietowy „Wariag” typu „Moskwa”. Okręt jest wprawdzie starszy i mniejszy od „Piotra Wielkiego” , wyporność to „tylko”  12 000 t. Na pokładzie ma śmigłowiec zwalczania okrętów podwodnych, 10 wyrzutni torpedowych kalibru 533 mm oraz 16 przeciwokrętowych pocisków P-1000 „Wulkan” oraz 8 wyrzutni przeciwlotniczych pocisków rakietowych dalekiego zasiegu S-300 „Fort”. Okręt posiada systemy przeciwlotnicze „Kindżał” i  „Osa” oraz wyrzutnie bomb głębinowych do zwalczania okrętów podwodnych. Flota Czarnomorska dysponuje też na tym akwenie okrętami podwodnymi projektu 636 „Warszawianka” . Tajemnicą poliszynela, jest fakt, że grupie wypływającej z Siewieromorska towarzyszą w głębinach dwa lub jeden okręty podwodne nosiciele międzykontynentalnych rakiet z głowicami jądrowymi i tzw. podwodny okręt myśliwski o napędzie atomowym.

17 października z portu we Władywostoku ruszyły w kierunku Syrii dwa okręty. Rosyjska Flota Oceanu Spokojnego oddelegowała na Morze Śródziemne niszczyciel „Bystryj”  projektu 956 (oznaczenie NATO typ. Sovriemiennyj) oraz fregatę projektu  1155 „Admirał Trubic” (oznaczenie NATO fregata typ Udaloy). Niszczyciel „Bystryj”dysponuje dwoma podwójnymi działami 130 mm, śmigłowcem Ka-27, wyrzutniami bomb głębinowych oraz dwoma podwójnymi wyrzutniami torpedowymi kalibru 53 mm. Głowna broń niszczyciela to dwie poczwórne wyrzutnie rakiet przeciw okrętowych P-270 „Moskit” o zasięgu do 250 km i prędkości 470 m/s przenosząca głowicę bojową o masie 320 kg.

Warto pamiętać, że Rosjanie niedawno wyremontowali lotnisko na Krymie i przećwiczyli już tam tymczasowe bazowanie samolotów TU-22M3. Te strategiczne bombowce (rosyjska nomenklatura – nosiciele rakiet), osiągają dwukrotną prędkość dźwięku i przenoszą rakiety przeciw okrętowe Ch-22 „Raduga” o prędkości 4000 km/h i zasięgu 500 km. Tym samym samoloty TU-22M3 swobodnie kontrolują wschodni obszar Morza Śródziemnego od cieśniny Dardanele po  Adriatyk i wybrzeże  Włoch oraz Libii.

Tydzień temu „Syria Express” – czyli zespół okrętów desantowych zapewniających zaopatrzenie wojskom rosyjskim w Syrii, dostarczył do Tartu dwubateryjny dywizjon rakiet S-300 „Antiej 2500”. Ta najnowsza, głęboka modernizacja systemu rakiet przeciwlotniczych dalekiego zasięgu S-300 służy do odpierania zmasowanych ataków lotniczych i rakiet manewrujących, na dalekich i średnich podejściach. Dodatkowo wojska syryjskie otrzymały od Rosjan nowoczesne przeciwlotnicze systemy rakietowo-artyleryjskie bliskiego zasięgu „Pancyr-S1”. Każdy pojazd wyposażony w radar, 4 działka 30 mm i 12 rakiet o zasięgu 20 km.

W nieodległym od Tartu (rosyjskiej bazy morskiej) lotnisku Chmejmim, rozwinięty jest dywizjon rakiet dalekiego zasięgu S-400 Triumf i grupa lotnicza licząca ok 40 samolotów i śmigłowców. Bazują tu m.in. 4 najnowsze myśliwce rosyjskie SU-35, 4 SU-30MK, 6 uderzeniowych SU-34 i 12 bombowców taktycznych SU-24M2. W każdej chwili kontyngent lotniczy Rosjanie mogą zwiększyć.

Generalnie, za dwa tygodnie między Syrią, Cyprem i Dardanelami, Rosjanie będą mieli gigantyczne zgrupowanie okrętów wspieranych przez lotnictwo pokładowe i bazowane w Syrii oraz na Krymie. Wszystko działające pod „parasolem przeciwlotniczym” ultra nowoczesnych systemów przeciwlotniczych dalekiego zasięgu S-300 i S-400.

Oficjalne stanowisko Moskwy, że jest to rutynowa, planowana rotacja, zespołu okrętów na czele z krążownikiem „Wariag” wypełniającego zadania osłony morskiej rosyjskiego kontyngentu walczącego w Syrii, wydaje się mało przekonujące. Jakim więc  celom ma służyć koncentracja rosyjskiej  morskiej  potęgi u wybrzeży Syrii za 3 tygodnie, nie wiadomo.

100724-N-5684M-823 PACIFIC OCEAN (July 24, 2010) The aircraft carrier USS Ronald Reagan (CVN 76) transits the Pacific Ocean with ships assigned to Rim of the Pacific (RIMPAC) 2010 combined task force as part of a photo exercise north of Hawaii. RIMPAC, the worldÕs largest multinational maritime exercise is a biennial event which allows participating nations to work together to build trust and enhance partnerships needed to improve maritime security. (U.S. Navy photo by Mass Communication Specialist 3rd Class Dylan McCord/Released)

Po drugiej stronie, krążąc pomiędzy brzegami Grecji a Egiptu, operuje nie mniej potężna amerykańska 6 Flota. W jej składzie, oprócz krążowników typu „Ticonderoga” , niszczycieli oraz fregat,  od niedawna są aż dwa wielkie lotniskowce  US Navy o napędzie atomowym klasy Nimitz. Wyporność takiego kolosa to 72 000 ton, ma on długość 332 metrów, a szerokość pokładu 76 m. Bazuje na nim mieszane skrzydło lotnictwa  w składzie od 60-85 samolotów i śmigłowców. Zasadniczo są to myśliwce F/a-18 „Hornet”, samoloty  wielozadaniowe F/A 18 „Super Hornet” , samoloty wczesnego ostrzegania E-2 „Hawkeye”, samoloty walki elektronicznej EA-6 „Prowler”  oraz śmigłowce SH-60 „Sehawk”.

Dodatkowo u wybrzeży Libanu operuje okręt flagowy francuskiej marynarki wojennej  –  lotniskowiec o napędzie atomowym „Charles de Gaulle”, wraz okrętami wsparcia i eskorty. Jego grupa lotnicza to 30  wielozadaniowych samolotów myśliwskich Dassault Rafale  i pokładowych samolotów uderzeniowych Dassault Super Etendard, cztery samoloty AEW typu Grumman E-2C Hawkeye.

Na „potencjalnym placu boju” są i Brytyjczycy. Od 3 grudnia 2015 r. Wielka Brytania, po uzyskaniu przez rząd zgody Izby Gmin, rozpoczęła naloty na Państwo Islamskie w Syrii. Do nalotów skierowano samoloty uderzeniowe typu  „Tornado” IDS i operują one z brytyjskiej bazy lotniczej na Cyprze w Akrotiri. Ta duża brytyjska baza lotnicza, służy i innym samolotom krajów NATO, jednak leży idealnie  na północ od syryjskiego portu Tartu i znalazła się w zasięgu rosyjskich rakiet S-300 rozmieszczonych tam przed tygodniem. Pośrednio, „przypadkiem”  Rosjanie za pomocą S-300 w pełni kontrolują bazę Akrotiri. W sytuacji konfliktu, start jakiegokolwiek samolotu kończyłby się bowiem, prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością,  jego zestrzeleniem.

Warto pamiętać, że w składzie 6 Floty USA, wchodzą okręty innych państw NATO w tym polska fregata ORP „Tadeusz Kościuszko”.  Polski okręt to amerykańska fregata typu Oliver Hazard Perry z pojedynczą prowadnicą przeznaczoną do wystrzeliwania pocisków przeciwlotniczych Standard oraz przeciw okrętowych RGM-84 „Harpoon” o zasięgu 120 km. Amerykanie darowali nam ten okręt ale, tylko z dwoma rakietami RGM-84G „Harpon” i 9 rakietami przeciwlotniczymi.

Jak zatem widać, na relatywnie małym akwenie, w pierwszych dniach listopada, we wschodniej części Morza Śródziemnego, przypadkowo na finiszu wyborów prezydenckich w USA,  znajdą się dziesiątki okrętów i setki samolotów obu „warczących” na siebie Supermocarstw.

Towarzyszące od dwóch lat napięcie między obu krajami, owocujące szeregiem incydentów z udziałem samolotów i okrętów obu krajów,  nie wróżą temu spotkaniu nic dobrego.

Należy żywić nadzieję, że politycy i wojskowi obu stron, zamiast przeć do starcia, dojdą do tego samego wniosku co komputer „Joshua” wyposażony w sztuczną inteligencję w słynnym filmie science-fiction w  reżyserii Johna Badhama  pt. „Gry Wojenne”. Pamiętamy dramatyczną końcówkę, gdy świat stojący u progu wojny nuklearnej uratował młody człowiek.  Zatrzymał on zarządzający amerykańskimi wyrzutniami nuklearnymi i chcący je odpalić serwer grą w kółko i krzyżyk. Serwer nie mogąc wygrać sam ze sobą „zmęczył” się  i zresetował, po czym  przywitał  się ze swoim twórcą  profesorem Falkenem, wypowiadając słynne zdanie – „Dziwna gra. Jedynym zwycięskim ruchem jest nie grać.”

Ta puenta filmowa w roku 1983 była jawnym pacyfistycznym przesłaniem dla tkwiących w spirali zbrojeń i prących do III Wojny Światowej:  USA i ZSRR. Niestety ten apel jest znów aktualny

Krzysztof Podgórski “Dziennik Trybuna”