Strasburg zajmie się Piskorskim.

Pierwszy raz polski sąd „łaskawie” zgodził się też, by sam Mateusz Piskorski mógł wziąć udział w rozprawie, na której dotychczas, niczym w Średniowieczu, decyzje o jego uwięzieniu zapadały bez jego obecności.

W Sądzie Apelacyjnym w Warszawie 8 czerwca rozpatrywano kolejne zażalenie Mateusza Piskorskiego na postanowienie sądu o przedłużeniu jego tymczasowego aresztowania.

Ta rozprawa była jednak inna niż wszystkie poprzednie.

Zażalenie rozpoznawał Sąd Apelacyjny w składzie aż 3 sędziów.

Mateusz Piskorski

Pierwszy raz polski sąd „łaskawie” zgodził się też, by sam Piskorski mógł wziąć udział w rozprawie, na której dotychczas, niczym w Średniowieczu, decyzje o jego uwięzieniu zapadały bez jego obecności.

Piskorskiego przywieziono do budynku sądu już o godzinie dziesiątej, mimo że posiedzenie sądu zostało wyznaczone dopiero na godzinę trzynastą.

Dano mu w ten sposób czas w czytelni, by zaznajomił się z materiałami zgromadzonymi przez prokuraturę, mającymi uzasadniać żądanie odebrania mu wolności.

Na rozprawie mógł przemówić we własnej obronie.

I przemawiał na zmianę ze swym adwokatem, przez przeszło godzinę.

Dla postronnego obserwatora wszystko mogło wyglądać zupełnie tak, jakby rzecz się działa w jakimś normalnym demokratycznym kraju, a nie w III RP.

Tym razem zadbano już o wszelkie pozory legalizmu trwającego już ponad rok bezprawia i Piskorski przez godzinę mógł mówić do… ściany. Mógł mówić, ale nikt go przecież nie słuchał.

Pozory to tylko pozory i niech nas one nie zmylą.

Nie chodzi w nich ani o prawo, ani o sprawiedliwość, ale jedynie o to, by PiS pokazało światu, że w Polsce, będącej już za łamanie prawa na celowniku różnych europejskich instytucji, nie łamie się praw człowieka, a każdy obywatel ma prawo do uczciwego procesu, co zresztą inne narody Europy wywalczyły już sobie w czasach Oświecenia.

Po co i dla kogo to przedstawienie?

Skąd ta zmiana?

I dlaczego dopiero teraz?

Czyżby w państwie PiS jakiś sędzia przejrzał w końcu na oczy, zreflektował się i zrozumiał w jakim bezprawiu każą mu brać udział? Nic podobnego!

Wyjaśnienie jest proste i niewiele wspólnego ma z państwem prawa.

 
  Mateusz Piskorski w Sądzie Apelacyjnym w Warszawie, 08.06.2017 r.

Ma to natomiast ewidentnie związek z faktem, że adwokaci Piskorskiego złożyli do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu skargę na polski wymiar sprawiedliwości o czym pisałem na łamach Sputnika już kilka miesięcy temu.

Otóż dzień po majowej rozprawie, na której przedłużono Piskorskiemu areszt, eufemistycznie nazywany „tymczasowym”, ze Strasburga przyszła odpowiedź, że Trybunał przyjął sprawę Piskorskiego do rozpoznania.

To już jest ogromny sukces, ponieważ 95% skarg kierowanych do tego Trybunału, już na etapie zapoznawania się sądu ze sprawą, jest przez ten sąd odrzucana i nie nadaje się im dalszego biegu.

Przyjmując skargę Piskorskiego Trybunał uznał, że skarga ta ma wiarygodne podstawy i warta jest tego, by się nią zająć.

Tym samym na polskich sędziów, prokuratorów i pracowników bezpieki zamieszanych w uwięzienie Mateusza Piskorskiego padł strach, że i oni mogą kiedyś za to zapłacić.

Jeśli Piskorski wygra sprawę w tym Trybunale, a wszystko na to wskazuje, Państwo Polskie będzie zmuszone zadośćuczynić wyrządzone mu krzywdy i wypłacić wysokie odszkodowanie… z kieszeni polskiego podatnika.

Wszyscy będziemy płacić za bezprawie PiS.

Dyspozycyjni prokuratorzy, ubecy z ABW, sędziowie którzy nie byli w stanie zameldować prezesowi wykonania zadania, pożegnają się z awansem, spotka ich może degradacja i oddelegowanie na prowincję, a kiedyś, gdy ta władza już przeminie, miejmy nadzieję także odpowiedzialność karna.

Z Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu nie ma żartów i co ważne, polskie władze nie mają na niego żadnego wpływu.

Nawet Niemcy, gdy do obozów przyjeżdżali przedstawiciele Międzynarodowego Czerwonego Krzyża na inspekcję, robili podobne szopki, dając tego dnia osadzonym czystą bieliznę i dodatkową porcję brukwi na obiad. To i polscy sędziowie mogli poudawać, że wysłuchują Piskorskiego. Co im szkodzi?

Nikt tego nie usłyszy, co powiedział pierwszy więzień polityczny PiS, bo sprawa nadal jest rozpoznawana przy drzwiach zamkniętych, a zasada jawności procesu  nadal go nie dotyczy.

Sędziowie dosyć długo się naradzali, czym zrobili nadzieję oczekującym pod salą przyjaciołom Piskorskiego, by następnie wyrazić „krytyczne poparcie” dla decyzji podjętej przez poprzedni skład orzekający.

W dosyć długim ustnym uzasadnieniu, sąd ten sam sobie zaprzeczał.

Przyznał, że co prawda dopuszczono się mnóstwa zaniedbań i popełniono wiele błędów proceduralnych odmawiając Piskorskiemu udziału w poprzednich rozprawach, nie pozwalając się mu zapoznać i odnieść do stawianych mu zarzutów i uzasadnień prokuratury dla żądania odebrania mu wolności, to jednak go nie uwolnił i orzekł dalszy pobyt w areszcie wydobywczym.

Zapewne w nadziei, że następnym razem, już w sierpniu, gdy znów będzie trzeba areszt przedłużać, coś już z niego prokuratura wydobędzie i sklei z tego jakiś akt oskarżenia? Sąd wie, widział już, że Piskorski to przecież nie cyborg, a każdego człowieka można w końcu złamać.

Mateusz Piskorski

Wszystko to znajdzie się niewątpliwie także w uzasadnieniu pisemnym, o którym ci sędziowie już dobrze wiedzą, że musi być ładnie napisane, bo będzie czytane także przez sędziów w Strasburgu.

Muszą więc robić dobrą minę do złej gry.

Muszą też teraz bardziej uważać i trochę mniej to prawo łamać, bo ktoś już patrzy na ich ręce.

Sąd zrobił pokazówkę, w której uderzył się we własne piersi tak, by w Strasburgu usłyszeli, że może i „trochę” tej niesprawiedliwości Piskorskiego spotkało; może i pozbawiono go paru praw, które mają inni podejrzani i oskarżeni, ale teraz sędziowie już obiecują poprawę, że będą bardziej zwracać uwagę na literę prawa i przy każdym następnym przedłużeniu aresztowania, na rozprawy Piskorskiego będą już zapraszać.

Skrytykowali poprzednie orzeczenia, by następnie… przyznać im rację, przyklepując to co najważniejsze, czyli dalszą izolację. Dlaczego? Bo tak! Bo nadal mogą!

Dla współpracowników i przyjaciół Piskorskiego była to natomiast pierwsza po roku okazja, by go w końcu zobaczyć i choć chwilę z nim porozmawiać.

Na pierwszy rzut oka wychudł, ale na twarzy nie zabrakło mu także uśmiechu zmieszanego z hardym, pełnym odwagi i determinacji wzrokiem kogoś, kto wie z kim i o co walczy.

Stojąc zakuty w kajdanki, w asyście policjantów przed drzwiami sali rozpraw, zwrócił się do swoich przyjaciół, by się nim nie przejmowali. Z nim wszystko w porządku, a najważniejsza jest dla niego „Zmiana”, partia, którą dwa lata temu założył, a której w „demokratycznym państwie prawa” nadal nie można zarejestrować.

Cieszę się, że wy się trzymacie, że trzyma się >>Zmiana<<, bo dzięki temu ja też wierzę, że to wszystko ma sens — powiedział.

Złożył też do kamery krótkie oświadczenie, w którym oskarżył Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego, że działa gorzej niż UB w czasach stalinowskiego terroru, a przestępne działania, które wobec niego podejmuje, wykonuje wprost na zlecenie Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) i amerykańskiej Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA).

Zaznaczył, że posiada na to dowody, które ujawni, gdy tylko będzie miał ku temu możliwość.

Zakończył słowami — Wiedzcie i bądźcie tego pewni, że w Polsce nie ma już polskich służb specjalnych.

Jarosław Augustyniak, polski publicysta, Warszawa

za: https://pl.sputniknews.com/polska/201706095635767-Piskorski-oskarza-ABW-Jaroslaw-Augustyniak-Strasburg/

Reklamy

Arsenij Pawłow nie żyje. Co dalej?

Arsenij Pawłow nie żyje. Co dalej?

 

Wczoraj wieczorem, na ulicy Czeluskincew 121 doszło do eksplozji materiału wybuchowego ukrytego w szybie windy. Na szóstym piętrze mieszkał dowódca batalionu „Sparta” Arsenij Pawłow znany jako „Motorolla”- on też był celem zamachu. Wskutek wybuchu zginął on, oraz jego ochroniarz.

Po Arseniju pozostała wdowa Jelena, oraz dwójka dzieci: kilkutygodniowy Makar, roczna córeczka Mirosława, oraz syn z poprzedniego małżeństwa. Rodzina „Motorolli” nie ucierpiała w zamachu.

Reakcja mieszkańców Doniecka na wieść o śmierci jednego z największych dowódców wojny donbaskiej to smutek i żal spotykany na każdym kroku, przygnębienie, które teraz zbroi się w strach i gniew.

Kontrole na punktach „granicznych”, oraz prawie już niewidocznych blok-postach rozmieszczonych wewnątrz republiki, są bardzo często zaledwie zwykła formalnością. Sam nie raz przejechałem dziesiątki kilometrów (także w wojskowych transportach!) nie zatrzymywany przez nikogo, nie sprawdzano mojego bagażu w którym mogłem mieć dosłownie wszystko. Kilka razy tylko zapytano mnie, czy nie mam broni- oczywiście gdybym był dywersantem to na pewno w tym momencie przyznałbym się do posiadania kilograma plastiku. I teraz, w samym centrum miasta, w bardzo dobrze chronionym budynku, eksploduje ładunek wybuchowy. Eksploduje nie przypadkowo, ale w momencie kiedy cel znajduje się dokładnie tam, gdzie zastawiono pułapkę. To już nie jest seria z karabinu obliczona na łut szczęścia, ani bomba pozostawiona w koszu na śmieci. W tym przypadku zadanie wykonali z całą pewnością profesjonaliści, którzy musieli długo obserwować swój cel i wiedzieli bardzo dobrze, kiedy zdetonować bombę- czyli musieli być wtedy w budynku, albo monitorować szyb windy!

Tacy ludzie, jeżeli tylko otrzymają zlecenie, mogą w każdej chwili dokonać ataku terrorystycznego w dowolnym punkcie, o zgrozo, słabo chronionej stolicy. O ile będzie taki rozkaz … .

Jednak profesjonalizm ataku sprawia, że wątpię w działanie ukraińskich dywersantów, którzy do tej pory wykazywali się raczej nieudacznictwem. Spodziewam się raczej, że „Motorollę” zabili zawodowcy, na zlecenie.

Siergiej Zawdieew, deputowany do Rady Ludowej DRL, oraz dowódca batalionu specjalnego przeznaczenia „Legion”, ogłosił wczoraj, że Pawłow zostanie pomszczony. I podobne głosy słychać coraz bardziej. Żołnierze, dowódcy, ale także mieszkańcy (zwłaszcza ci żyjący bliżej frontu) mają dosyć „zawieszenia broni” i „mińskich porozumień”. Nie chodzi wcale o to, że ktokolwiek, po którejkolwiek ze stron przestrzega tych nierealnych umów. Chodzi o politykę informacyjną rządu, która wygląda tak, że siły zbrojne DRL to ofiary losy siedzące w okopach i dające się okładać po twarzach, ponieważ tego wymaga (nie bójmy się mówić dosadnie) polityka pudru i PR-u.

Każdego tygodnia giną cywile i żołnierze, ci drudzy w liczbach przekraczających to co napływa z oficjalnych komunikatów. Sytuacja na froncie wygląda jak wahadło, które określa liczba wystrzelonych pocisków: to większa, to mniejsza i tak w kółko. Zacharczenko średnio raz na półtora tygodnia ostrzega Ukrainę, że cierpliwość DRL dobiega końca i wkrótce odpowiedzą ogniem, Basurin alarmuje o zaostrzeniu się sytuacji . W samym państwie narastają problemy ekonomiczne, a ustawodawstwo jest nie czytelne dla przeciętnego mieszkańca, tymczasem władze radośnie mówią o tym, że kilka milionów rubli wydano na kwiaty w Doniecku … .

I znów wojna bezlitośnie zapukała do serca Doniecka, tym boleśniej, że zginął wybitny dowódca. Niedługo odbędzie się pogrzeb Pawłowa, bez wątpienia będzie to wydarzenie medialne i na pewno będzie na nim obecnych wielu przedstawicieli władz z których każdy będzie miał coś do powiedzenia. Zapewne również w ten dzień na ulice mogą wyjść tysiące mieszkańców, aby pożegnać swojego obrońce. Jednak tym razem władze muszą zrobić coś więcej niż zadeklarować po raz tysięczny, że dywersanci/sztab ATO narusza porozumienia mińskie- to już nie gra o zagraniczny wizerunek Republiki, ale o to co o niej samej myślą jej obywatele. Wszystkie służby bezpieczeństwa DRL zostały skompromitowany tym zamachem- wszystkie! Zabójcy udowodnili, że stolica nie jest miejscem bezpiecznym, czas gadania musi się skończyć.

Władze muszą pokazać Dończanom, że są w stanie zapanować nad sytuacją, że mogą odpowiedzieć na ukraińską agresję. Dotyczy to także frontu. Nie może być dłużej tak, że artyleria odpowiada na ataki, stawia zapory ogniowe, ale w komunikatach rząd wywiesza białą flagę, bo tak to jest odbierane. Ukraińskie wojska atakują Kominternowo? W takim razie odpowiedz powinna być zdecydowana i agresywna, czytelna zarówno dla mieszkańców DRL (walczymy), jak i dla sztabowców ATO (nie przejdziecie).

Naturalnie pojawiły się komentarze, że Motorolla został zabity nie przez wrogów zewnętrznych, ale wewnętrznych. I znów do głosu dochodzą maniacy ogarnięci poczuciem wszechobecnych spisków. Pawłow był jak najbardziej daleki od polityki, był on świetnym dowódcą, ale zarazem prostym żołnierzem. Jak najbardziej dalekim od typowej dla polityków demagogi, czy kompromisowej postawy. Poza jego „Spartą” i działaniami wojennymi niemal się nie udzielał publicznie. Jaki cel miałyby władze w jego zabójstwie? W pozbawieniu armii człowieka jego pokroju, w osłabieniu morale zarówno społeczeństwa, jak i żołnierzy? Oczywiście wielbiciele „teorii spiskowych” mają swoje zdanie- zostawmy ich jednak z ich własnymi problemami zdrowotnymi.

 

Ze swojej strony oczywiście współczuje rodzinie zabitego dowódcy a także mieszkańcom Donbasu, przykre jest to że spotkał go taki los. Jednocześnie zastanawia mnie dokąd będzie tolerowana sytuacja kiedy bomby lecą bezustannie na głowy bogu ducha winnych mieszkańców miejscowości przyfrontowych w zbuntowanych republikach i nie pozwalają im normalnie żyć? Czy ktoś w końcu zrobi z tym porządek? 

przemex