Opowieść o dwóch powstaniach: ciasteczka i McCain dla ukraińskiego Majdanu, lodowata cisza z Waszyngtonu dla francuskich Żółtych Kamizelek

Robert Bridge
RT
13 grudnia 2018

Ten rażąco hipokrytyczny stosunek do francuskich protestujących ujawnia na wskroś wadliwy i stawiający sprawę na głowie zachodni aksjomat, brzmiący: „Wszystko, co działa na korzyść instytucji zachodnich i ich politycznej elity, automatycznie jest dobre dla demokracji”.

W przeciwieństwie do powstania na Ukrainie w 2014 roku, w które inwazyjnie wtrącali się amerykańscy politycy i dyplomaci, zachodnie poparcie dla protestów francuskich Żółtych Kamizelek wyraźnie zaginęło w akcji.

Podczas gdy ulice Paryża czwarty weekend z rzędu stoją w ogniu [a teraz już szesnasty i No Sign of Slowing Down – przyp.], a mrowie Żółtych Kamizelek walczy przeciwko francuskiemu rządowi, który, jak argumentują, jest coraz bardziej oderwany od trosk zwykłych obywateli, nie widać poparcia zachodnich stolic dla protestujących.

To trochę dziwne, skoro „Gilets Jaunes” nie tylko protestują przeciwko (odwołanym) planom Macrona podwyższenia akcyzy na paliwo, ale też opublikowały listę 42 postulatów, których wdrożenia oczekują. Obejmują one podniesienie minimalnego wynagrodzenia, emerytur i płac, a także powstrzymanie nielegalnej imigracji do kraju. Innymi słowy, nie mówimy tu o brutalnych anarchistach na francuskich ulicach, ale o zwykłych obywatelach. Do tej pory ruch cieszy się wysokim poparciem wśród Francuzów, jeden z sondaży pokazuje 72-procentową aprobatę dla protestujących.

Stany Zjednoczone i ich sojusznicy mogą mieć problem z wyjaśnieniem swojej głuchoty w obliczu uzasadnionych trosk milionów francuskich obywateli. Ta lodowata cisza ujawni co najmniej ich podwójne standardy i jawną hipokryzję, ponieważ Zachód rzadko przepuszcza okazję do ingerencji w sprawy obcych państw – głównie na Bliskim Wschodzie – kiedy „demokracja” jest rzekomo zagrożona.

Tłumaczenie tłitu:  Porozumienie Paryskie nie sprawdza się zbyt dobrze w Paryżu. Protesty i zamieszki w całej Francji. Ludzie nie chcą płacić dużych sum pieniędzy, zwłaszcza krajom trzeciego świata (których rządy są kontrowersyjne), aby być może chronić środowisko. Skandują „Chcemy Trumpa!”. Kocham Francję.

Weźmy pod uwagę zupełnie odmienny stosunek Waszyngtonu do ukraińskiej rewolucji na Majdanie w 2014 roku, która obaliła rząd Wiktora Janukowycza dzięki jawnemu wsparciu Stanów Zjednoczonych oraz wielu wpływowych organizacji pozarządowych, działających w tym kraju. Janukowycz popełnił niewybaczalny błąd sądząc, że będzie mu wolno obrać niezależny kurs dla swego kraju, pomimo faktu, że od 1992 roku USA wydały ponad 5 miliardów dolarów na wsparcie „programów budowania demokracji” na Ukrainie.

Czy Kijów naprawdę myślał, że Waszyngton nie upomni się w końcu o coś w zamian za te wszystkie dolary, na przykład o prawo do decydowania, kto ostatecznie będzie rządził tym wschodnioeuropejskim krajem graniczącym z Rosją? I dokładnie tak się stało.

Gdy Janukowycz ogłosił, że Ukraina nie podpisze umowy stowarzyszeniowej z UE, obudził śpiącego pod jego stopami olbrzyma. Kilka tygodni po tym oświadczeniu, gdy jego kraj był coraz bardziej podzielony w tej kwestii, w centrum Kijowa pojawił się senator USA John McCain, który dorzucając suchych drew do tlącego się ognia, oznajmił podczas wiecu na Placu Niepodległości: „Ukraina ulepszy Europę, a Europa ulepszy Ukrainę … Ameryka jest z wami.”

Co mogło zmotywować Waszyngton do tak rażącej ingerencji w sprawy Ukrainy, natomiast ignorowania francuskich „Gilets Jaunes”, które rozprzestrzeniają się teraz po całej Francji protestując przeciwko neoliberalnej polityce prezydenta Emmanuela Macrona? Czy odpowiedź może mieć coś wspólnego z czymś tak banalnym jak pieniądze? Z pewnością wydaje się to być ważną częścią układanki.

W końcu w rozumieniu zachodnich urzędników odciągnięcie Kijowa od Rosji przyniosłoby pokaźne dywidendy zachodnim instytucjom pożyczkowym, takim jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który już wcześniej pożyczył Kijowowi miliardy dolarów na utrzymanie się na powierzchni. Zachód stanowczo sprzeciwił się opcji, żeby Rosja i Chiny zostały „pożyczkodawcami ostatniej szansy” – wszak to najbardziej upragniona przez świat zachodni finansowa i polityczna rola, może poza interwencjonizmem militarnym skierowanym przeciw suwerennym państwom.

Przenieśmy się do wydarzeń mających miejsce rok po tym, jak John McCain podburzał tłum podczas wieców w Kijowie, a Victoria Nuland rozdawała protestującym ciasteczka. Widzimy Ukrainę pod nowym przywództwem namaszczonego przez USA prezydenta Petra Poroszenki, który podpisał umowę pożyczki od MFW w wysokości 17,5 miliardów dolarów (11,5 miliardów funtów), wraz z bolesnymi środkami oszczędnościowymi nierozerwalnie towarzyszącymi torbom gotówki.

Obecnie we Francji nie ma takich zachęt finansowych, które przekonałyby stolice Zachodu do „zjednoczenia się w imię demokracji”, jak bezzwłocznie zrobiły w wypadku Ukrainy.

Ta rażąco hipokrytyczna postawa w stosunku do francuskich protestujących ujawnia na wskroś wadliwy i stawiający sprawę na głowie zachodni aksjomat: „Wszystko, co działa na korzyść zachodnich instytucji i ich elit politycznych, jest automatycznie dobre dla demokracji”. Nie wyklucza on niepokojów społecznych i rewolucji. Jeśli przemoc na ulicach przekłada się na wzmocnienie zachodnich instytucji, a zwłaszcza globalnych instytucji finansowych, działania te bez chwili namysłu zostaną nagrodzone zachodnim wsparciem.

Dzisiaj 40-letni Emmanuel Macron, były bankier inwestycyjny Rothschilda, a wśród rodaków znany jako „prezydent bogatych”, stoi w obliczu przedwczesnej śmierci politycznej, nie mniej niż Wiktor Janukowycz w 2014 roku.

I rzeczywiście, stwierdzenie, że popularność Macrona wśród Francuzów jest zrujnowana, byłoby łagodnym opisem sytuacji.

Pewien francuski magazyn anglojęzyczny podsumował jego sytuację następująco: Macron jest „od dawna znienawidzony przez ugrupowania skrajnie lewicowe z powodu swojej bankierskiej przeszłości … znienawidzony przez skrajną prawicę z powodu swoich proeuropejskich, globalistycznych przekonań, a teraz również znienawidzony przez wielu zwykłych Francuzów, uważających go za wyniosłego aroganta, obojętnego na ich problemy.”

Komentarz SOTT: Żółte kamizelki powstają przeciw neoliberalnemu królowi Macronowi.

Pomimo tego do tej pory nie pojawił się w stolicy Francji ani jeden zachodni polityk, który mobilizowałby protestujących i żądał ustąpienia Macrona, żaden amerykański dyplomata najwyższej rangi nie rozdawał ciastek francuskiej „hałastrze”, jak robiła to Victoria Nuland w Kijowie w szczytowym momencie ukraińskich napięć.

Nawiasem mówiąc, mając na uwadze ten tak jaskrawy obraz, absurdem wydają się zarzuty USA wobec Rosji o wtrącanie się w ich sprawy polityczne – i to bez cienia dowodu na poparcie tych twierdzeń. Ale zbaczam z tematu.

Żaden zachodni kraj nie potępił Macrona z jednego, prostego powodu: jego podporządkowania się neoliberalizmowi i ekstremalnej gospodarce wolnorynkowej, wyniszczającej francuską klasę średnią aż do granic wytrzymałości. Podwyżka cen paliwa była tylko przysłowiową kroplą, która przepełniła czarę goryczy wyborców.

Stwierdzenie, że wszystkie segmenty francuskiego społeczeństwa wciągnęły się w protesty, nie byłoby przesadą. Widzimy na przykład przerywanie zajęć w setkach francuskich szkół średnich, gdy uczniowie wychodzą na ulice protestować przeciwko niepopularnej reformie edukacyjnej Macrona. Do protestujących przyłączają się również emeryci, od kiedy Macron pouczył ich, by przestali „marudzić” na temat cięć wydatków socjalnych, jednocześnie obniżając podatki dla bogatych.

„Macron oferuje nam „cent balles et un Mars” (100 funtów i batonika Mars).”
Za każdym razem Emmanuel Macron dał ruchowi  #GiletsJaunes zbyt mało, zbyt późno. Unika JEDNEJ zasadniczej rzeczy, której żądają ludzie: opodatkowania nieprzyzwoicie bogatych.

Wyraźnie zachodni przywódcy nie mogą dopatrzyć się w Macronie niczego, co nie przypadłoby im do gustu. Ochoczo wprowadza bolesne reformy liberalne i dopiero zagrożony utraty władzy wycofuje się ze swojego programu politycznego. Chociaż zagubiony francuski prezydent, niczego w zasadzie nie kontrolujący, może sobie wyobrażać, że jest Napoleonem czasów nowożytnych, twardo postępującym ze swoimi poddanymi, żeby osiągnąć to czego chce, ostatecznie to francuska ulica zdecyduje o jego losie, a ten na chwilę obecną wygląda bardzo ponuro.

W nadchodzących tygodniach i miesiącach taka brutalna pobudka może czekać też wielu innych zachodnich przywódców neoliberalnych, którzy realizują swoją niepopularną politykę, nie bacząc na puls narodu.

Komentarz SOTT: Rzeczywiście – sygnały ostrzegawcze były widoczne już jakiś czas temu … Cykle historii: 2018 przynosi echa europejskich buntów nacjonalistycznych z 1848 roku.

A skoro mowa o zachodniej hipokryzji: Drogi Prezydencie Asad: Proszę uzbroić francuskich protestujących, żeby położyć kres brutalnym represjom Macrona.

@Robert_Bridge na Twitterze

~ * ~

Komentarz Pracowni: Dla uściślenia, podlinkowana w artykule lista 42 „żądań Żółtych Kamizelek” nie jest listą „oficjalną” ruchu i takowa nie istnieje. Ruch Żółtych Kamizelek nie jest zhierarchizowany i nie ma przywódców. Jedynym jak dotąd żądaniem było wycofanie planu podwyżki podatków paliwowych.

Ruch zgromadził cały szereg postulatów, jakie napływają od aktywistów i zwykłych ludzi, a najpopularniejsze z nich są publikowane i poddawane sondażowi. Bazowym postulatem ruchu jest stworzenie Zgromadzenia Obywatelskiego (z częstą rotacją członków), które byłoby oficjalnie uznanym pośrednikiem pomiędzy społeczeństwem i władzami, zastępując Zgromadzenie Narodowe (izbę niższą francuskiego parlamentu) bądź je uzupełniając. Przewiduje się znaczne zwiększenie udziału społeczeństwa w rządzeniu krajem, częstsze referenda i zdecydowane obcięcie wielu nieuzasadnionych przywilejów władzy.

Krótko mówiąc, francuskiemu społeczeństwu przeżarło się sobiepaństwo władz i domaga się respektowania jego głosu i prawdziwego udziału w zarządzaniu krajem. Francuska „klasa średnia” wykazuje się ogromną dozą zdrowego rozsądku, troski o własny kraj i, co bardzo ważne, odpowiedzialności.

A w międzyczasie… presja na ruch ze strony elit, walczących o swój własny byt, rośnie:

Oskarżenie Żółtych Kamizelek o stosowanie przemocy

Emmanuel Macron condemns all Yellow Vest protesters as responsible for violence
28 lutego 2019, za Express UK, skrót

Prezydent Macron ostrzegł Żółte Kamizelki, że udział w protestach automatycznie czyni ich współwinnymi wybuchów przemocy, wstrząsających Francją od 3 miesięcy. Dodał, że to, że żaden policjant nie zginął w rezultacie protestów, jest „cudem”, ale nie wspomniał o ofiarach śmiertelnych i utracie zdrowia wśród protestujących.

Władze obwiniają o przemoc sytuujących się na obrzeżach ruchu anarchistów, antykapitalistów oraz skrajne ugrupowania. Ale jak powiedział francuski polityk Nicolas Dupont-Aignan w wywiadzie dla telewizji Public Sénat, Macrona nie interesują przyczyny kryzysu i nie stara się znaleźć rozwiązania. Zamiast tego próbuje skłócić Francuzów między sobą.

Niedawno zatwierdzono kontrowersyjną ustawę przeciw rozruchom, dającą policji prawo zakazania udziału w demonstracjach obywatelom podejrzanym o stosowanie przemocy, bez potrzeby angażowania sądu. Niezastosowanie się do zakazu grozi sześcioma miesiącami więzienia i grzywną w wysokości 7500 euro. Nowe prawo wprowadza karę roku pozbawienia wolności i 15000 euro grzywny za zakrywanie twarzy podczas demonstracji oraz wzmacnia prawo do przeszukiwania protestujących. Ustawa ma wrócić do parlamentu 12 marca.

Głosy opozycji wyrażają wątpliwość, czy Francja nadal jest demokratyczna. Lewicowy przedstawiciel opozycji Eric Coquerel przypomina, że prawo do protestów leży u podstaw systemu demokratycznego, a Fabien Roussel z Francuskiej Partii Komunistycznej dodaje, że prawdziwa demokracja słucha swoich obywateli.

Jacline Mouraud, 51-letnia hipnoterapeutka której przypisuje się zapoczątkowanie powstania przeciwko rządowi, powiedziała, że to Macron jest winny robienia kryminalistów z prawdziwych protestujących oraz głuchoty na cierpienie i rozpacz Francuzów.

I próba wrobienia ich w antysemityzm:

Scapegoating Yellow Vests? Macron Moves to Outlaw Criticism of ‚Zionism’ as ‚Anti-Semitism Wave’ Hits France

19 lutego 2019, za The Local, Francja, skrót z uwzględnieniem komentarzy SOTT

Jak poinformowało francuskie regionalne biuro bezpieczeństwa, w dniu, w którym odbyły się ogólnokrajowe marsze przeciwko rosnącej liczbie ataków antysemickich, w alzackim Strasburgu na wschodzie Francji, w pobliżu granicy z Niemcami, na ponad 80 nagrobkach na cmentarzu żydowskim odkryto swastyki i znaki antysemickie. To najnowszy antysemicki incydent we Francji.

Jeden z namalowanych niebieskim spayem napisów brzmiał: „Elsassisches Schwarzen Wolfe” („Czarne Wilki Alzackie”) – jest to nazwa separatystycznej grupy, powiązanej z neonazistami w latach siedemdziesiątych. Warto zaznaczyć, że od czasu procesu i wyroku więzienia dla jej członków (1982), grupa nie wykazała śladów działalności.

Jak powiedział radiu RTL minister spraw wewnętrznych Christophe Castaner, tuż przed wizytą przy pomniku Holocaustu w Paryżu prezydent Macron ma udać się na cmentarz, żeby zbadać zniszczenia.

To ciekawy zbieg okoliczności: Macron opuszcza Pałac Elizejski, by odwiedzić uszkodzone nagrobki dokładnie w dniu zaplanowanych przez rząd protestów przeciw Żółtym Kamizelkom z „antysemityzmem” jako motywem przewodnim. Zwolennik teorii spiskowych mógłby spekulować, że to proreżimowi agenci prowokatorzy zbezcześcili nagrobki.

To nie koniec dziwnych zbiegów okoliczności, pozwalających połączyć protesty społeczne z antysemityzmem:

      • Francis Kalifat z parasolowej grupy żydowskich organizacji we Francji CRIF (francuskie AIPAC i ADL w jednym) skomentował strasburski incydent, mówiąc, że ”jest on odpowiedzią na nasze wezwanie do narodowej pobudki z ubiegłego tygodnia”. Przyczyną wystosowania apelu była seria aktów antyżydowskiego wandalizmu i graffiti, odkrytych w Paryżu i jego okolicach w następnych dniach po protestach Kamizelek w poprzednią sobotę, 9 lutego.
        Chodzi o te wybryki: Więcej fałszywego antysemityzmu? Francuski rząd obwinia protestujące Żółte Kamizelki o „wzrost” liczby neonazistowskich graffiti na ulicach Paryża
      • W graffiti namalowanym na siedzibie francuskiego dziennika „Le Monde” użyto antysemickich motywów w odniesieniu do poprzedniej pracy Macrona jako bankiera inwestycyjnego Rothschilda.
      • Na bramie garażowej w centrum Paryża ktoś napisał po angielsku „Macron żydowska dziwka” , a na murze w północnej 18 dzielnicy pojawił się napis sprayem „żydowska świnia”.

Francuski establishment nie szczędził słów krytyki:

      • Lokalny poseł Sylvain Waserman powiedział, że usłyszawszy o wandalizmie był „zdegustowany” i „wściekły”.
      • Prefekt regionu, odpowiedzialny za jego bezpieczeństwo, Jean-Luc Marx, potępił „najmocniej jak to możliwe ten straszny antysemicki czyn i przesyła pełne poparcie dla społeczności żydowskiej, którą ponownie wzięto sobie na cel”.

Jednak we Francji powszechnie wiadomo, że samych Żydów przyłapywno na popełnianiu „aktów antysemickich”, bez wątpienia po to, żeby Francuzi wyglądali na „antysemitów”…

Warto również zaznaczyć, że ataki antysemickie we Francji nasilały się jeszcze przed pojawieniem się ruchu Żółtych Kamizelek. W ubiegłym roku francuska policja odnotowała 74-procentowy wzrost zgłoszeń o przestępstwach przeciwko Żydom – w kraju zamieszkiwanym przez największą społeczność żydowską w Europie.

Uwieńczeniem dramaturgii tego dnia była „wielotysięczna” demonstracja w Paryżu zorganizowana przez główną partię lewicową Francji (czyli w praktyce impreza sponsorowana przez państwo), na której do Macrona i innych przedstawicieli establishmentu dołączyli byli prezydenci Francji Sarkozy i Hollande, by „bronić Żydów” (a tak naprawdę żeby zaatakować Żółte Kamizelki sugerując, że są nikczemnymi antysemitami).

Następnego dnia podczas spotkania ze wspomnianym wcześniej CRIF Macron zapowiedział wydanie dekretu ustawodawczego rozszerzającego definicję antysemityzmu o krytykę Izraela i syjonizmu

W hitlerowskich Niemczech nielegalne było krytykowanie nazizmu. W ZSRR nielegalne było krytykowanie komunizmu. To jedna z cech charakterystycznych totalitaryzmu. Niedługo nielegalne będzie krytykowanie Żydów, a w zakres odnośnej definicji wejdzie poważna krytyka rządu, jak w przypadku ruchu Żółtych Kamizelek.

Rząd Francji najwyraźniej nie jest świadomy rzeczywistego wpływu całej tej politycznej szopki na 75-85% populacji, która chce zmiany reżimu – takimi posunięciami wysyła społeczeństwu jednoznaczny sygnał, że „ta teoria spiskowa jest oparta na faktach – potężni Żydzi są waszymi panami”. To niebezpieczna gra; szukając pretekstu do usadzenia protestujących, niechcący wystawiają Żydów jako kozły ofiarne – a przewidywalne tego skutki są przerażające.

Tłumaczenie: PRACowniA
Artykuł na SOTT: Tale of two uprisings: Ukraine’s Maidan got McCain and cookies while French Yellow Vests met with icy silence from Washington

za: https://pracownia4.wordpress.com/2019/03/08/opowiesc-o-dwoch-powstaniach-ciasteczka-i-mccain-dla-ukrainskiego-majdanu-lodowata-cisza-z-waszyngtonu-dla-francuskich-zoltych-kamizelek/

Reklamy

Wenezuelski gambit.

Najgorszy blef Trumpa, najcięższa próba Maduro.

To miał być wstrząs: błyskawiczny cios polityczny, który zmiecie „dyktatora” Maduro. Jest „kraj w ruinie” i „zniewoleni ludzie”. Jest czarny charakter, który można o wszystko obwinić. Jest młody, szlachetny wybawiciel. Jest wreszcie „przywódca wolnego świata” przybywający z odsieczą. Co poszło nie tak? Po Białym Domu niesie się krzyk frustrata: “Gdzie jest moja Wenezuela?”

Wygląda na to, że koordynowany z Waszyngtonu przewrót w Wenezueli, prowadzony oczywiście pod hasłami “wolności i demokracji”, daleki będzie od blitzkriegu. Dwa dni po tym, jak Donald Trump oficjalnie uznał Juana Guaido, nikomu wcześniej na świecie nieznanego przewodniczącego Zgromadzenia Narodowego, za tymczasowego prezydenta kraju, pucz wyraźnie stracił impet. Ambitny plan obalenia Nicolasa Maduro bierze w łeb, bo – jak się właśnie okazuje – pozbawiony był planu. Jedynym zapleczem Amerykanów na miejscu jest chaotycznie działająca, niejednorodna prawicowa opozycja, skupiona ad hoc wokół nowego, namaszczonego przez Waszyngton lidera, zdolna jedynie do zwołania kolejnej demonstracji przeciwko “dyktatorowi” Maduro.

Wóz albo przewóz

Po tym, jak wojsko jednoznacznie opowiedziało się po stronie legalnie wybranego prezydenta, Stany Zjednoczone nie mają żadnych innych kart do zagrania oprócz rozwiązania ostatecznego w postaci bezpośredniej interwencji zbrojnej. Bardzo wątpliwe jest, by Trump się na nie zdecydował, bo prawdopodobnie z każdym dniem bardziej będzie do niego docierać świadomość, że jego “marszem na Caracas” kieruje czyste “chciejstwo”. Tym mniej jest to możliwe w sytuacji, gdy armia wiernie trwa przy władzy, Chiny i Rosja bez cienia zawahania poparły Maduro, a Władimir Putin od niedawna wspiera Wenezuelę wojskowo.

Guaido sam ogłosił, że reprezentuje jedyną demokratyczną instytucję w kraju, stanie zatem na czele „rządu tymczasowego”. Udzielając mu poparcia Amerykanie spodziewali się pewnie, że sprowokuje to władzę do gwałtownych represji i podzieli wojsko, a im da casus belli. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Decydującą próbą sił może się okazać spór o amerykański korpus dyplomatyczny. W odpowiedzi na poparcie próby niekonstytucyjnego przejęcia władzy przez Waszyngton 23 stycznia Maduro zerwał stosunki z USA. “Posunęli się za daleko” – oznajmił tłumowi swoich zwolenników zebranemu wokół pałacu prezydenckiego. “Niech się stąd zabierają!” Dał amerykańskim dyplomatom 72 godziny na spakowanie manatków i opuszczenie jego kraju. Sekretarz Stanu USA Mike Pompeo początkowo odniósł się do tej decyzji lekceważąco. Stanął na stanowisku, że Maduro nie ma prerogatyw pozwalających mu wyrzucać kogokolwiek z kraju, bo nie nie jest pełnoprawnym prezydentem. Próbował zatem oprzeć powodzenie puczu na grze legitymizacją, popisując się w istocie jedynie arogancją, ponieważ wysłał tym samym komunikat: “Będziemy robić w waszym kraju, co chcemy, przecież nie ma kto nam zabronić”. Zagroził, że Stany Zjednoczone są gotowe użyć “wszelkich środków”, by chronić swoich przedstawicieli. Rzecz w tym, że nie mają realnych środków.

Pompeo sam chyba prędko dostrzegł słabość tego blefu – dzień później Departament Stanu “stanowczo zalecił” jednak swoim ludziom w Caracas opuszczenie kraju. Jeżeli Trump „odpuści” sprawę dyplomatów, będzie to znaczyło, że odpuszcza wszystko. Nie będzie miał jednocześnie żadnego problemu w robieniu dobrej miny do złej gry: kilkukrotnie okazywał się już mistrzem odwracania kota ogonem na Twitterze. Stroszenie piórek jest jak na razie jedyną taktyką użytą przez USA w tej grze, dlatego przegrają – zainteresowane strony potrzebują konkretów. Agencje donoszą o przedstawicielach USA opuszczających już Wenezuelę. Nie dali się ubłagać nawet apelom samego “tymczasowego prezydenta”.

Ponieważ Trump grzmiał, że “wszystkie opcje są na stole”, część publicystów w mediach niechętnych zarówno Maduro, jak i Trumpowi wszczęło alarm, że oto naciąga katastrofa nowej interwencji zbrojnej. Że Irak, Afganistan i Syria nikogo niczego nie nauczyły. To nie tak. Syria zaczęła się od starannie, przez wiele lat wcześniej planowanej wojny hybrydowej. Nic takiego nie miało miejsca w Wenezueli i sytuacja pokazuje, że na razie się nie wydarzy. Atut w postaci realnej możliwości użycia siły przez zbuntowane wojsko jest czynnikiem niezbędnym, by przejęcie władzy nastąpiło – niezależnie od tego, po czyjej stronie leży racja – bo też o żadną rację tu nie chodzi. Chodzi o ropę naftową.

Waszyngton boso, ale w ostrogach

Pobożne życzenie, że armia Maduro przestraszy się oficjalnego oświadczenia Białego Domu uznającego Guaido – bo chyba nie niego samego, ani kolejnej demonstracji zwołanej 23 stycznia przez opozycję – i przejdzie na stronę Amerykanów, świadczy o postępującym odrealnieniu ekipy Trumpa. “Przywódca Wolnego Świata” straszył Wenezuelę najazdem, odkąd objął urząd i przez chwilę wydawało się, że traktuje sprawę poważnie. New York Times informował jesienią, że amerykańscy oficjele spotkali się z generałami armii wenezuelskiej, oferując im pomoc w ewentualnym przejęciu władzy. Propozycja została jednak odrzucona. Wojskowi wykazali się dobrą intuicją – jeżeli nie ze względów pryncypialnych, to chociażby dlatego, że niedługo potem plan ich niedoszłych partnerów w spisku ujrzał światło dzienne na łamach wiodącego światowego medium. Z takimi amatorami nie wchodzi się w układy. Armia doskonale widzi też, że opozycja nie ma społeczeństwu do zaoferowania nic poza obsesją wyrwania chavizmu z korzeniami – chavizmu, który obecną pozycję zapewnił wielu oficerom. Dlatego odrzuciła również zaloty ze strony przeciwników Maduro w Caracas.

Amerykanie nie będą mieli okazji rozegrać z powodzeniem scenariusza z 2002 r. Zamach stanu zmontowany przez ekipę Busha opierał się jednak na realnym buncie części wojskowych przeciwko Hugo Chavezowi. Miało już wtedy dojść do zaprzysiężenia marionetkowego prezydenta, plan spalił jednak na panewce, kiedy prawie milionowy tłum chavistów wyległ na ulice Caracas bronić swojego przywódcy. Armia się wówczas zreflektowała i zamknęła sprawę. Prezydent Chavez okazał się z kolei nad wyraz łaskawy.

Nicolas Maduro cieszy się zaledwie ułamkiem popularności swojego legendarnego poprzednika. Utracił zaufanie Wenezuelczyków podczas ostatnich kilku lat naznaczonych nieustannym kryzysem, z którego nie próbował znaleźć zdecydowanego wyjścia. Uliczne potencjały jego zwolenników i przeciwników z grubsza się równoważą, jednak i tych okoliczności Waszyngton nie był w stanie wyzyskać.

Po pierwsze dlatego, że nie potrafi racjonalnie ocenić sytuacji. Niedawno okazało się, że John Bolton prosił we wrześniu Pentagon o ostrzelanie rakietami dalekiego zasięgu terytorium Iranu w odpowiedzi na incydent w Iraku. Ta ekipa zdecydowanie “nie ogarnia”. Trump miał na swoje rozkazy Rexa Tillersona, który był wcześniej szefem Exxon Mobil, korporacyjnego giganta, od lat marzącego o odzyskaniu terenów roponośnych w Wenezueli. Prezydent sprawia jednak wrażenie, jakby z rozmysłem starał się pozbywać wszystkich, którzy mogą pomóc mu zachować jakikolwiek związek z rzeczywistością. Nic dziwnego, że uznał teraz namaszczenie Juana Guaido na przywódcę “wolnej Wenezueli” za magiczny sposób na zmianę układu sił w Caracas. Ponieważ zmiana nie nastąpiła, trudno wykluczyć, że teraz Bolton każe Pentagonowi zaatakować Wenezuelę, lecz w takiej sytuacji zapewne znów odejdzie z kwitkiem.

Z drugiej strony, obiektywna rzeczywistość społeczno-polityczna w kraju rządzonym przez Maduro nie daje podstaw do decydującego rozstrzygnięcia na korzyść interwentów. Prawdą jest, że duża część obywateli, również chavistów, ma dosyć Maduro z powodu jego niekompetencji, braku charyzmy i woli politycznej do bezkompromisowego wypchnięcia Rewolucji Boliwariańskiej z letargu, z którym sam Chavez chciał skończyć. Wenezuelczycy, którzy w przeciwieństwie do światowych mediów głównego nurtu pamiętają zarówno życie w materialnym upodleniu przed Chavezem, jak i zamach na niego w 2002 r., nie pozwolą, by ich kraj stoczył się z powrotem na uwłaczającą im pozycję folwarku amerykańskich miliarderów. Dobrze wiedzą, czego Stany chcą od ich kraju – przeważnie są świadomi, że ich terytorium kryje największe złoża ropy na ziemi. Kto wie, być może nachalne promowanie Guaido przez Waszyngton zaszkodziło jego wizerunkowi w oczach samych Wenezuelczyków.

Teoretycznie pozostaje jeszcze możliwość „interwencji zastępczych” ze strony Kolumbii i Brazylii. Prezydenci obu krajów są wrogo nastawieni do Maduro i podważali prawomocność jego władzy. W trakcie zeszłorocznej kampanii wyborczej Jair Bolsonaro zapowiadał wprost, że zrobi wszystko, by „uwolnić” Wenezuelę od Maduro. Po objęciu urzędu zamilkł na ten temat, udzielając jedynie poparcia Guaido. Rząd Kolumbii zdementował pogłoski, jakoby planował interwencję w Wenezueli, ale było to zanim świat się dowiedział o Juanie Guaido. Ani Brazylia, ani Kolumbia nie wykonają jednak oficjalnie żadnego kroku bez sygnału z Waszyngtonu. Prezydent Maduro ostrzegał jednocześnie, że na Florydzie za wiedzą Boltona szkolą się kolumbijscy paramilitares, trzeba więc liczyć się próbą rozpętania wojny hybrydowej na terytoriach przygranicznych. Jeśli jednak armia wenezuelska pozostanie wierna prezydentowi, interwencja zbrojna w celu zmiany władzy w Caracas na pełną skalę nie wchodzi w grę.

Im gorzej, tym lepiej

Co jednak z legitymizacją obu stron? Czy Maduro jest rzeczywiście okrutnym dyktatorem, a opozycja skupiona dziś wokół Guaido – emanacją “Woli Ludu”, jak nawet nazywa się jego partia? Nie. Wenezuelskie standardy demokratyczne są rzeczywiście słabe. Trudno jednak oczekiwać, że po próbie przewrotu w 2002 r. chavizm będzie się bronił wyłącznie środkami czysto demokratycznymi przed ludźmi, którzy wówczas w pełni poparli siłowe usunięcie Chaveza. Trudno bronić się w pełni demokratycznymi środkami przed obłąkańcami, którzy zwolenników Maduro palili już żywcem, przed tymi, którzy z helikoptera obrzucali granatami budynki rządowe. Wściekła przemoc opozycyjnych sił ulicznych jest tak dobrze udokumentowana, że o jej istnieniu zmuszona była była napisać nawet „Gazeta Wyborcza”. W relacji z “triumfalnych” marszy stronników Guaido 23 stycznia, nie dało się przemilczeć palenia aut na ulicach i dewastacji mienia w Caracas.

Również czołowi politycy opozycyjni nastawieni są wyłącznie konfrontacyjnie: obalenie Maduro dzięki pomocy USA stanowi ich jedyny program dla kraju. Od lat nie zajmują się niczym innym, regularnie kursując jednocześnie do Stanów na spotkania głównie z republikańskimi senatorami otwarcie nawołującymi do obalenia wenezuelskiego przywódcy za wszelką cenę. W USA wśród lobbystów tej sprawy wyróżnia się przede wszystkim senator Marco Rubio, który chyba najczęściej przyjmuje gości z Wenezueli. Zaraz za nim sytuuje się “niezastąpiony” John Bolton, który najchętniej obaliłby wszystko i wszystkich poza granicami USA.

Trudno wyłącznie według standardów demokratycznych traktować partie polityczne, które nigdy nie zająknęły się nawet na temat sankcji, jakimi Stany Zjednoczone duszą i tak ledwo zipiącą gospodarkę Wenezueli. Nigdy też nie próbowały nakreślić chociażby pomysłu na walkę ze spekulacją i wywozem towarów, które rujnują kraj. Polityka, której przyświeca zasada “im gorzej, tym lepiej” w pełni określała sposób działania opozycji, od kiedy wygrała wybory parlamentarne w 2015 r. Wykrwawienie chavizmu przez doprowadzenie kryzysu do skrajności – to ich jedyny plan. Reprezentują najbogatsze rodziny w Wenezueli, więc spokojnie przetrwają zapaść, którą zgotują reszcie. Oni chcą amerykańskich sankcji! Wiedzą, że to działa: nawet kongres USA otrzymał raport, gdzie czarno na białym stwierdzono, że sankcje tylko pogłębiają kryzys w Wenezueli. To ta cyniczna strategia ukształtowała sytuację, w której możliwe jest to, że wszystkie liberalne media bezmyślnie powtarzają śpiewkę Trumpa: Maduro wybrany bezprawnie, Zgromadzenie Narodowe ostoją demokracji.

Obecny impas polityczny wynika z faktu, że ZN nie uznaje prezydenta, a prezydent ZN. Trzy lata temu Zgromadzenie zostało pozbawione uprawnień ustawodawczych przez Sąd Najwyższy, ponieważ opozycja nie godziła się na tymczasowe zawieszenie mandatów trzech deputowanych, którzy zostali w 2015 r. wybrani w okręgach, gdzie doszło do nieprawidłowości wyborczych. Opozycja otrzymała możliwość wprowadzenia na ich miejsce innych posłów ze swoich list, zdecydowała się jednak grać va banque i nie ustępować ani na krok. W efekcie od stycznia 2016 r. działalność ZN pozostaje w zawieszeniu, część prerogatyw ustawodawczych przejął Sąd Najwyższy, a prezydent Maduro w tym czasie starał się oprzeć politycznie na Zgromadzeniu Konstytucyjnym – ciele powołanym w wyborach 2017 r. ZK jest przez mainstream medialny wyśmiewane jako instytucja wyłącznie marionetkowa, chociaż zgodnie z założeniami chavizmu ma ucieleśniać charakterystyczną dla niego szerszą ideę demokracji, wykraczającą poza parlamentaryzm.

Blokada ustawodawstwa zainicjowana przez samą opozycję dała jej następnie pretekst do zaostrzenia konfrontacji politycznej w 2017 r. kiedy podczas starć ulicznych padło blisko 200 ofiar śmiertelnych. W dalszej kolejności przyszedł bojkot wyborów prezydenckich w 2018 r., o których błędnie piszą niektóre polskie media, że kandydaci opozycji nie zostali dopuszczeni do udziału w nich, czy nawet wtrąceni do więzienia. To brednie. Poszło o to, że do startu w wyborach nie został dopuszczony głównie Henrique Capriles – frontman opozycji – bo ciążył na nim wyrok sądowy. To była ostatnia prosta, na której w pełni ujawniły się niszczycielskie intencje opozycji i charakter tej formacji. Jej delegacja prowadziła negocjacje z rządem w sprawie porozumienia wyborczego na neutralnym gruncie, w Republice Dominikany. Osiągnięto nawet warunki porozumienia. Jednak dzień przed podpisaniem go przez obie strony, projekt został odrzucony przez opozycję po interwencji przedstawicieli USA.

Tak rozpoczął się bojkot wyborów, mogący mieć na celu wyłącznie pogłębienie istniejącego kryzysu. Nie mówi się w tym przypadku o bojkocie demokracji – od tej chwili zaczęła obowiązywać narracja o “sfałszowanych wyborach prezydenckich” w Wenezueli. Większość liberalnych demokracji świata faktycznie ich nie uznała. W tych okolicznościach Nicolas Maduro, który praktycznie pozbawiony konkurencji swobodnie wygrał głosowanie 20 maja 2018 r. został zaprzysiężony na kolejną kadencję 10 stycznia 2019 r. Dzień później Juan Guaido, nowo wybrany przewodniczący pozostającego w zawieszeniu ZN, ogłosił, że Maduro obejmuje urząd bezprawnie. Za to on, jako głowa podstawowego konstytucyjnego organu władzy, zgodnie z ustawą zasadniczą jest gotów stanąć na czele rządu tymczasowego, który “przywróci demokrację” w Wenezueli. Według Agencji Reutera podjął tę decyzję po uprzednim wykonaniu co najmniej dwóch rozmów telefonicznych z wiceprezydentem USA Mikem Pence’em. Niecałe dwa tygodnie później, w dniu wielkiej manifestacji opozycji, Biały Dom ogłosił go prezydentem tymczasowym Wenezueli, obiecując mu jednocześnie pełne wsparcie dyplomatyczne i ekonomiczne. Zaraz potem uznanie popłynęło od wszystkich prawicowych rządów w Ameryce Łacińskiej. Z kolei Hiszpania, Francja i Niemcy postawiły Maduro ultimatum: ogłosi w ciągu tygodnia nowe wybory, albo z poprą Guaido. W tonie przyjaznym dla uzurpatora wypowiedziała UE ustami Donalda Tuska. Tak Guaido stał się uosobieniem “wolności i demokracji”.

Patrząc na wszystko z perspektywy czasu, trudno oprzeć się wrażeniu, że wydarzenia rozgrywały się według scenariusza chilijskiego z okresu rządów Allende: najpierw wojna ekonomiczna, potem interwencja. A raczej miały się tak rozegrać. W interwencji zabrakło jednak konkretu, czyli wenezuelskiej junty. Nie widać na nią szans. Stawka gry pozostaje jednak podobna jak w Chile.

Craig Murray, potępiając cyniczne postępowanie światowych przywódców, trzeźwo zauważył, że “za jego czasów” rządy uznawały prawomocność tych władz państwowych, które faktycznie kontrolowały terytorium swojego kraju – taka była zasada dyplomacji wykazującej minimalne zainteresowanie rzeczywistością. Skąd więc skłonność liderów “wolnego świata” to uznawania tych, którzy zwyczajnie odpowiadają im politycznie? Jasne przecież, że jedynym przywódcą Chin nie ogłoszą nagle prezydenta Tajwanu. Wyszli zwyczajnie z założenia, że imperialistyczny blef Trumpa przysporzy korzyści ich globalnej agendzie liberalnej. A przynajmniej mogli w to wierzyć przez dwa dni, dopóki media nieomal nie zamilkły na temat Juana Guaido, który dla świata powoli staje się na powrót nikim. Ostatnia wiadomość dotycząca go w dniu 25 stycznia jest dość komiczna i mówi tylko, że obiecał Maduro “amnestię”, jeżeli ten złoży urząd. Telewizja Univision, która o tym doniosła, poinformowała jednocześnie, że miejsce pobytu Guaido pozostaje nieznane.

Obronić dziedzictwo Chaveza

Czy domniemany “rząd tymczasowy”, który ma podobno powstać, miałby dla Wenezuelczyków jakąkolwiek ofertę poza posłuszeństwem Waszyngtonowi? Tak. Po ogłoszeniu się głową państwa przez Guido, opozycja opracowała ogólne założenia do ustawodawstwa, które miałoby obowiązywać w okresie “przejścia do demokracji”. Jego najważniejszy fragment brzmi:

“Zniesione zostaną centralna kontrola, arbitralne metody wywłaszczenia i tego rodzaju środki (…) W tym celu scentralizowane metody sterowania gospodarką zastąpione zostaną modelem wolnorynkowym na podstawie prawa każdego obywatela Wenezueli do pracy w warunkach gwarantujących prawo własności i wolną przedsiębiorczość (…) Spółki publiczne zostaną poddane restrukturyzacji umożliwiającej efektywne i przejrzyste zarządzanie, m.in. poprzez partnerstwo publiczno-prywatne”

Należy dodać do tego rozważane przez Guaido zwrócenie się o pomoc w finansowaniu jego „rządu” do MFW, co w sposób oczywisty oznacza gotowość do neoliberalnych reform. Cel jest więc jasny: przywrócenie stosunków społecznych sprzed prezydentury Chaveza, cofnięcie całej postępowej polityki. Koniec marzeń o równości, o życiu w minimum bezpieczeństwa materialnego, o kształceniu dzieci, koniec szans biednych na dostęp do służby zdrowia. Powrót do Wenezueli posiadanej na własność przez wąską elitę najbogatszych.

Wspomniany wcześniej Craig Murray, były brytyjski dyplomata, obecnie ekspert i publicysta sympatyzujący z ruchami postępowymi, jednoznacznie uznający Maduro na stanowisku prezydenta, przypomina, że praktyka chavizmu oparta została na dwóch naczelnych imperatywach: 1) W kraju o największych na świecie zasobach ropy ludzie nie powinni głodować gnieżdżąc się w slumsach, 2) CIA nie powinna rządzić Wenezuelą. Oba te pryncypia są obecnie zagrożone. Tak, prezydent Maduro jest współodpowiedzialny za zaniedbania, które sprowadziły zagrożenie na te filary. Jednocześnie tylko on w Wenezueli nawołuje i zaprasza do dialogu, którego celem jest rozwiązanie dręczącego kraj dziejowego kryzysu politycznego i gospodarczego – zarówno na obszarze krajowym jak i międzynarodowym. Na szczęście za tym podejściem opowiedział się bezwzględnie sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres. Sytuacja w gronie Narodów Zjednoczonych na pewno nie jest jeszcze rozstrzygnięta, bo Mike Pompeo stara się przekonać do uznania Guaido członków Rady Bezpieczeństwa. Na szczęście też Stanom Zjednoczonym nie udało się przeforsować rezolucji przeciwko Maduro na forum Organizacji Państw Amerykańskich.

Moc waszyngtońskiego blefu właśnie się wyczerpuje. A moc chavizmu nie wyczerpie się tylko wtedy, gdy cały czas będzie parł naprzód: poza redystrybucyjne półśrodki, poza paternalistyczne szopki z “kochanym prezydentem” w roli pół-bóstwa – za to do pełnej demokracji uczestniczącej, do uwolnienia się od „burżuazji boliwariańskiej”, do nowych stosunków produkcji, do socjalizmu XXI wieku. Droga jeszcze daleka, ale poczyniono już tyle wysiłku, że zawracać na pewno nie warto.

Autorstwo: Paweł Jaworski
Źródło: Strajk.eu

za: https://wolnemedia.net/wenezuelski-gambit/

Skripala prawdopodobnie próbował otruć brytyjski wywiad, żeby oczernić Rosję i uciszyć rosyjską wizję świata.

Brytyjski personel wojskowy bierze udział w śledztwie w sprawie zatrucia Siergieja Skripala – 11 marca, Salisbury

za: https://pracownia4.wordpress.com/2018/03/15/skripala-prawdopodobnie-probowal-otruc-brytyjski-wywiad-zeby-oczernic-rosje-i-uciszyc-rosyjska-wizje-swiata/

Joe Quinn
Sott.net

Angloamerykańskie elity nienawidzą Putina, bo pozbierał kawałki rozbitego Związku Radzieckiego, który miał się stać kolejnym zachodnim państwem wasalskim, i złożył je w nowoczesną i niezawisłą Federację Rosyjską, zdolną – mimo wszelkich gróźb i ataków – odpierać zachodnią wizję jednobiegunowego świata.

Radykalnie transformując i wzmacniając zarówno rosyjską gospodarkę (i uodparniając ją w znacznym stopniu na ataki), jak i rosyjską armię, Putin skutecznie ograbił globalne imperium z jego oczywistego powołania, jakim jest rządzenie całym światem bez żadnych zastrzeżeń. W odpowiedzi budowniczowie imperium postanowili zrobić wszystko, żeby zniszczyć Putina i Rosję. Jednak dzięki mistrzowskim posunięciom Putina na globalnej szachownicy budowniczym imperium ostał się tylko jeden sznurek w łuku, mającym zdjąć Putina: jest nim czarna propaganda i brudne sztuczki.

Jednym z przykładów tej czarnej kampanii propagandowej są podejmowane w ciągu ostatnich 5 lat przez USA i ich sojuszników desperackie próby wrobienia Rosji (i Władimira Putina osobiście) w przeprowadzanie ataków z użyciem broni chemicznej w różnych częściach Syrii. Za każdym razem zachodnim rządom i ich mediom nie udawało się wystarczająco przekonać zachodnich społeczeństw, że zarzuty były prawdziwe, albo przynajmniej że wszystko, co Putin robi w Syrii, jest gorsze od tego, co same robią. Najwyraźniej wielu ludzi zachowało zdolność wykrywania oczywistych bzdur, kiedy czują smród.

Ostatnie oskarżenia, że Putin jest odpowiedzialny za otrucie w Salisbury byłego rosyjskiego agenta GRU Siergieja Skripala i jego córki, można uznać za „plan b” po nieudanej próbie pomówienia go o użycie broni chemicznej w Syrii, w którym ten sam zarzut zostaje sprowadzony „bliżej”, na własny grunt, i staje się przez to bardziej „osobisty” dla Brytyjczyków (a co za tym idzie, dla Europejczyków i Amerykanów). Tworząc pozory, że Putin użył broni chemicznej w sennym Salisbury, rząd brytyjski zapewnia sobie spory kapitał polityczny, aby móc teraz „słusznie” wzmocnić oszczerstwo i nasilić groźby wobec rosyjskiego rządu, oraz spaczyć myślenie przeciętnego Brytyjczyka.

Dla tych świrów z zaburzeniami charakteru, którzy nawiedzają zaplecze elit brytyjskiego wywiadu, Skripal przekroczył czas swojej przydatności jako podwójny agent. Mając 66 lat i nie będąc już od lat na bieżąco z sytuacją w Rosji, przeszedł na emeryturę w Wielkiej Brytanii, dokąd w 2010 roku został przeniesiony przez MI6. Jednak bez wątpienia Skripal był nadal obserwowany przez urzędasów brytyjskiego wywiadu – nie tyle z powodu tego, co mógłby im zaoferować, ile tego, co mógłby zaoferować Rosjanom, gdyby kiedykolwiek został „potrójnym” agentem. Prawdopodobnie pracował również w jakimś charakterze w pobliskim wojskowym ośrodku badań nad bronią chemiczną w Porton Down, produkującym środki atakujące system nerwowy podobne do tych, które podobno zaaplikowano jemu i jego córce. Ale nawet jeśli Skripal nie miał żadnej konkretnej wartości technicznej ani wywiadowczej, sam fakt, że kiedyś był rosyjskim szpiegiem, dał brytyjskiemu wywiadowi możliwość wykorzystania go, po raz ostatni, w tajnej służbie jej wysokości.

Fakt, że natychmiastową reakcją brytyjskiego establishmentu na wiadomość, że Skripal i jego córka zostali znalezieni nieprzytomni na ławce na skwerku w Salisbury, było obwinienie Rosji i postawienie Putinowi ultimatum, żeby „przyznał się” – za czym dziś poszła groźba zdjęcia z eteru RT UK – sam w sobie jest dowodem na to, że była to wcześniej zaplanowana operacja brytyjska, zmierzająca do osiągnięcia konkretnych celów. Świadczy to również o tym, jak bardzo zachodni politycy obawiają się alternatywnej narracji, prezentowanej przez rosyjskie media, takie jak RT, postrzegając ją jako bezpośrednie zagrożenie dla ich władzy i planów.

Podobnie jak w przypadku zamachu z 11 września 2001 r., gdzie zaledwie kilka godzin po ataku na swoim terytorium rząd miał już wszystko „gotowe do wykorzystania” (i do diabła z poważnym śledztwem), tak i tutaj każdy racjonalnie myślący człowiek powinien być podejrzliwy w stosunku do dominującej narracji.

Oto kilka kwestii, nad którymi czytelnicy mogą się zastanowić przed przystąpieniem do pytania, kto próbował otruć Skripala i jego córkę.

Dlaczego wymyślona prawie 30 lat temu w Związku Radzieckim trucizna nie mogłaby od tamtego czasu być pozyskana lub produkowana w ramach tajnych zachodnich operacji?

Powiązane z powyższym: jednym z kluczowych zakładów produkujących rzekomą truciznę – nowiczok – był Radziecki Państwowy Instytut Badań Naukowych Chemii i Technologii w Nukusie, w Uzbekistanie. Od momentu uzyskania niepodległości w 1991 roku Uzbekistan współpracował z rządem USA przy demontażu i odkażaniu miejsc, w których testowano i opracowywano środki nowiczok i inne rodzaje broni chemicznej. W 2002 r. Departament Obrony Stanów Zjednoczonych zlikwidował główny ośrodek badawczy i testowy nowiczoka w Uzbekistanie w ramach programu „Wspólnych działań zmniejszających zagrożenie” dysponującego funduszem w wysokości 6 mln dolarów. Środki chemiczne typu nowiczoka były również opracowywane i prawdopodobnie przechowywane w kilku innych byłych republikach radzieckich, w tym na Ukrainie.

Gdyby Rosja naprawdę chciała wyeliminować starzejącego się podwójnego agenta, dlaczego pozostawiłaby oczywiste odciski palców, które wiodłyby wprost do niej? W epoce, w której można mieć dowolną liczbę „wypadków”, a nawet sztucznie wywołany „atak serca”, Rosjanie z pewnością znaleźliby sposób na zlikwidowanie kogoś bez wydawania siebie? Tu przypominają mi się również historia poczty elektronicznej DNC i rzekomych „rosyjskich hakerów” z 2016 roku, którzy nazwali się „wymyślnymi niedźwiedziami” (Fancy Bear) i pozostawili po sobie wyraźne ślady prowadzące do Rosji. Jakże na rękę.

Najważniejsze jest tutaj to, że próba zamachu na życie Skripala leży w interesie zachodnich agencji wywiadowczych i zachodnich rządów, stanowiąc element ich zaciekłej kampanii czarnej propagandy przeciwko Rosji i jej przywódcy. W obliczu złożonych i skrytych ruchów na geopolitycznej szachownicy w dobie zaawansowanej technologicznie Zimnej Wojny, cz. 2, „cui bono” wciąż najlepiej wskazuje, gdzie zacząć szukać sprawców.

Joe Quinn jest współautorem książek 9/11: The Ultimate Truth (z Laurą Knight-Jadczyk, 2006 r.) i Manufactured Terror: The Boston Marathon Bombings, Sandy Hook, Aurora Shooting and Other False Flag Terror Attacks (z Niallem Bradleyem, 2014 r.), autorem i prezenterem The Sott Report Videos i współgospodarzem cotygodniowej audycji radiowej „Behind the Headlines” w ramach Sott Talk Radio network.

Uznany internetowy eseista od 10 lat pisze wnikliwe analizy dla Sott.net. Jego artykuły ukazały się na wielu alternatywnych stronach poświęconych wydarzeniom na świecie, internetowe stacje radiowe przeprowadzały z nim wywiady, gościł też w irańskiej telewizji Press TV. Jego artykuły można również znaleźć na jego prywatnym blogu JoeQuinn.net.

 

Tłumaczenie: PRACowniA

https://pracownia4.wordpress.com/2018/03/08/mi5-truje-kolejnego-rosyjskiego-szpiega-zeby-oczernic-putina-w-ramach-toczonej-wojny-propagandowej/

Dlaczego grozi nam wojna.

za: https://pl.sputniknews.com/blogs/201802037259833-sputnik-blog-dlaczego-grozi-nam-wojna/

Jest wiele powodów ekonomiczno-społecznych, przez które grozi nam wojna.

Kapitalizm kojarzymy głównie z rozwojem i innowacjami, a nowoczesne fabryki, zautomatyzowane linie produkcyjne, nadzór elektroniczny nad produkcją, zmechanizowane rolnictwo, sprzęty RTV i AGD, samochody, komputery, tablety, smartfony, to wszystko ma jednak drugie dno. Oto powody nierozerwalnie związane z kapitalizmem przez które grozi nam wojna:

1.Liczba ludności rosnąca w nieskończoność

Kapitalizm wymusza nieograniczony wzrost liczby ludności, ponieważ sprzyja to rozwojowi niemal każdej branży ekonomicznej, jak na przykład spożywczej, budowlanej, technologii informatycznych, farmaceutycznej. Im więcej ludności tym większy popyt, a co za tym idzie większa podaż, czyli produkcja i zyski. Liczba ludności jednak w nieskończoność rosnąć nie może, bo powierzchnia Ziemi jest ograniczona, nie tylko ludzie potrzebują przestrzeni do życia, ale i przemysł do produkcji[warto jeszcze wspomnieć o przyrodzie, gdzie będzie miejsce dla lasów, zwierząt, roślin, kiedy wszędzie będą stały fabryki i klity na kredyt, dla korporacyjnych konsumentów-niewolników, przemieszane górami śmieci i nielicznymi, odizolowanymi i ufortyfikowanymi dzielnicami, zamieszkanymi przez nielicznych bogaczy? – przemex]. Obecnie mamy przeludnienie, a liczba ludności dalej rośnie pomimo wysiłków niektórych państw jak Chin, które prowadziły politykę jednego dziecka, za co zresztą zachód niesłusznie zarzucał im łamanie praw człowieka.

2. Peak Oil (szczyt wydobycia ropy naftowej)

Czasy, gdzie wbijając szpadel odkrywało się pokaźne pola ropy naftowej należą już do przeszłości. Dziś panuje „moda” na ropę łupkową. Nie jest to niestety żaden postęp, a desperacja by zdobyć potrzebny niemal do wszystkiego surowiec. Z ropy naftowej produkuje się plastik, wyroby gumowe, asfalty, smary, oleje silnikowe, napędowe, benzynę itd. Widać jak na dłoni nowoczesny przemysł nowych technologii, przemysł samochodowy (ogumienie, drogi, panele wewnętrzne), służba zdrowia (rękawice, strzykawki, sprzęt medyczny).

Teoria Mariona Kinga Hubberta o nastaniu szczytu wydobycia, spadku odkryć nowych złóż, bo obecne odkrycia pokrywają jedynie miesiąc światowego zapotrzebowania, już się sprawdziła, peak oil przypadł na początkowe lata obecnego stulecia i to z przyczyn geologicznych, czyli braku zasobów. Polecam film anglojęzyczny na YouTube Oil Smoke and Mirrors, w którym między innymi były minister ochrony środowiska Wielkiej Brytanii przyznaje, że problem jest realny oraz mówi jak rozwiązały go Stany Zjednoczone, a mianowicie twierdzi, że USA postanowiły zagarnąć resztę zasobów dla siebie, rozpętując wojny na Bliskim Wschodzie.

3.Kryzys energetyczny

EROEI (energy return on energy invested, wskaźnik zwrotu energii wobec energii zainwestowanej do jej wytworzenia) ten współczynnik matematyczny obrazujący, że zysk energetyczny jest zależny od ilości energii jaka została zużyta podczas wytwarzania praktycznie obnaża brak alternatyw dla naturalnie występujących surowców. USA energetycznie zależą od ropy naftowej i są przez to jej największym światowym konsumentem. Energia jest potrzebna do pracy nowych technologii tak samo jak surowce, im więcej postępu, tym więcej energii jest potrzebne i tym więcej surowców, aby wszystko wytworzyć i aby wszystko działało poprawnie, wielbiciele teorii, że postęp rozwiąże problemy utkwili niestety w martwym punkcie.

Zamienniki dla ropy naftowej, która napędza maszyny rolnicze, samochody, samoloty, transport morski, są nie do wytworzenia na tak wielką skalę nawet, gdyby zastąpić silniki benzynowe na elektryczne to zasoby paliw jądrowych na świecie według ekspertów uległyby wyczerpaniu po 10 latach. Wodór produkowany z alg jako naturalna alternatywa ma według badań wskaźnik EROEI na poziomie 50% (potwierdzone badaniami Uniwersytetu Technicznego Federico Santa Maria), co oznacza, że aby uzyskać tyle wodoru tą metodą, która da 1 megawat energii trzeba zużyć 2 megawaty. Ale przecież są alternatywne źródła wiatr, pływy, energia słoneczna i owszem są, ale dławi je kryzys surowcowy o czym jest wspomniane poniżej.

4. Kryzys surowcowy (metale ziem rzadkich)

Metale ziem rzadkich stanowią podstawę produkcji alternatywnych źródeł energii, energii elektrowni atomowych oraz nowych technologii. Każda elektrownia wiatrowa, słoneczna, wodna czy nawet atomowa do wytwarzania prądu potrzebuje metali ziem rzadkich głównie magnesów neodymowych, holmowych, z samaru również robi się magnesy i pręty elektrowni jądrowych. Światłowody robi się z itrebu podobnie jak płyty ogniw słonecznych, lantan natomiast wykorzystuje się do produkcji baterii i akumulatorów. Rząd chiński już deklaruje, że 2/3 chińskich zasobów zostało wyeksploatowanych w zaledwie 25 lat, a pozostałe są kosztowne do wydobycia, co podnosi cenę surowców. Stany Zjednoczone obecnie w całości zależą od importu, a przecież bez metali ziem rzadkich samolotów, rakiet czy radarów się nie zrobi.

5. Upadki państw z przyczyn zadłużenia publicznego

Nie zadłużamy się u Marsa i u Jowisza, ale zadłużamy się u przyszłych pokoleń bo to one muszą spłacać nasze długi, zaciskać pasa i rezygnować z tego co było przeznaczone dla nich, bo my to zużyliśmy. Dług publiczny grozi bankructwem, a to z kolei paraliżem działania całego państwa. Buntami, strajkami, a nawet wojnami domowymi (więcej na ten temat w artykule „Od Lecha „pierwszego” do mieszka pustego, czyli „wolność” Polski w amerykańskim stylu”). Z długami ma problem cały zachodni świat od Stanów Zjednoczonych przez Unię Europejską po Australię.

6. Upadek systemu bankowego

Największy bank świata Deutsche Bank już od kilku lat generuje straty. Wartość spółki spadła już o grubo ponad połowę. Seria nietrafionych inwestycji jak w kontyngentowe konwertowalne obligacje znane pod nazwą kokos (ang. cocos), które są właściwie prawami do aktywów upadłych przedsiębiorstw zniszczyła płynność finansową Deutsche Banku. Miały „kokosy” w domyśle ratować upadłe banki, które w razie bankructwa od razu miały być wcielane do innych instytucji finansowych i ratowane tym samym przed upadkiem. Strategię „kokosu” wymyślił w 1990 roku prof. Robert melton, a odpowiedź na poprzedni kryzys bankowy właśnie taką formą ekonomiczną odłożyła tylko agonię całego systemu finansowego w czasie.

7. Problemy rolnictwa (próchnicza warstwa ziemi, wierzchnia warstwa ziemi i woda)

Na skutek bardzo intensywnego rolnictwa, nawożenia, modyfikacji genetycznych, szybszego czasu wzrostu, warstwa wierzchnia ziemi czyli próchnica, ta warstwa, w której zachodzi rozkład materii, i która zawiera wszelkie substancje odżywcze niezbędne roślinom, została zredukowana o połowę, a część obszarów rolniczych na skutek nadmiernej ekspozycji na substancje chemiczne i pestycydy została całkowicie wyjałowiona, zasolona i zmieniona w obszary pustynne. Woda w uprawach przeważnie pochodziła ze studni podziemnych, a te jak wiadomo napełniają się tysiące lat, a wyczerpaniu w celu nawadniania upraw ulegają w kilkadziesiąt lat, coraz więcej upraw musi przestawiać się na metody upraw w rejonach suchych ang. dryland farming.

8. Planowe postarzanie produktu

Nie, nie to nie jest teoria spiskowa dziejów, w encyklopediach widnieje jako ekonomiczna strategia producenta w celu maksymalizacji zysku, a dziś stosowana jest przez wszystkie największe koncerny. Według tej strategi w produktach specjalnie umieszcza się słabe podzespoły i montuje je tak, aby nie mogły zostać wymienione lub naprawione, zmuszając tym samym klienta do zakupu nowego produktu ponownie.

Nie oszukujmy się, wygrana kapitalizmu i polityki Stanów Zjednoczonych w zimnej wojnie jest przegraną ludzkości, a całość konsekwencji tego wydarzenia sprawia że jutra nie ma.

 

Produkowanie niezgody – nowa wojna kulturowa.

za: https://pracownia4.wordpress.com/2017/12/17/produkowanie-niezgody-nowa-wojna-kulturowa/

Chris Kanthan
Sott.net

Noam Chomsky jest znany z opisania produkowania zgody jako propagandowego narzędzia elit, służącego kontrolowaniu ludzi. Tymczasem równie skutecznym sposobem kontrolowania ludzi jest wytwarzanie niezgody. Ta strategia, określana też mianem „dziel i rządź”, zwykle ogranicza się do polityki zagranicznej, ale obecnie amerykańskie elity używają jej przeciwko amerykańskiemu narodowi. Neonaziści, alt-right, Antifa, niszczenie pomników i rzucanie się ludzi jeden na drugiego są oznakami podzielonego narodu, ogarniętego gorączką sztucznie wyprodukowanej „wojny kulturowej”. Podczas gdy klasa rządząca śmieje się z tego do rozpuku, klasy średnie i pracujące złapały tak zwaną społeczną chorobę autoimmunologiczną (Societal Autoimmune Disorder. S. A. D.). Gdzieś pomiędzy 2008 r. i chwilą obecną zostaliśmy sprytnie przekierowani z „Okupuj Wall Street” na „Okupujmy się nawzajem”.

W zjednoczonej Ameryce ludzie koncentrowaliby się na gospodarce stanowiącej  odwrotność Robin Hooda, która: zepchnęła 78% Amerykanów w życie od wypłaty do wypłaty i skazała ich na niemożliwe do udźwignięcia zadłużenie, trzymające w okowach studentów i cały naród; przyniosła złodziejstwo Wall Street, banksterów i Banku Rezerw Federalnych; niekończące się, maniakalne wojny, których domaga się kompleks wojskowo-przemysłowy; erozję swobód obywatelskich i prywatności; sztuczną żywność produkowaną z GMO i toksycznych związków chemicznych; wzrost zapadalności na różne chroniczne choroby i bezwzględny wzrost kosztów opieki zdrowotnej – żeby wymienić choćby część jej skutków.

Jednak spora część Amerykanów nie jest tego wszystkiego świadoma i jest zajęta wzajemnymi walkami, jeśli nie fizycznie, to w myślach i na platformach społecznościowych. Biali przeciwko czarnym, mężczyźni przeciw kobietom, heteroseksualni przeciwko gejom, obywatele przeciw imigrantom, chrześcijanie przeciw muzułmanom, prawica przeciw lewicy i tak dalej. Nie ma żadnej logicznej, dojrzałej dyskusji. Dwie grupy spotykają się, aby sprawdzić, kto potrafi głośniej krzyczeć i podlej wyzywać. Gdy policji uda się skutecznie je rozdzielić, tłumy znajdują zadowolenie w kakofonii nonsensów. Kiedy policja odchodzi, budzą się instynkty jaskiniowców i zaczynają się bijatyki. Co się stało z hasłem „miłość zwycięża nienawiść” (Love Trumps Hate)?

W Syrii, po wyzwoleniu któregoś z miast od dżihadystów, ktoś zauważył: „Syria była najbardziej świeckim, najprzytulniejszym i najlepiej funkcjonującym krajem świata arabskiego. Pytanie, czy ktoś jest muzułmaninem czy chrześcijaninem, było nie na miejscu. Tak było do marca 2011 r. Przez następny rok sunniccy ekstremiści zabijali szyitów i chrześcijan. Muzułmanie, którzy od pokoleń mieszkali po sąsiedzku z Jezydami i żyli z nimi w przyjaźni, zwrócili się przeciwko nim, kiedy szaleństwo ISIS zainfekowało ich dusze. Zniszczono kościoły, które stały od stuleci, zabito tysiące chrześcijan, a około miliona wypędzono z domów.

Wydaje się, że dla elit nie ma nic łatwiejszego, jak rozpalanie sekciarstwa i zwracanie jednej grupy przeciwko drugiej – tak samo 500 lat p.n.e., jak i w roku 2000, i bez względu na to, czy dotyczy to kraju trzeciego świata, czy któregoś z krajów rozwiniętych.

Wielokulturowość jest trudna, ale staje się znacznie trudniejszą, kiedy skłania się ludzi do skupiania się na różnicach, rozdrapywaniu starych ran, demonizowaniu całych grup i przyjmowaniu postawy ofiary. Wielu Amerykanów uwarunkowano tak, żeby mieli wyczuloną świadomość swojej rasy, płci, „tożsamości” itd. Ponadto aktywnie uczy się ludzi, że cudze opinie, słowa, wyrażenia, a nawet emocje mają wyzwalać u nich atak paniki albo złości.

Wybitnym postaciom z dziedziny duchowości i psychologii, od Buddy po ludzi nam współczesnych, zawdzięczamy zbiorową mądrość, która podpowiada, że jeśli chce się być szczęśliwym, należy nauczyć się ignorować opinie i osądy innych ludzi oraz to wszystko, czego nie jest się w stanie możesz zmienić, i – ogólnie rzecz biorąc – trywialne wydarzenia, z którymi stykamy się na porządku dziennym.

Tymczasem jednak, wbrew tym mądrościom, mamy nowe pokolenie inżynierów społecznych, którzy wmawiają ludziom, że mają być niezwykle czujni, nieustannie wypatrując wszelkich okazji, by mogli się obrazić – niewłaściwych słów, błędnych zwrotów i błędnych opinii wyrażonych niewłaściwym tonem.

Innym sposobem, w jaki elity budują niezgodę, jest akcentowanie wybiórczych statystyk i przypisywanie złych intencji, kryjących się za takim stanem rzeczy. Na przykład, jeśli tylko 20% informatyków stanowią kobiety, mówi się nam, że musi to być wynik seksizmu. Nie jesteśmy w stanie/ nie możemy stworzyć społeczeństwa, które ma doskonałą w proporcjach reprezentację we wszystkich zawodach dla wszystkich grup demograficznych. 98% mechaników samochodowych stanowią mężczyźni, a 94% pielęgniarek to kobiety. Czy to również zamierzamy „naprawić”? Jeśli radykalni lewicowcy przepchną swoje zdanie, będziemy zmuszeni. Tym, czego oni nie uznają, a może uznają, ale uparcie ignorują, jest fakt, że zmiany społeczne i kulturowe na szeroką skalę, jeśli w ogóle są na miejscu, muszą zachodzić w sposób naturalny. Społeczeństwo nie jest nieożywionym modelem matematycznym w komputerze, który można dowolnie usprawniać i „restartować”.

Każdy kraj i każda grupa etniczna ma swoją mroczną historię, w której silniejsi wykorzystywali grupy stosunkowo słabsze. Ale wiecie co? To się wciąż dzieje. Tyle tylko, że elitarni „inżynierowie społeczni” stosują dziś znacznie bardziej wyrafinowaną taktykę. Dewaluują walutę i mówią, że dostaliście podwyżkę. Karmią was trucizną, a następnie doprowadzają do bankructwa drogimi kuracjami, które jedynie wyciszają objawy. Niszczą Syrię i Libię i mówią wam, że to „wojny humanitarne”; zamieniają w gruz domy 20 milionów ludzi, przyjmują milion uchodźców i mówią wam o tym, jak bardzo współczujący jest system i że macie go szanować. Zniewalają ludzi długiem i środkami masowego przekazu i mówią, że niewolnictwo zostało wyeliminowane dawno temu.

Żeby odwrócić uwagę od udręki życia w systemie totalitarnym pod rządami oligarchów – tego 1%, będącego właścicielem połowy światowego bogactwa – wyczarowują sposoby na tworzenie wojny domowej, wskutek czego wojujemy ze sobą nawzajem zamiast z nimi.

Zaburzenia autoimmunologiczne zaczynają się wtedy, kiedy układ odpornościowy człowieka staje się niezwykle wrażliwy i atakuje ciała nieszkodliwe – powiedzmy pyłek kwiatowy. W niektórych wypadkach układ odpornościowy jest tak „paranoidalny”, że zaczyna niszczyć własne tkanki. W końcu całe ciało ogarnia stan zapalny. I tak samo jest ze społeczeństwem.

Elity wywołują w Ameryce S. A. D. – społeczną chorobę autoimmunologiczną.

Nie poddajmy się tej niebezpiecznej chorobie, którą w ostatecznym rozrachunku sami na siebie sprowadzamy. Nie dajmy się wmanipulować w walczenie ze sobą nawzajem. Poświęćmy trochę czasu dla siebie, wyłączmy na chwilę media głównego nurtu, wydostańmy się z bańki i wyciągnijmy rękę do sąsiada, kolegi, rodziny i przyjaciół. Ameryka jako kraj znajduje się na rozdrożu, a następne dziesięciolecie może przynieść bezprecedensowe zmiany i wyzwania. Jedyną drogą naprzód jest zebranie się razem, odłożenie na bok ideologii i podyskutowanie o problemach w sposób logiczny i konstruktywny oraz dokonanie syntezy podstaw dostatniej przyszłości. Jeśli nie podejmiemy tych wysiłków, w najlepszym razie w 2100 roku Amerykanie mogą zacząć domagać się zniszczenia pomników wzniesionych w 2017 roku. Zaś w najgorszym…. cóż, prawdopodobnie wolelibyście się nad tym nie zastanawiać, choć mogłoby to być bardzo przydatne.


Chris Kanthan
jest autorem nowej książki pt. Syria – War of Deception, która jest dostępna w wersji skondensowanej i dłuższej, bardziej szczegółowej. Chris mieszka w San Francisco Bay Area, odwiedził 35 krajów i pisze o problemach świata, polityce, ekonomii i zdrowiu. Napisał też książkę „Deconstructing Monsanto”. Jego konto na Twitterze to @GMOChannel

 

Tłumaczenie: PRACowniA