Premier prawdę powie – w Sowie

Autor: Julia Baranowska

za: https://pl.sputniknews.com/polska/201712096884443-premier-Polska-Sputnik/

Mało kto pamięta, że w pamiętnych taśmach z restauracji „Sowa i Przyjaciele” pojawił się również świeżo upieczony polski premier, Mateusz Morawiecki.

Morawiecki to jedyny członek obecnego rządu PiS, który został nagrany w „Sowie”. W kwietniu 2013 pogadał sobie szczerze z ówczesnym szefem PKO BP Zbigniewem Jagiełłą, szefem państwowej spółki PGE Krzysztofem Kilianem oraz jego zastępczynią Bogusławą Matuszewską. Wszyscy rozmówcy Morawieckiego byli związani z rządzącą wtedy Platformą Obywatelską.

Okazało się, że na nagranej rozmowie znajomi rozważali możliwość objęcia przez Morawieckiego funkcji ministra skarbu. Miałby na tym miejscy zastąpić Mikołaja Budzanowskiego. Zbigniew Jagiełło zasugerował, ze wkrótce Morawiecki może dostać taką propozycję. Sam zainteresowany nie zaprzeczył, że wie o takich planach w Kancelarii Premiera. Pochwalił się nawet rozmową, jaką przeprowadził na ten temat z jednym z senatorów:  — Rzekomo Schetyna mu powiedział, że w czerwcu Budzanowski jest out. To była informacja z przedwczoraj (…). Równie dobrze może to być plotka Tuska, wypuszczona z różnych względów.

W rozmowie Morawiecki… chwalił gospodarcze posunięcia PO, w szczególności projekty energetyczne PGE (niestety stenogramy nie ujawniają szczegółowo, o które projekty chodzi). Chwalił także strategię zagranicznych polityków — i to w sposób, który raczej nie spodobałby się prezesowi Kaczyńskiemu:

— Ja trochę tę historię znam i lata trzydzieste ch…ja a nie wyciągnęły Stany Zjednoczone (…). Wojna wyciągnęła (…). Natomiast jedna taka rzecz, że mam absolutnie pozytywne zdanie o Merklowej, Sarkozym czy, jak tam się ten nowy nazywa, Hollande — mówił z pełnym przekonaniem.

Pokazał również, że ma bardzo krytyczne zdanie na temat aspiracji młodych Polaków: — W tym młodszym pokoleniu to ja widzę zjawisko niebezpieczne (…). Oczekiwania. Nic nie robić, dużo zarabiać, nie? (…) Oni jakby nie rozumieją, że idą ciężkie czasy.

Podobno oprócz tej jednej taśmy,  z której stenogramy w całości przesłuchali dziennikarze „Newsweeka”, istnieje jeszcze co najmniej jeden zapis rozmowy z udziałem obecnego premiera. Tak wynikało z zeznań zatrzymanego kelnera Łukasza N.

Natomiast w ostatnich dniach media wyciągnęły na światło dzienne wypowiedzi Morawieckiego dotyczące „rechrystianizacji Europy”. Młody polityk wygłosił je w telewizji Trwam, gdy gościł u ojca Rydzyka. — Chcemy przekształcać Europę, ją z powrotem, takie moje marzenie, rechrystianizować, bo niestety w wielu miejscach nie śpiewa się kolęd, kościoły są puste i są zamieniane na muzea. To wielki smutek — oświadczył. Nie ma już wątpliwości, że nowy premier należy do „frakcji radiomaryjnej” rządu, razem z Antonim Macierewiczem, Beatą Kempą czy Janem Szyszko.

Jeszcze tylko jedna ciekawostka na temat nowego prezesa rady ministrów: wszyscy myślą, że z wykształcenia jest ekonomistą. Nic bardziej mylnego. Ukończył studia historyczne, a z ekonomią zaczął mieć do czynienia… na studiach podyplomowych. Niemniej, pół życia przepracował w banku, a dla większości elektoratu PiS jest to równoznaczne z posiadaniem tajemnej wiedzy z zakresu ekonomii.

Reklamy

Polska: Oglądamy spektakl kontrrewolucji.

Autor: Roman Kurkiewicz

za: https://pl.sputniknews.com/opinie/201712076871555-Polska-Ogladamy-spektakl-kontrrewolucji-Roman-Kurkiewicz/

Nie potrafię sobie wyobrazić żadnego państwa, które chciałoby tu wdepnąć i zapanować nad tą dzisiejszą Polską. Państwa rzadko ujawniają masochistyczne oblicza. A my, krok po kroku, z Bogiem na ustach, pogrążamy się w ciemnym bagnie absurdu i coraz powszechniejszej aberracji.

Są takie tygodnie, kiedy żywiący się wydarzeniami komentatorzy, publicystki czy felietoniści nie mogą wypatrzyć śladu życia na pustyni politycznej. Ale po ciszy nadciąga burza i plaga zdarzeń, potop decyzji, klęska urodzaju, jeśli chodzi o wypowiedzi wołające o pomstę do nieistniejącego niestety Świeckiego Trybunału Karnego.

Powróciła gdzieś zza historycznego grobu legendarna tradycja dobrowolno-przymusowych wycieczek i demonstracji popierających władzę. W tym wypadku wiernopoddańcza pielgrzymka ludu leśniczego miast i wsi służbowymi autobusami, z wypisanymi delegacjami (gdzie ta słynna pisowska reaktywacja Państwowej Inspekcji Pracy?) przybyła do stolicy, by pod Sejmem pokrzyczeć, że minister Szyszko (którego decyzje i pójście w zaparte w sprawie wycinki w Białowieży zaraz będą kosztować Polskę 100 tys. euro kar DZIENNIE) jest Zbawcą Lasów Polskich, że jest Świętym Jerzym, który harwesterami wycina smoki obrońców puszczy w pień (ulubiona forma drzewa tego ministra). Pan ksiądz kapelan dyrekcji Lasów Państwowych, którego wszyscy utrzymujemy na tym etacie, wyjaśnia, że to walka z szatanem w myśl boskiego planu. Przypomnę: mamy wiek XXI, rok 2017.

Za leśnikami chyżo podąża policja, która pokojowo protestujących poddaje upodlającej procedurze rewizji osobistych. Wszystko dla dobra zatrzymanych i ich bezpieczeństwa.

Podobnie — znów dla bezpieczeństwa — rząd przejmuje władzę nad placem Piłsudskiego w Warszawie (teren zostaje wyjęty spod jurysdykcji samorządu warszawskiego na mocy prawa, które opisuje funkcjonowanie poligonów wojskowych i terenów z takimiż tajnymi instalacjami). Wygląda na to, że przybędzie poligonowych pomników. Będzie ich tym więcej, im mniej jest szans na jakiekolwiek wsparcie dowodowe legend o zamachu pod Smoleńskiem. Równocześnie okazuje się, że Ministerstwo Obrony Narodowej wypłaciło już ok. 70 mln zł 100 osobom jako odszkodowanie za śmierć ich bliskich w katastrofie rządowego tupolewa w 2010 r.

Pieśniarka Doda aresztowana w świetle fleszy.

A pod spodem symulacja obrad parlamentu nad projektami ustaw podporządkowujących PiS sądownictwo. Ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym, nieznane na etapie projektowym posłom, są bezwstydnie niekonstytucyjne, ale co to za problem, kiedy na czele „odnowionego”, tzw. Martwego Trybunału stoi dwoje ludzi służb specjalnych, związanych najściślej z formacją rządzącą?

Marsz w Warszawie

© Sputnik. Aleksiej Witwickij Marsz w Warszawie

Jakby tego było mało, Nosferatu z resortu obrony ogłasza z dumą, że przepuści nasze 40 mld na zakup rakietowych patriotów, ale tylko 200, w czterech bateriach, od Amerykanów. Okazyjnie. A mógł przecież niedrogo zdecydować się na pozyskanie 60 tys. patriotów z Marszu Faszystów Polskich, którzy zakamuflowani wędrowali przez Warszawę 11 listopada. Faszyści-niefaszyści, zwący się sami patriotami, zasłaniali się żywymi tarczami nielicznych rodzin z dziećmi, co miało dowodzić, że był to rodzinno-familijny piknik, a nie żądanie czystej rasowo, białej Polski i nie chodziło o śnieg. Ciekawe. Kiedy przez Polskę przemaszerowują tysiące procesji w święto tzw. Bożego Ciała, nikt nie zadaje pytania, czy idą tam katolicy, osoby wierzące, a nie wyłącznie ateiści, sataniści, prowokatorzy.

Mamy więc na lata kompletną demolkę sądów i podporządkowanie ich teraźniejszej władzy, obudowane kuriozalnymi zakupami niebotycznie drogich instalacji wojskowych. Antoni Macierewicz głosił zresztą ostatnio publicznie, że gorąca wojna już trwa…

Prawdę mówiąc, na spokojną, racjonalną głowę to trochę za dużo naraz.

Nie potrafię sobie wyobrazić żadnego państwa, które chciałoby tu wdepnąć i zapanować nad tą dzisiejszą Polską. Państwa rzadko ujawniają masochistyczne oblicza.

A my, krok po kroku, z Bogiem na ustach, pogrążamy się w ciemnym bagnie absurdu i coraz powszechniejszej aberracji. Ale jest jedna logika, która wszystkie te historie, deklaracje, śpiewy i narracje spina w spójną całość. To idea państwa fundamentalnego religijnie, powrót do snu o byciu mesjaszem narodów, ofiarą mocarstw i różańcowym pogromcą nowoczesności.

Pustkę trzeba czymś zapełnić.

Niestety, oglądamy spektakl katolickiej kontrrewolucji w kraju, w którym nawet rewolucja się nie dokonała. To się działo od prawie 30 lat, przyszedł czas na kulminację.

Na razie dla większości mających do tego dystans wygląda to groteskowo i niewyobrażalnie. Ale to realna zmiana systemu i warunków naszego funkcjonowania.

Polskie państwo uległo i jesteśmy pod zaborami samych siebie — Polaków, Polek, jeśli wciąż jeszcze jako społeczeństwo jesteśmy jakąś teoretyczną całością. Pytanie, czy warto odzyskać niepodległość i kto ma to zrobić.

Roman Kurkiewicz, polski publicysta, Warszawa

SENSACJA: Mateusz Piskorski chińskim szpiegiem

Jarosław Augustyniak

Prokuratura, po ponad roku od czasu uwiezienia Mateusza Piskorskiego, doszła do wniosku, że Piskorski jest nie tylko rosyjskim szpiegiem ale również chińskim. W piątek został doprowadzony do prokuratury i w obecności adwokatów, już oficjalnie, postawiono mu nowe zarzuty.

Rok temu, gdy Mateusza Piskorskiego zatrzymano, pisowska prokuratura podała prasie informację, że jest on podejrzewany o szpiegostwo na rzecz Rosji, Chin i Iraku.

Później Chiny i Irak już się w doniesieniach prasowych nie pojawiały. Jednak po roku, bezskutecznych prób fabrykowania dowodów i oskarżeń o szpiegostwo na rzecz Rosji, prokuratura postanowiła do tego wrócić.

Za miesiąc kolejna rozprawa o przedłużenie jego aresztowania. Aktu oskarżenia nie udało się nadal poszyć z tego co przesłała ABW i Ukraińska Służba Bezpieczeństwa. Strategia — zamknąć człowieka a potem coś się na niego znajdzie — nie wypaliła.

Ponieważ swego przeciwnika, partia PiS nie zamierza wypuścić na wolność, a i być może w jeszcze przez te partię nie przejętych do końca sądach, dotychczasowa argumentacja może nie wystarczyć, trzeba było wymyślić coś nowego co to aresztowanie będzie przynajmniej udawało, że uzasadnia.

Na ostatniej rozprawie, pisowska prokurator Anna Karlińska argumentowała jeszcze, że Mateusz Piskorski musi pozostać w odosobnieniu, ponieważ, jak to ujęła — „…niech sąd spojrzy jakie on ma poglądy!”.

Jakby tego było mało, dodała kolejny ARGUMENT OSTATECZNY: „przecież broni go na swojej stronie rosyjski portal Sputnik!”.

Jaki to miało wpływ na decyzje sądu? Trudno powiedzieć, ale każdy nie tylko normalny sędzia ale i zwykły człowiek powiedziałby, że to jakiś absurd i kompletna kompromitacja prokuratury. Trzeba się więc zabezpieczyć, bo wkurzone na PiS środowisko sędziowskie, zmianami, które władza mu szykuje, może się jej w końcu przeciwstawić. Z braku powodów do dalszego uwięzienia, sędzia postanowi tak jak powinien postanowić już na pierwszej rozprawie, wypuszczając Piskorskiego na wolność. Ten będzie wtedy mógł znów wyrażać publicznie swe poglądy, których ta władza się tak boi.

Nie rezygnując więc z „wątku rosyjskiego”, co do którego adwokaci zgodnie twierdzą, że kontynuowany już raczej nie będzie, ale i przyznać się do błędu, a tak naprawdę celowego przestępczego represyjnego działania, nie można, prokuratura zaczęła oficjalnie w miniony piątek, wątek chiński.

Mógłbyś drogi czytelniku pomyśleć, że może tym razem pisowska prokuratura ma jakieś mocniejsze dowody na jego szpiegowską działalność? A raczej — ma dla odmiany jakiekolwiek dowody!?

Otóż podstawą podejrzeń o chińską agenturalność Mateusza Piskorskiego jest jego poparcie jakie wyraził w jednym ze swoich publicystycznych tekstów dla idei powstania chińskiego „Nowego Jedwabnego Szlaku”.

Idea chińska, co oczywiste, wspiera chińskie interesy. Ale „Nowy Jedwabny Szlak”, który na wszelkie sposoby stara się storpedować PiS, z nami, czy bez nas, ale wtedy ze szkodą dla polskich interesów, gdy znajdziemy się na jego peryferiach, i tak powstanie.

My zostaniemy z ręka w nocniku w sojuszu z amerykańskim Imperium, zakupionym od niego za miliardy przestarzałym złomem i dwa razy droższym amerykańskim gazem transportowanym stateczkami z Ameryki. W naszym polskim interesie jest więc to, by nasz kraj stał się elementem tego Szlaku.

Niestety, nie jest to zgodne z interesem USA, które po realizacji tego projektu zostaną zwyczajnie gospodarczo wypchnięte z euroazjatyckiego kontynentu, bo jakby ten szlak nie poprowadzić to przez terytorium amerykańskie się nie da.

Powiedzą Państwo, że to trochę mało, by zarzucać komuś szpiegostwo? Też tak myślę. Może więc Piskorski został zwerbowany w Polsce przez chińskie służby i skłoniony do napisania tego tekstu? Tego w zarzutach nie było.

Zamiast tego, prokuratura zarzuciła mu, że… pojechał do Chin. Co oczywiście oznaczać musi, że tam został zwerbowany i niczego już udowadniać nie trzeba. Odradzam więc wycieczki do Chin, bo po powrocie można trafić do polskiego więzienia.

Co ciekawe, to właśnie w piątek w Warszawie gościliśmy delegację chińskich parlamentarzystów, a rozmowy dotyczyły pogłębienia współpracy handlowej i transportowej. A jak transportowej, to o czym rozmawiano jak nie o „Nowym Jedwabnym Szlaku”? Przedstawiając Piskorskiemu zarzuty szpiegostwa na rzecz Chin, właśnie w tym dniu, rząd chciał dać chyba sygnał Chinom, że rozmawiać może, ale współpracy żadnej nie oferuje krajowi, który ma u nas swoich agentów.

Czy to zapewni PiS-owi wystarczające argumenty na to, by niejako od nowa, bo nowe zarzuty, liczyć jego tymczasowe aresztowanie? By następnie już za rok, gdy nagle ABW i prokuratura, przypomną sobie, że rok temu zarzucały mu przecież służbę w interesach Iraku i zacząć wszystko od nowa?

Lada dzień pisowski prezydent podpisze uchwalona głosami posłów PiS ustawę o ustroju sądów powszechnych, która w pełni podporządkuje sądy partii rządzącej. To minister Ziobro po nowelizacji będzie mianował i odwoływał prezesów sądów. Odwołany prezes będzie się wprawdzie mógł odwołać do Krajowej Rady Sądownictwa, ale ustawę o niej PiS też zmienił. Zasiadać w niej będą teraz sami ludzie PiS. Czterech wybranych przez Sejm posłów PiS i dwóch senatorów PiS (bo przecież innych Sejm i Senat nie wybiorą), 15 sędziów wybranych przez posłów PiS spośród starannie przez PiS wyselekcjonowanych, minister Ziobro we własnej osobie, pisowski prezydent w osobie swego przedstawiciela, Prezes Sądu Najwyższego wybrany przez PiS, Prezes Naczelnego Sądu Administracyjnego wybrany dla odmiany przez… PiS. Będą niezależni?

Skończy się więc udręka pani prokurator Karlińskiej, która by wykonać polityczne zamówienia PiS musi wymyślać przed sądem coraz większe, coraz bardziej obrażające inteligencję przeciętnego człowieka bzdury, by to zamówienie zrealizować.

Sędzia mający rozpatrywać kolejne jej żądania przedłużenia aresztu, dostanie teraz instrukcje od prezesa sądu (przypominam — mianowanego przez PiS). Na sali sądowej tylko mrugną do siebie z Karlińską okiem, bo grają przecież w jednej drużynie.

Dlatego jeśli za rok pojawi się choćby zarzut szpiegostwa na rzecz Krainy Muminków, sędzia klepnie aresztowanie, albo pożegna się z karierą, awansem i będzie musiał się zgodzić na przeniesienie na prowincję.

Ustawa wprowadza co prawda losowanie sędziów do konkretnych spraw, ale nie kto inny jak Ziobro (minister PiS), może ustalić kategorię spraw, w których losowania nie będzie, a do sprawy sędziego przydzieli posłuszny mu, bo mianowany przez niego prezes. Bądźmy pewni, że sprawy przeciwników politycznych proamerykańskiej partii PiS na pewno znajdą się w takiej kategorii.

Jak źle działają polskie sądy, wszyscy dobrze wiemy. Pod pozorem ich usprawnienia, które trafia w społeczne oczekiwania, PiS dokonuje zamachu na niezależność trzeciej władzy. Zapewne, przynajmniej na początku, Ziobro zwolni kilku prezesów spośród tych opieszałych, czy tych biorących za duże łapówki, a prywatne sprawy zwykłych ludzi ruszą z miejsca. Gawiedź będzie bić brawo i prosić o więcej. Jednak w tym samym czasie wiezienia zaczną się zapełniać opozycjonistami. Może nie więzienia, bo w więzieniach odbywa się wyroki po sądowych procesach, a tu chodzi o odosobnienie politycznych przeciwników.

Być może powstanie nowa Bereza Kartuska, która przed wojną była takim polskim obozem koncentracyjnym, w którym sanacja izolowała swych przeciwników? 

Piskorski jako balon próbny mający dać odpowiedź władzy jak na represje polityczne zareaguje społeczeństwo, sprawdził się.

Społeczeństwo milczy.

Milczały też prawie cały czas media. Nie tylko te reżimowe, ale i te tzw. niezależne.

Teraz Ziobro społeczeństwu rzuci na pozarcie kilku skompromitowanych prezesów, a o takich w Polsce nietrudno, nagłośnią to w reżimowych mediach i zyskają poklask. Bo robią porządek! Bo wprowadzają prawo i sprawiedliwość dla zwykłych ludzi!

Tak, na spokojnie, bez większych sprzeciwów rodzi się dyktatura.

Dyktatura sanacji czy dyktatura Hitlera nie powstawały pod lufami karabinów, nawet jeśli ta pierwsza powstała na skutek zamachu stanu. Obie miały społeczne poparcie i przyzwolenie. Jakoś je tworzono.

Po objęciu rządów w Niemczech przez NSDAP, zwykli ludzie w umęczonych Wielkim Kryzysem Niemczech szybko odczuli poprawę swej sytuacji życiowej. Hitler to nie tylko zbrodniarz jakiego znamy z historii. Hitler to na początku był całkiem dobry organizator życia gospodarczego. Podziwiany przez cały świat a następnie kopiowany w rozwiązaniach gospodarczych typu „New Deal” i natchnienie keynesowskiej ekonomii, szybko wyprowadził Niemcy na prostą. „Hitler dał im pracę i „pomoc zimową”.

Każda niemiecka rodzina żyjąca w niedostatku mogła liczyć na pomoc państwa w postaci regularnie dostarczanego do jej domu worka ziemniaków. PiS dał biednym 500 złotych. Może nie miał ziemniaków?

Niemcy kochali za to Hitlera, a polskie rodziny chwalą rząd Beaty Szydło. PiS doskonale te nastroje wyczuwa i potrafi cynicznie wykorzystać, by zrealizować swe hasło — cała władza w ręce PiS! Właśnie rzecz w tym, że w cieniu tych dobrych dla ludzi rzeczy, dzieją się inne, coraz bardziej mroczne, a historia tworzenia dyktatur ciągle się powtarza.

I choć opozycja milczy nadal w sprawie aresztowanego na podstawie zwykłych insynuacji Piskorskiego, to po aresztowaniach członków „Zmiany” do których już nawołuje publicznie np. Stanisław Janecki, były redaktor naczelny tygodnika „Wprost”, a dziś współpracownik pisowskich mediów „wSieci” i „wPolityce”, akolita partii rządzącej i rzecznik interesów amerykańskiego Imperium, dla niej też się w Berezie miejsce znajdzie.

To tylko kwestia czasu. Czasu, który swoją bezczynnością pozwolimy tej dyktaturze okrzepnąć.

P.S. Skarga Piskorskiego do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu przyjęta już 2 miesiące temu do rozpatrzenia, została odrzucona bez rozpoznania.

Nigdy wcześniej w swojej historii, przyjętej już skargi, Trybunał nie odrzucał bez merytorycznego rozpatrzenia. Nie wiadomo nadal na jakiej podstawie podjął taką decyzję i wycofał się z wcześniejszej. Czy interweniował rząd Szydło? Piskorski czeka na pisemne uzasadnienie tej decyzji.

Jarosław Augustyniak, polski publicysta, Warszawa

za: https://pl.sputniknews.com/polska/201707175895579-SENSACJA-Mateusz-Piskorski-chinskim-szpiegiem-Jaroslaw-Augustyniak/

Strasburg zajmie się Piskorskim.

Pierwszy raz polski sąd „łaskawie” zgodził się też, by sam Mateusz Piskorski mógł wziąć udział w rozprawie, na której dotychczas, niczym w Średniowieczu, decyzje o jego uwięzieniu zapadały bez jego obecności.

W Sądzie Apelacyjnym w Warszawie 8 czerwca rozpatrywano kolejne zażalenie Mateusza Piskorskiego na postanowienie sądu o przedłużeniu jego tymczasowego aresztowania.

Ta rozprawa była jednak inna niż wszystkie poprzednie.

Zażalenie rozpoznawał Sąd Apelacyjny w składzie aż 3 sędziów.

Mateusz Piskorski

Pierwszy raz polski sąd „łaskawie” zgodził się też, by sam Piskorski mógł wziąć udział w rozprawie, na której dotychczas, niczym w Średniowieczu, decyzje o jego uwięzieniu zapadały bez jego obecności.

Piskorskiego przywieziono do budynku sądu już o godzinie dziesiątej, mimo że posiedzenie sądu zostało wyznaczone dopiero na godzinę trzynastą.

Dano mu w ten sposób czas w czytelni, by zaznajomił się z materiałami zgromadzonymi przez prokuraturę, mającymi uzasadniać żądanie odebrania mu wolności.

Na rozprawie mógł przemówić we własnej obronie.

I przemawiał na zmianę ze swym adwokatem, przez przeszło godzinę.

Dla postronnego obserwatora wszystko mogło wyglądać zupełnie tak, jakby rzecz się działa w jakimś normalnym demokratycznym kraju, a nie w III RP.

Tym razem zadbano już o wszelkie pozory legalizmu trwającego już ponad rok bezprawia i Piskorski przez godzinę mógł mówić do… ściany. Mógł mówić, ale nikt go przecież nie słuchał.

Pozory to tylko pozory i niech nas one nie zmylą.

Nie chodzi w nich ani o prawo, ani o sprawiedliwość, ale jedynie o to, by PiS pokazało światu, że w Polsce, będącej już za łamanie prawa na celowniku różnych europejskich instytucji, nie łamie się praw człowieka, a każdy obywatel ma prawo do uczciwego procesu, co zresztą inne narody Europy wywalczyły już sobie w czasach Oświecenia.

Po co i dla kogo to przedstawienie?

Skąd ta zmiana?

I dlaczego dopiero teraz?

Czyżby w państwie PiS jakiś sędzia przejrzał w końcu na oczy, zreflektował się i zrozumiał w jakim bezprawiu każą mu brać udział? Nic podobnego!

Wyjaśnienie jest proste i niewiele wspólnego ma z państwem prawa.

 
  Mateusz Piskorski w Sądzie Apelacyjnym w Warszawie, 08.06.2017 r.

Ma to natomiast ewidentnie związek z faktem, że adwokaci Piskorskiego złożyli do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu skargę na polski wymiar sprawiedliwości o czym pisałem na łamach Sputnika już kilka miesięcy temu.

Otóż dzień po majowej rozprawie, na której przedłużono Piskorskiemu areszt, eufemistycznie nazywany „tymczasowym”, ze Strasburga przyszła odpowiedź, że Trybunał przyjął sprawę Piskorskiego do rozpoznania.

To już jest ogromny sukces, ponieważ 95% skarg kierowanych do tego Trybunału, już na etapie zapoznawania się sądu ze sprawą, jest przez ten sąd odrzucana i nie nadaje się im dalszego biegu.

Przyjmując skargę Piskorskiego Trybunał uznał, że skarga ta ma wiarygodne podstawy i warta jest tego, by się nią zająć.

Tym samym na polskich sędziów, prokuratorów i pracowników bezpieki zamieszanych w uwięzienie Mateusza Piskorskiego padł strach, że i oni mogą kiedyś za to zapłacić.

Jeśli Piskorski wygra sprawę w tym Trybunale, a wszystko na to wskazuje, Państwo Polskie będzie zmuszone zadośćuczynić wyrządzone mu krzywdy i wypłacić wysokie odszkodowanie… z kieszeni polskiego podatnika.

Wszyscy będziemy płacić za bezprawie PiS.

Dyspozycyjni prokuratorzy, ubecy z ABW, sędziowie którzy nie byli w stanie zameldować prezesowi wykonania zadania, pożegnają się z awansem, spotka ich może degradacja i oddelegowanie na prowincję, a kiedyś, gdy ta władza już przeminie, miejmy nadzieję także odpowiedzialność karna.

Z Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu nie ma żartów i co ważne, polskie władze nie mają na niego żadnego wpływu.

Nawet Niemcy, gdy do obozów przyjeżdżali przedstawiciele Międzynarodowego Czerwonego Krzyża na inspekcję, robili podobne szopki, dając tego dnia osadzonym czystą bieliznę i dodatkową porcję brukwi na obiad. To i polscy sędziowie mogli poudawać, że wysłuchują Piskorskiego. Co im szkodzi?

Nikt tego nie usłyszy, co powiedział pierwszy więzień polityczny PiS, bo sprawa nadal jest rozpoznawana przy drzwiach zamkniętych, a zasada jawności procesu  nadal go nie dotyczy.

Sędziowie dosyć długo się naradzali, czym zrobili nadzieję oczekującym pod salą przyjaciołom Piskorskiego, by następnie wyrazić „krytyczne poparcie” dla decyzji podjętej przez poprzedni skład orzekający.

W dosyć długim ustnym uzasadnieniu, sąd ten sam sobie zaprzeczał.

Przyznał, że co prawda dopuszczono się mnóstwa zaniedbań i popełniono wiele błędów proceduralnych odmawiając Piskorskiemu udziału w poprzednich rozprawach, nie pozwalając się mu zapoznać i odnieść do stawianych mu zarzutów i uzasadnień prokuratury dla żądania odebrania mu wolności, to jednak go nie uwolnił i orzekł dalszy pobyt w areszcie wydobywczym.

Zapewne w nadziei, że następnym razem, już w sierpniu, gdy znów będzie trzeba areszt przedłużać, coś już z niego prokuratura wydobędzie i sklei z tego jakiś akt oskarżenia? Sąd wie, widział już, że Piskorski to przecież nie cyborg, a każdego człowieka można w końcu złamać.

Mateusz Piskorski

Wszystko to znajdzie się niewątpliwie także w uzasadnieniu pisemnym, o którym ci sędziowie już dobrze wiedzą, że musi być ładnie napisane, bo będzie czytane także przez sędziów w Strasburgu.

Muszą więc robić dobrą minę do złej gry.

Muszą też teraz bardziej uważać i trochę mniej to prawo łamać, bo ktoś już patrzy na ich ręce.

Sąd zrobił pokazówkę, w której uderzył się we własne piersi tak, by w Strasburgu usłyszeli, że może i „trochę” tej niesprawiedliwości Piskorskiego spotkało; może i pozbawiono go paru praw, które mają inni podejrzani i oskarżeni, ale teraz sędziowie już obiecują poprawę, że będą bardziej zwracać uwagę na literę prawa i przy każdym następnym przedłużeniu aresztowania, na rozprawy Piskorskiego będą już zapraszać.

Skrytykowali poprzednie orzeczenia, by następnie… przyznać im rację, przyklepując to co najważniejsze, czyli dalszą izolację. Dlaczego? Bo tak! Bo nadal mogą!

Dla współpracowników i przyjaciół Piskorskiego była to natomiast pierwsza po roku okazja, by go w końcu zobaczyć i choć chwilę z nim porozmawiać.

Na pierwszy rzut oka wychudł, ale na twarzy nie zabrakło mu także uśmiechu zmieszanego z hardym, pełnym odwagi i determinacji wzrokiem kogoś, kto wie z kim i o co walczy.

Stojąc zakuty w kajdanki, w asyście policjantów przed drzwiami sali rozpraw, zwrócił się do swoich przyjaciół, by się nim nie przejmowali. Z nim wszystko w porządku, a najważniejsza jest dla niego „Zmiana”, partia, którą dwa lata temu założył, a której w „demokratycznym państwie prawa” nadal nie można zarejestrować.

Cieszę się, że wy się trzymacie, że trzyma się >>Zmiana<<, bo dzięki temu ja też wierzę, że to wszystko ma sens — powiedział.

Złożył też do kamery krótkie oświadczenie, w którym oskarżył Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego, że działa gorzej niż UB w czasach stalinowskiego terroru, a przestępne działania, które wobec niego podejmuje, wykonuje wprost na zlecenie Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) i amerykańskiej Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA).

Zaznaczył, że posiada na to dowody, które ujawni, gdy tylko będzie miał ku temu możliwość.

Zakończył słowami — Wiedzcie i bądźcie tego pewni, że w Polsce nie ma już polskich służb specjalnych.

Jarosław Augustyniak, polski publicysta, Warszawa

za: https://pl.sputniknews.com/polska/201706095635767-Piskorski-oskarza-ABW-Jaroslaw-Augustyniak-Strasburg/

Mateusz Piskorski: Sprawa sumienia polskiego.

Kiedy po przewrocie majowym na polecenie Piłsudskiego uwięziono w ramach zemsty politycznej w III. Wojskowym Więzieniu Śledczym na Antokolu w Wilnie generałów Tadeusza Rozwadowskiego, Włodzimierza Zagórskiego, Juliusza Malczewskiego i Bolesława Jaźwińskiego, wystąpił w ich obronie piłsudczyk – prof. Marian Zdziechowski (1861-1938).

To właśnie ten wybitny uczony — historyk idei i literatury, filolog, filozof, krytyk literacki i publicysta, w latach 1919-1932 kierownik katedry literatur europejskich na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie, a w latach 1925-1927 rektor tegoż uniwersytetu — opublikował wiosną 1927 roku broszurę pt. „Sprawa sumienia”. Ujął się w niej za aresztowanymi generałami, których więziono bez postawienia im jakichkolwiek zarzutów w warunkach urągających ich pozycji i elementarnej godności człowieka. Wystąpienie prof. Zdziechowskiego przyczyniło się w znaczący sposób do zwolnienia uwięzionych generałów, z których co prawda gen. Zagórski został wkrótce po uwolnieniu skrytobójczo zamordowany, a gen. Rozwadowski zmarł w następstwie ciężkich warunków stworzonych mu w więzieniu, ale na to autor „Sprawy sumienia” nie miał już wpływu.

Warto w tym miejscu nadmienić, że Marian Zdziechowski należał w maju 1926 roku do ścisłego otoczenia Józefa Piłsudskiego. Był wtedy jednym z trzech kandydatów Piłsudskiego — obok Artura Śliwińskiego i księcia Zdzisława Lubomirskiego — na urząd prezydenta RP. Kandydatura wybranego ostatecznie Ignacego Mościckiego pojawiła się dopiero po odrzuceniu tych trzech kandydatur. Zaraz po przewrocie majowym Piłsudski specjalnie przyjechał do Wilna, by osobiście zaproponować Zdziechowskiemu objęcie urzędu prezydenta. Ten jednakże uzależnił swoją zgodę od spełnienia przez Piłsudskiego szeregu etyczno-politycznych postulatów, w tym zwolnienia aresztowanych generałów i innych więźniów politycznych. Będąc piłsudczykiem Zdziechowski wystąpił w obronie swoich przeciwników politycznych, których poddano bezprawnym represjom. Położył na szali swoją pozycję i karierę polityczną oraz wykazał wielką klasę jako polityk, naukowiec i człowiek.

SPRAWA PISKORSKIEGO

Przypominam tę historię w kontekście sprawy dr. Mateusza Piskorskiego — lidera partii „Zmiana”, sekretarza Europejskiego Centrum Analiz Geopolitycznych i dziekana Wydziału Nauk Politycznych Wyższej Szkoły Stosunków Międzynarodowych i Amerykanistyki w Warszawie.

18 maja 2016 roku — w dniu swoich 39. urodzin — został on zatrzymany przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a następnie tymczasowo aresztowany. Od tego czasu przebywa w areszcie śledczym, który jest każdorazowo przedłużany po upływie trzech miesięcy przez sąd na wniosek prokuratury. Kolejną decyzję o przedłużeniu aresztu Piskorskiego dyspozycyjny politycznie wymiar sprawiedliwości podjął 11 maja br.

Kiedy w maju 2016 roku aresztowano Mateusza Piskorskiego, media „głównego nurtu” informowały, że postawiono mu zarzut szpiegostwa na rzecz wywiadu rosyjskiego i chińskiego.

„Gazeta Wyborcza” twierdziła, że ABW zarzuciła Piskorskiemu, iż w latach 2013-2016 brał udział w „działalności rosyjskiego wywiadu cywilnego, skierowanej przeciwko Rzeczypospolitej Polskiej, poprzez uczestniczenie w spotkaniach operacyjnych z osobami stanowiącymi kontakty służb wywiadu, przyjmowanie zadań operacyjnych celem propagowania rosyjskich interesów i manipulowania nastrojami polskiego społeczeństwa, pobierając na tę działalność środki finansowe i wynagrodzenie”, a założona przez Piskorskiego partia „Zmiana” i ECAG miały być użyte przez Rosję „do realizacji zadań operacyjnych, mających na celu wywołanie antyukraińskich reakcji w Polsce i antagonizowanie stosunków polsko-ukraińskich”.

ZA UKRAINĘ?

A więc jesteśmy w domu.

Piskorskiego tak naprawdę aresztowano za krytykę pomajdanowej Ukrainy („wywołanie antyukraińskich reakcji i antagonizowanie stosunków polsko-ukraińskich”). Nasuwają się więc pytania, czy Piskorski tak naprawdę został aresztowany z inicjatywy ABW czy jednak Służby Bezpieczeństwa Ukrainy oraz czy o przetrzymywaniu go w areszcie nie decyduje aby przede wszystkim wola ambasady Ukrainy?

Nie są to pytania abstrakcyjne. Otóż wspomniana „Gazeta Wyborcza” — powołując się na ABW i prokuraturę — przytoczyła w maju 2016 roku następujące dowody „szpiegowskiej” działalności Piskorskiego: „wielokrotnie odbywał spotkania operacyjne z reprezentantami rosyjskich organizacji pozarządowych, którzy w rzeczywistości byli kontaktami służb wywiadowczych (…) w marcu 2014 r. brał udział w międzynarodowej misji obserwatorów pod szyldem Europejskiego Obserwatorium Demokracji i Wyborów w celu przedstawienia opinii publicznej referendum na Krymie w sposób oczekiwany przez władze rosyjskie.

Według śledczych zarówno Zmiana, jak i związane z nią stowarzyszenia zajmujące się dawnymi Kresami RP i Ukrainą miały być kontrolowane i finansowane przez służby rosyjskie oraz wykorzystywane do realizacji zadań operacyjnych. Piskorski miał też organizować w lutym 2015 r. wyjazd Zmiany na Ukrainę i kierować prowokacją polegającą na dokonaniu przez aktywistów jego partii dewastacji pomnika Bandery i malowaniu antyukraińskich napisów (…)”. Dodać do tego trzeba jeszcze, że otwarcie sprzeciwiał się obecności wojsk NATO w Polsce oraz krytykował członkostwo Polski w UE i NATO.

A zatem głównie, jeśli nie wyłącznie, chodziło o Ukrainę.

Szpiegowska działalność Piskorskiego miała polegać na udziale w jawnej misji obserwatorów zagranicznych na Krymie, która przedstawiła na temat referendum krymskiego raport sprzeczny z narracją polskich i zachodnich mediów „głównego nurtu”, oraz na zniszczeniu pomnika Bandery.

Co zaś się tyczy spotkań operacyjnych z „reprezentantami rosyjskich organizacji pozarządowych”, a w rzeczywistości jakoby „kontaktami” służb wywiadowczych Rosji, to politycy PiS i PO odbywają regularnie takie spotkania, tyle że z reprezentantami amerykańskich, niemieckich, izraelskich i innych organizacji pozarządowych, co w ich języku nie nazywa się szpiegostwem, ale lobbingiem.

Wiele z tych zachodnich organizacji pozarządowych ma w Warszawie swoje filie, a nawet centrale i ABW jakoś nie sprawdza czy są one „kontaktami” obcych służb wywiadowczych, a utrzymujący z nimi relacje politycy polscy nie są obcą „agenturą wpływu”.

To pisano rok temu.

Przez ten rok media „głównego nurtu” straciły zainteresowanie sprawą przetrzymywanego w areszcie śledczym Mateusza Piskorskiego.

Stało się tak dlatego, że przez rok prokuratura nie potrafiła przytoczonych wyżej zarzutów przekuć w akt oskarżenia.

Sprawę więc medialnie wyciszono.

Poza polskojęzycznym portalem rosyjskiej Agencji Informacyjnej i Radia Sputnik nie podano też w Polsce informacji o tym, że 25 kwietnia 2017 roku Mateusz Piskorski został dotkliwie pobity przez funkcjonariusza ABW podczas przewożenia go z aresztu do prokuratury, ponieważ powołując się na zalecenie lekarskie żądał, by założono mu kajdanki z przodu, a nie zakuwano mu rąk na plecach.

Sprawy Piskorskiego w mediach „głównego nurtu” zatem nie ma, ale sprawa jest.

Od roku człowiek przebywa w areszcie bez postawienia mu oficjalnych zarzutów. Śledztwo i tym samym wysuwane przez prokuraturę oskarżenia zostały utajnione. Wygląda to na tzw. areszt wydobywczy — czyli sytuację, w której dąży się do złamania psychicznego osoby aresztowanej, by ta samodzielnie dostarczyła dowodów swojej winy. Wbrew obiegowej opinii nie jest to wcale wynalazek ministra Ziobry ani NKWD, tylko Świętej Inkwizycji, której działalności teoria prawa zawdzięcza sentencję „confessio est regina probationum” (przyznanie się do winy jest królową dowodów). Tylko, że inkwizycja wymuszała przyznanie się do winy przy pomocy tortur, a peryferyjne demokracje świata euro-atlantyckiego preferują w tym względzie presję psychologiczną.

BEZPRAWIE

Nie ulega zatem wątpliwości, że w sprawie Piskorskiego mamy do czynienia z bezprawiem — z represjonowaniem wbrew Konstytucji za poglądy polityczne i jawną działalność publiczną.

To bezprawie okryła zasłona milczenia.

Nie znalazł się obecnie nikt na miarę Mariana Zdziechowskiego — ani w obozie rządzącym, ani w parlamentarnej opozycji — który by przeciw temu bezprawiu zaprotestował.

Sprawa Piskorskiego nie poruszyła też wrażliwości powołanych do tego instytucji — Komitetu Helsińskiego i Rzecznika Praw Obywatelskich, który ostatnio przejawia nadwrażliwość wobec domniemanych cierpień Ukraińców podczas operacji „Wisła” sprzed siedemdziesięciu laty. Nie poruszyła także świata nauki — do którego Piskorski przecież należał — świata kultury i sztuki, „niezależnych” mediów oraz „autorytetów moralnych”. Dlaczego?

Wiceprzewodniczący partii „Zmiana” Jarosław Augustyniak wyjaśnił to następująco: „przyjaciele i współpracownicy Piskorskiego, zbierają od jakiegoś czasu podpisy pod poręczeniami, by w ten sposób zastąpić areszt, który jest najcięższym środkiem zapobiegawczym, i który co do zasady powinien być stosowany wyjątkowo i bardzo ostrożnie. Niech się ta cała „sprawa” toczy dalej, ale niech i Piskorski bierze w niej udział z wolnej stopy. Zbieranie podpisów wśród zwykłych ludzi szło całkiem dobrze. Pomysłodawcy zbierania podpisów słusznie jednak doszli do wniosku, że dobrze by było, gdyby wśród poręczycieli znalazły się jakieś osobistości, jacyś utytułowani ludzie ze świata kultury i nauki. W tym celu inicjatorzy skontaktowali się telefonicznie z uczelnią (Wyższa Szkoła Stosunków Międzynarodowych i Amerykanistyki), na której wykładał Mateusz Piskorski. Otrzymali stamtąd obietnicę złożenia podpisu pod tym dokumentem przez rektora i innych pracowników uczelni.

Kilka dni później jednak poręczenia odmówili.

Otóż wkrótce po telefonicznej rozmowie przyszło na uczelnię wezwanie na przesłuchanie do ABW. Po tym przesłuchaniu, na którym nie wiadomo jakich gróźb i szantaży użyto, uczelnia wycofała się z poręczenia za Piskorskiego.

Ostatnio straciła też budynek, w którym miała swoją siedzibę. Zburzono budynek „Uniwersalu” wraz z „Rotundą” i po szkole, w której Piskorski pracował, nie pozostał kamień na kamieniu. Czy ma to związek ze sprawą? Kto wie? Tu jest IV RP, a zemsta PiS nie zna granic logiki ani przyzwoitości. Podobna sytuacja miała miejsce w przypadku profesora Jerzego Sielskiego, który przed laty był promotorem pracy doktorskiej Piskorskiego.

Ten również początkowo bardzo zdecydowanie potwierdził swoją gotowość do poręczenia. Jednak kilka dni później, mocno przestraszony przeprosił, że jednak tego podpisu złożyć nie może. Jego również, zaraz po telefonicznej rozmowie, odwiedzili smutni panowie z Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

W tym samym czasie, jego szkoła, Akademia im. Jana Długosza w Częstochowie, gdzie wykłada politologię, zawiesiła jego profesurę. Oczywiście nikt tego nie podał za powód zawieszenia, tylko po prostu zawieszenia się zdarzają w naszym kraju tak samo jak seryjni samobójcy. Takich przypadków było zapewne więcej. Niestety nie o wszystkich się dowiemy. Strach o utratę możliwości zarobkowania ma paraliżującą siłę przekonywania.

Przeraża też poziom stosowanej inwigilacji społeczeństwa przez tajne służby. Bo jeśli tylko w rozmowie telefonicznej pada nazwisko Piskorskiego, a chwilę po tym zjawią się u rozmówcy pracownicy ABW, to żyjemy już chyba w państwie policyjnym?”.

W SŁUZBIE BANDEROWSKIEGO KIJOWA…

Potwierdzeniem tego, co napisał Jarosław Augustyniak jest reakcja portalu niezalezna.pl — a więc portalu „Gazety Polskiej” — na kolejne przedłużenie rocznego już aresztu tymczasowego Mateusza Piskorskiego. Bo nie jest do końca prawdą, że media „głównego nurtu” tę sprawę przemilczały.

„Gazeta Polska” — a więc główny organ medialny partii rządzącej — tego nie przemilczała, ale wyraziła nieskrywaną radość z tego, że „lider prorosyjskiej partii Zmiana pozostanie w areszcie jeszcze przez co najmniej kilka miesięcy”. W krótkiej notatce „Gazeta Polska” szczerze napisała też co stanowi winę Piskorskiego, używając przy tym propagandowych sformułowań nieprawdziwie opisujących kryzys ukraiński. Otóż wina Piskorskiego według „Gazety Polskiej” polega na tym, że ten „był wielokrotnie bohaterem publikacji Niezalezna.pl. Aktywny stał się zwłaszcza po ataku Rosji na Ukrainę. Jeździł nawet na tereny zajęte przez terrorystów okupujących tereny Donbasu i chwalił się zdjęciami z przedstawicielami tzw. Donieckiej Republiki Ludowej”.

Za to właśnie siedzi od roku bez aktu oskarżenia i wyroku sądu.
A gdyby ktoś miał co do tego wątpliwości, to rozwieją je wpisy czytelników portalu niezalezna.pl — czyli najwierniejszych zwolenników PiS. Zacytuję kilka najbardziej charakterystycznych (zachowałem oryginalną pisownię): (1) „Jak dla mnie może zdechnąć w tym kiciu i im więcej takie proruskie ścierwo ma obrońców tym bardziej bym go trzymał w zamknięciu„, (2) „dzięki takim jak on Szczecin i Pomorze Środkowe śmierdzi ruskiem już od rogatek Poznania”, (3) „Takie kanalie powinny siedzieć w Berezie Kartuskiej — dożywotnio„, (4) „Nie chce zeznawać??? Co, nie mają tam prądu w gniazdkach???”.

MILCZENIE

Te wypowiedzi ostatecznie pozwalają zrozumieć dlaczego w środowiskach postsolidarnościowych nie znalazł się nikt na miarę prof. Mariana Zdziechowskiego, który by podniósł „sprawę sumienia polskiego”. III RP w przeciwieństwie do uważanej za jej pierwowzór II RP sumienia najwidoczniej nie ma i jeszcze dojdzie do tego, że dyktatura sanacji w porównaniu z rządami PiS będzie uważana za przykład demokracji. Nie jest w tym kontekście przypadkiem, że na łamach „Gazety Polskiej” jej wicenaczelna — Katarzyna Gójska-Hejke — wyzwała niedawno do powołania „polskiej komisji McCarthy’ego”.

Sprawa Piskorskiego pokazuje przede wszystkim dwie rzeczy.

Po pierwsze, że nie jest możliwa nawet najdrobniejsza rewizja fatalnej i zgubnej polityki wschodniej, prowadzonej przez Warszawę od początku lat 90. XX wieku.

Piskorski opowiadał się właśnie za dokonaniem takiej rewizji — za odejściem od „wiary ukrainnej” i deeskalacją stosunków z Rosją. Oczywiście opowiadał się też za zmianą geopolityczną, za Europą opartą na równorzędnej współpracy poszczególnych podmiotów w miejsce dominacji euro-atlantyckiej. Ale do zastosowania wobec niego represji wystarczyły tylko jego działania skierowane przeciw polityce proukraińskiej III RP.

Po drugie, sprawa Piskorskiego kompromituje solidarnościową Polskę i jej odwołania do tzw. etosu walki o prawa człowieka w PRL.

To już od dawna jest tylko pustosłowie. Piskorski stał się współczesnym Józefem K. z powieści Franza Kafki pt. „Proces”. Do takiej właśnie demokracji doszli spadkobiercy solidarnościowego etosu.

Bohdan Piętka, polski historyk i publicysta, Warszawa

za: https://pl.sputniknews.com/opinie/201705235511122-Mateusz-Piskorski-Sprawa-sumienia-polskiego/